1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

David Bowie – jak zrobić ze swojego życia dzieło sztuki

David Bowie (Fot. BEW Photo)
David Bowie był idolem freaków, dziwaków. Zmienny jak kameleon wymykał się łatwym ocenom. Ile z tego, co o nim wiemy, było prawdą, a ile kreacją, nie wiadomo. Wiemy natomiast jedno – jego kosmicznej energii ogromnie nam brakuje. Dziś mija 7. rocznica śmierci artysty.

W małym pokoju z drewnianą szafą, w szpitalny łóżku, z bandażem na twarzy i guzikami zamiast oczu leży 69-letni mężczyzna. Śpiewa: „Spójrz tutaj, jestem w niebie. Noszę blizny, których nie zobaczysz. Przeżywam tragedię, nikt mi jej nie odbierze. Wszyscy mnie teraz znają”. Jest 7 stycznia 2016 roku, premiera utworu „Lazarus” (Łazarz) Davida Bowiego, z której pochodzą powyższe słowa. Teledysk, w którym Bowie kilkakrotnie powtarza zdanie „Czyż to nie jest tak bardzo w moim stylu?”, pochodzi z jego najnowszej płyty „Blackstar”, wydanej dzień później, w dniu 69. urodzin muzyka. Co znamienne, krążek kończy się słowami z piosenki „I Can’t Give Everything Away”, które można przetłumaczyć: „Nie umiem oddać wszystkiego” albo: „Nie umiem ukazać/ wyjawić/ujawnić wszystkiego”.

Artysta umiera dwa dni później. Od półtora roku chorował na nowotwór wątroby, o czym wiedzieli wyłącznie jego najbliżsi. „Lazarus” – ostatni teledysk Bowiego – to mowa pożegnalna i epitafium. Jest tak, jak śpiewa: wszyscy go znają, a odchodzenie na własnych warunkach jest bardzo w jego stylu. Tony Visconti, przyjaciel i producent wielu jego płyt, ujął to tak: „Śmierć nie różniła się od jego życia – była dziełem sztuki”.

Lekcja pierwsza: nigdy się nie poddawaj

„Nad wszystkim, co robię, muszę mieć całkowitą kontrolę. Dlatego moje kostiumy projektuję sam. Jeśli już miałbym przejmować się czyimiś opiniami i sugestiami, wolałbym słuchać dzieci, ponieważ one nie są profesjonalistami. Co do całej reszty – sam najlepiej wiem, co jest dla mnie dobre” – mówił na początku swojej kariery, zanim jeszcze zaczął korzystać z pomocy stylistów czy nauczycieli tańca. A początki wcale nie były proste. Na pewno chciał być sławny, pragnienie to wyrobiło w nim determinację i pracowitość.

Urodził się 8 stycznia 1947 roku w Londynie. „Nie przyszedłem z ulicy. Nie miałem trudnego dzieciństwa, nie jestem punkiem, nigdy nim nie byłem i nie udawałem, że jestem. Od samego początku starałem się zaprezentować siebie jako »inny niż«” – powiedział Filipowi Łobodzińskiemu w wywiadzie dla „Machiny”. Był zdolnym i bezczelnym uczniem. Już w szkole trafił do chóru, a na zajęciach z rytmiki przejawiał ponadprzeciętny talent. Wyróżniał się również wyglądem – to właśnie bijąc się w szkole o dziewczynę, uszkodził lewe oko tak, że źrenica już na zawsze pozostała rozszerzona. W 1962 roku założył swój pierwszy zespół. Grał na ukulele, później przerzucił się na gitarę i dorabianie w lokalnych klubach młodzieżowych oraz na weselach. Przez prawie dziesięć lat próbował swoich sił w różnych formacjach jako wokalista i saksofonista. W końcu, nie rezygnując z muzyki, ale i nie odnosząc większych sukcesów, postawił na karierę solisty.

W tym miejscu Bowie udziela wszystkim marzącym pierwszej – być może najcenniejszej – lekcji. Większość z nas po poniesieniu porażki odpuszcza, nieliczni próbują ponownie zrealizować swój zamysł. Gdy kolejny raz wymarzony sukces nie przychodzi, liczba walczących o realizację siebie zmniejsza się drastycznie. A co, jeśli sukces nie przychodzi przez dziesięć lat? Znany na całym świecie artysta grywał w tym czasie na weselach. Nie poddał się. Przez te wszystkie trudne lata zdobywał wiedzę i doświadczenie, ostatecznie nauczył się gry na 14 instrumentach muzycznych. Jego upór i determinacja nie były ślepe.

Lekcja druga: kreacja jest ważniejsza niż talent

W karierze pomogła mu Mary Angela Barnett, przyszła Angie Bowie. David był pod wrażeniem jej bezczelności, której nie potrafiło znieść wielu mężczyzn; była silną, bogatą i inteligentną kobietą.

Angie wierzyła, że jej mąż może być gwiazdą światowego formatu, wyciągnęła go z hipisowskich kręgów i stworzyła pierwszy profesjonalny image. Dopiero późniejsze metamorfozy były jego autorskim pomysłem. To właśnie Angie, budując pozycję Bowiego, rozgłaszała wszem wobec, że znalazła go w łóżku z Mickiem Jaggerem. David przedstawiał siebie jako geja albo osobę biseksualną – głównie dlatego, że takie wyznania były szokujące w ówczesnej Anglii. Razem z Angie, która również określała siebie jako biseksualną, żyli w otwartym związku i byli na ustach wszystkich, szczególnie wtedy, gdy David zakładał sukienki, a ona męskie ubrania.

W 1967 roku przybrał pseudonim David Bowie (naprawdę nazywał się David Robert Jones), dwa lata później pojawił się jego pierwszy przebój „Space Oddity”.

Przejmujący dialog astronauty i kontrolera lotów w pierwszej osobie. Major Tom, bohater utworu, wierzy, że to statek wie, w którą stronę lecieć. W „Space Oddity” Bowie śpiewał o wyobcowaniu, osamotnieniu i bezradności. I coraz częściej korzystał ze strojów oraz przebrań.

Ziggy Stardust, jedno z jego najbardziej charakterystycznych wcieleń, to androgyne w tęczowym kombinezonie, kosmita ulepiony z popkultury i komiksów – publiczności objawił się w telewizyjnym programie „Top Of The Pops”. Bowie w 1973 roku uśmiercił Ziggiego i porzucił jego kostium. Odtąd nawykiem artysty staje się zabawa konwencją, strojami, płcią – zależnie od nastroju, panujących czasów i inspiracji. W tym czasie podczas pobytu w Nowym Jorku Bowie poznał Andy’ego Warhola i jego fabrykę gwiazd – kolejny przystanek w drodze na sam szczyt.

Chociaż Ziggy przyniósł mu największy rozgłos, to dopiero kolejne wcielenie, czyli Aladdin Sane, stało się jego symbolem. Biała twarz, a na niej makijaż ułożony w błyskawicę – symbol lat 70., a przy okazji okładka kolejnej płyty artysty. Bowie inspiruje się książkami, które czyta namiętnie, i płytami. Właśnie tak powstał utwór „Warsaw” z płyty „Low”, która pojawiła się w 1977 roku. Bowie wracał Koleją Transsyberyjską z Azji do Rosji, a potem dalej pociągiem przez Europę. Jednym z przystanków na drodze była Warszawa.

Jak wyznał Filipowi Łobodzińskiemu w wywiadzie dla „Machiny”: „W ten sposób znalazłem się w Polsce, gdzie miałem – dość przypadkowo – okazję posłuchać polskiej muzyki ludowej. Kupiłem wtedy kilka płyt, które stały się dla mnie natchnieniem przy pracy nad albumem. Starałem się uchwycić i muzycznie oddać tę udrękę, którą usłyszałem w polskich utworach ludowych”.

Słusznie nazywany jest kameleonem – zmieniał swój wizerunek niezliczoną ilość razy, porzucał utarte drogi i wcielenia, plądrował nowy, nieznany świat. Miał jasno określony cel – chciał być sławnym muzykiem. Zrealizował go dzięki pracy i silnej woli.

Urodził się tego samego dnia i miesiąca co Elvis Presley, ale w odróżnieniu od niego głos Bowiego nie powalał i nie przeskakiwał kolejnych oktaw. Właśnie ten brak oczywistego, oszałamiającego talentu zmusił go do kreatywności, poszukiwania innych niż wyłącznie wokalne środków wyrazu. „Uważałem, że Johny miał lepszy głos – głębszy i bardziej chrypiący. A potem nagle zauważyliśmy, że gdy śpiewał John, dzieciaki zajmowały się tańcem i sobą; kiedy rolę wokalisty przejmował David, stawały przed nim i patrzyły” – wspomina Woolf Byrne z The Manish Boys, zespołu, w którym artysta występował na początku swojej drogi (Paul Trynka, „David Bowie. Starman. Człowiek, który spadł na ziemię”). Zresztą sam Bowie nazywał siebie artystą w proszku, do którego wystarczy dodać wody.

Lekcja trzecia: nie bój się sięgać gwiazd

Kolejny etap jego kariery to Berlin, gdzie mieszkał wraz z Iggy Popem. David zażywał kokainę, Iggy – heroinę. Używki nie powstrzymywały twórczego życia Bowiego – właśnie zagrał rolę kosmity w filmie „Człowiek, który spadł na ziemię” Nicolasa Roega. Muzyka, koncerty, filmy, podróże – pozostawał w nieustającym ruchu i w drodze. Pod koniec lat 90. w rozmowie dla „Music Paper” artysta wyznał:

„Wszystko, co pisałem, jest szukaniem i pytaniem: Kto jest moim Bogiem? Jak on się przejawia? Czym jest mój wyższy etap? Szukanie na zewnątrz czegoś, co nas pokrzepi, prowadzi wyłącznie do depresji. Musimy to odkryć w samych sobie”.

Tłumacząc swoje artystyczne zmagania, Bowie mówił, że walczy w nim to, co dostojne, wysokie, z tym, co przyziemne, wulgarne. Balansował, chcąc odnaleźć siebie i prawdę – czymkolwiek ona jest. Po rozstaniu z Angie wszedł w związek z modelką Iman. W 2000 roku po raz drugi został ojcem, tym razem Alexandrii.

W ostatnich latach przestał udzielać wywiadów. Szczególnie po zawale serca. Zawsze chronił prywatność, ochoczo dzieląc się z publicznością swoimi kolejnymi wcieleniami, rolami, precyzyjnie i mistrzowsko wyreżyserowanymi spektaklami.

„Zawsze chciałem być kimś więcej niż człowiekiem” – powtarzał.

„Moje kreacje są w rzeczywistości fasadami mnie. Niedawno to odkryłem, ale wcześniej nie przyznałbym się do tego przed samym sobą. Tworzyłem szczere personifikacje tego, jak się czułem. Ziggy był czymś i teraz widzę, że to odnosi się do mnie, Major Tom i Space Oddity byli czymś, podobnie Aladdin Sane – oni wszyscy byli fasadami mnie. Byłem zagubiony, nie mogłem zdecydować, czy to ja piszę postacie, czy to postacie piszą mnie, czy może wszyscy jesteśmy jednym i tym samym” (Paul Trynka „David Bowie. Starman. Człowiek, który spadł na ziemię”).

Mimo zagubienia zawsze wracał do siebie, bogatszy o doświadczenie minionego życia, które sobie wymyślił. Każdy z nas robi to na mniejszą skalę. Jesteśmy synami, córkami, rodzicami, pracownikami, przyjaciółmi, kochankami. Czasami zdarza się, że we wszystkich rolach dominuje jeden kolor, jedna siła i jedno pragnienie, któremu podporządkowane zostaje wszystko inne. Wtedy, jak David Bowie, można spełnić każde marzenie, dosięgnąć gwiazd. Nawet dosłownie. W styczniu 2016 roku Obserwatorium MIRA dzięki inicjatywie radiostacji Studio Brussels uhonorowało artystę własnym gwiazdozbiorem, który układa się w kultową błyskawicę – znak rozpoznawczy Davida.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze