Angelika Kucińska - „W gotowaniu obowiązują zasady”. Bartek Kieżun zdradza, na czym polega fenomen włoskiej kuchni. Poleca też 3 śródziemnomorskie przepisy
00:00
18:04
Próbował chleba (i innych frykasów) z niejednego śródziemnomorskiego pieca. I to wypiekom z Portugalii czy Grecji poświęcił jedną z dwóch nowych książek, „Mąka górą!”. Druga, „Włosi robią to lepiej!”, nie pozostawia wątpliwości, której z kuchni południa Europy jest najbardziej głodny. Dziennikarz kulinarny, podróżnik Bartek Kieżun od kilku lat mieszka w Umbrii. I świetnie rozbraja stereotypy na temat Italii.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 06/2026.
Przewodniki kulinarne, które wydaje regularnie od 2018 roku – pisał o kuchni greckiej i hiszpańskiej, smakach Stambułu i Jerozolimy – to znacznie więcej niż spowiedniki łakomego turysty na tropie popisowych dań serwowanych w rekomendowanych miejscowych knajpach. Bartek Kieżun, w mediach społecznościowych znany jako Krakowski Makaroniarz, jada jak lokals, jest ciekawy tradycji, świadomy historii i wierny dyscyplinie, której wymagają klasyczne receptury. Jego książki nie są jedynie zbiorem przepisów, ale fascynującym i bardzo rzetelnym wprowadzeniem w kulturę kulinarną miejsca, które akurat opisuje. Są też regularnie wyróżniane.
Kieżun jest dwukrotnym laureatem Nagrody Magellana, przyznawanej najbardziej jakościowym publikacjom turystycznym, i dziewięciokrotnym zdobywcą World Gourmand Cookbook Award. Jedna z jego książek została wyróżniona nagrodą Prix de la Littérature Gastronomique 2024 przyznawaną przez Międzynarodową Akademię Gastronomiczną w Paryżu, a w tym roku otrzymał również dwa Złote Pióra, prestiżowe wyróżnienia przyznawane przez Chorwacką Narodową Wspólnotę Turystyczną zagranicznym dziennikarzom.
Specjalizuje się w kulinariach basenu Morza Śródziemnego, a szczególna więź połączyła go z Włochami, gdzie jakiś czas temu kupił dom i gdzie spędza połowę roku.
Bartek Kieżun (Fot. Przemek Krupski)
Największa siła jedzenia z południa Europy? Jego odrębność, wynikająca ze specyfiki regionu, dla którego dana potrawa jest charakterystyczna.
– Kuchnia francuska w Paryżu oddaje średnią wyciągniętą z kuchni regionalnych, ale to też bardzo bogata tradycja. Podobnie Hiszpania. Wystarczy, że trochę potropisz i zauważysz, że w Galicji jada się zupełnie inaczej niż w Katalonii, a Kraj Basków to już w ogóle osobny wszechświat. Wszędzie znajdziesz tapasy i pinchosy, ale jednak pinchosy częściej spotyka się na północy, tapasy na południu, a do tego będą się między sobą różnić w zależności od miejsca – odpowiada, gdy pytam, czy kuchnia włoska, której poświęcił pierwszą książkę „Italia do zjedzenia” i najnowszą „Włosi robią to lepiej!”, jest ostatnią tak silnie zregionalizowaną kuchnią w Europie.
– Gdy zaczynałem pisać „Italię do zjedzenia”, zależało mi, by pokazać złożoność włoskich kulinariów. Bo w Wenecji nie je się tego, co jada się na Sycylii. Chociażby dlatego, że w okolicach Wenecji rosną śliwki, a na Sycylii – pomarańcze. Regionalne zróżnicowanie kuchni nie jest kwestią wyboru czy fantazji, jest podyktowane koniecznością. Gotujemy z tego, co mamy. Jasne, że niektóre produkty są dostępne wszędzie, bo sprowadzali je zamożni przedstawiciele włoskiego społeczeństwa. Jeśli na południu widzisz parmigiano reggiano, to myślisz sobie: ki diabeł? Ale skoro królowa Bona, rezydując na Wawelu, mogła sprowadzać sobie ulubiony ser parmeński, to zakładam, że bogaci Włosi robili to samo.
To ważne, by szukać autentycznych smaków i kulinarnych rytuałów, jeść jak osoba stąd, lokalne dania i produkty? – Nie przywożę do Włoch kiszonej kapusty, a kiedy wracam do Krakowa, nie biegnę od razu po parmigiano reggiano – śmieje się Kieżun. Ale przyznaje, że ta jego naturalna, niezmącona uprzedzeniami ciekawość miejsca, które odwiedza, odbija się czasem w długofalowej zmianie nawyków.
– Turecka kawa rzadko mi smakuje, więc był problem, gdy pojechałem do Stambułu na miesiąc – opowiada. – Pomyślałem, że dobra, spróbuję herbaty. Tylko że do tej pory w ogóle nie pijałem herbat. Uważałem – jak Ted Lasso – że to brudna woda. Tymczasem w Stambule odstawiłem kawę na miesiąc, a po powrocie dotarło do mnie, że bez herbaty już nie umiem.
Jeżdżę więc do tureckiego sklepu i kupuję od razu trzy kilo, bo tej tureckiej potrzeba więcej na każde parzenie, mam turecki czajnik… W Stambule nie tylko piłem herbatę parzoną w specyficzny, tradycyjny sposób. Jadłem jak Stambulczycy. A w Grecji – jak Grecy. W Italii jem jak Włosi. Akceptuję to, że pory posiłków mogą się różnić od pór posiłków, do których przyzwyczaiłem się w Polsce. Przyznaję, że czasem zrobię sobie słone śniadanie i pewnie sąsiedzi myślą, że oszalałem, gdy smażę rano jajecznicę na cebuli…
Kocha Włochy tak bardzo, że zdecydował się kupić tam dom, ale wyznaje, że już dawno przestał wierzyć w romantyczny stereotyp Italii. – Wielu osobom wydaje się, że przeprowadzą się do Włoch i będą sobie żyć jak na wiecznym urlopie. Zmierzą się z codziennością, z urzędami, które akurat we Włoszech działają dużo bardziej opornie niż w Polsce.
Rozmawiamy o micie dolce vita i dolce far niente, tak silnie wpisanych w dominujące wizje Włoch, uważanych za kraj beztroski, slow life, nonszalanckiego podejścia do obowiązków. Według tych przekonań Włosi się głównie byczą, choć to nieprawda – wiele danych po pandemii pokazywało, że są jednym z najbardziej przepracowanych narodów w Europie.
W języku codziennym Włochów i Włoszek pojawiło się nawet, analizowane przez kulturoznawców, wyrażenie: bene stanco, czyli „dobrze zmęczony/a”, którym odpowiadają na pytanie „Jak się masz?”.
– Gadamy często z sąsiadami o tym, jak krzywdzące dla Włochów jest podtrzymywanie tych mitów. Na marginesie: dolce vita wzięto z filmu Felliniego, który nie był opowieścią o tym, jak dookoła jest wspaniale, ale o poczuciu egzystencjalnej pustki. Włochy mają skomplikowaną przeszłość, naznaczoną wielką biedą.
Świadomość historii czy niuansów włoskiej kultury pozwala zobaczyć ten kraj w pełnym świetle – z jego problemami, wyzwaniami, ale i bezdyskusyjnym, magnetycznym pięknem. Mało kto pojechał do Włoch i nigdy więcej tam nie wrócił.
Bartkowi Kieżunowi wystarczyło kilka wizyt, by zrozumieć włoskie podejście do jedzenia. – W gotowaniu obowiązują zasady i trzeba się ich trzymać. Zna je każdy Włoch i każda Włoszka. Nie można sobie ot tak podmieniać produktów. Raz zaniosłem sąsiadowi sos, który robiłem na warsztatach kulinarnych. Nie miałem jednak odpowiedniego typu makaronu, więc podałem mu z innym. Giorgio zjadł, pochwalił, ale zwrócił uwagę na makaron, że nie jest taki, jaki powinien być – opowiada autor „Włosi robią to lepiej!”.
Od 2018 roku, czyli od premiery „Italii do zjedzenia”, z sukcesami pokazuje, że włoska kuchnia to nie tylko pizza i pasta, jakkolwiek kochalibyśmy klasyczną napoletanę i popularny wśród turystów przyjeżdżających do Rzymu cacio e pepe. I tak w nowej książce znalazły się przepisy na żelazne klasyki kuchni włoskiej, ale można też sprawdzić, jak smakują ostrygi zapiekane z bułką tartą czy żeberka duszone w pomidorach z oliwkami.
A co z włoskim podejściem do życia? – Niektórzy uważają, że to wręcz wścibstwo, a mnie się podoba, że Włosi chcą wiedzieć, co u sąsiada, zagadują, pytają – opowiada. Czy to jest to, co, oczywiście poza gotowaniem, Włosi robią lepiej? – Zdecydowanie. Są znacznie lepsi w stosunkach międzyludzkich. Lepiej im wychodzi bycie ze sobą. Każdy na twój widok się uśmiechnie i zapyta, co słychać, nawet jeśli go to nie obchodzi, a potem rozmowa leci.
Już się przyzwyczaiłem, że jeśli wychodzę do sklepu pod domem, to nie będzie mnie co najmniej pół godziny, bo z jednym sąsiadem napiję się kawy, z drugim poplotkuję, a do tego będę czekał w kolejce, bo ktoś właśnie zamówił szynkę, a Roberto kroi ją tak, że to jest cały spektakl [śmiech]. Włosi ważą czas inaczej. Spieszą się tylko tam, gdzie trzeba się spieszyć, a tam, gdzie nie trzeba, pozwalają sobie na wolne tempo.
Dopytuję jeszcze o włoską politykę i stereotypowe przekonania, że Włosi pozostają społeczeństwem obyczajowo konserwatywnym, wiernym tradycyjnym wartościom. – Włochy są jednym z ostatnich krajów, które wprowadziły ustawę dotyczącą związków partnerskich, ale konserwatyzm Włochów i Włoszek nie jest regułą. To złożone społeczeństwo – odpowiada Kieżun. – Kiedy kupowaliśmy z Przemkiem, moim partnerem, dom w Umbrii, mówiono nam, że miejscowi są bardzo zamknięci. Tymczasem przyjechaliśmy z gratami i zanim zdążyliśmy je wyładować, nasi sąsiedzi Giorgio i Emilia nieśli nam kawę i ciasto. Chcieli wiedzieć, kim jesteśmy, czym się zajmujemy. Zostaliśmy szybko zaakceptowani, bo zobaczyli, że naprawdę chcemy tam stworzyć dom. Gdy okazało się, że potrzebuję obcęgów, bo nie zabraliśmy ich z Polski, wystarczyły trzy minuty w sklepie u Roberta, żeby Francesco zabrał nas do siebie, pożyczył obcęgi i zaprosił na kolację z nim i jego żoną Ritą jeszcze tego samego wieczoru. Nie zamykajmy Włochów w szufladzie, to nie fair.
(Fot. Bartek Kieżun)
1. Bolos de São Gonçalo – ciastka świętego Gundysława z Amarante
W portugalskim miasteczku Amarante trudno się uwolnić od widoku penisów w oknach piekarni i to wcale nie dlatego, że piekarze są ekshibicjonistami. Nic z tych rzeczy! Po prostu penis to tamtejszy uniwersalny symbol szczęścia, sięgający czasów przedchrześcijańskich. Są więc penisy z ciasta chlebowego i penisoidalne eklery. Są penisy słodkie i słone, na drożdżach i na zakwasie. Materia nie ma znaczenia – liczy się kształt. A reakcja gości, kiedy położycie taki chleb na stole – bezcenna!
Składniki na 6, chciałoby się powiedzieć, ciastek:
- 500 g mąki,
- 7 g suchych drożdży,
- 3 łyżki cukru pudru,
- 3 łyżki miękkiego masła,
- 1 łyżka cukru z wanilią,
- 1 jajko „zerówka”,
- 75 ml słodkiej śmietany 18%,
- 75 ml mleka,
- szczypta soli.
Sposób przygotowania:
1. Drożdże i cukier (również ten z wanilią) wsypujemy do miski. Dodajemy masło i mieszamy dokładnie rózgą cukierniczą. Wbijamy jajko, wlewamy ciepłe mleko połączone ze śmietaną i znów dobrze mieszamy. Dokładamy połowę mąki. Jeśli tylko się jeszcze da, łączymy składniki rózgą, a potem przekładamy ciasto na blat roboczy i zagniatamy, dodając drugą połowę mąki. Potrwa to chwilę. Gotowe ciasto, czyli takie o jednolitej konsystencji i elastyczne, oprószamy mąką i odkładamy do wyrośnięcia na 45–60 minut.
2. Po tym czasie dzielimy je na 6 części. Z każdej formujemy wałeczek. Do jednej trzeciej długości nacinamy je i skręcamy ślimaka, który po upieczeniu będzie jądrem. Oczywiście symetrycznie. Uformowane ciastka odkładamy do wyrośnięcia na pół godziny, po czym smarujemy je rozkłóconym w mleku jajkiem i wstawiamy do nagrzanego do 180°C pieca. Pieczemy na złoto. Na koniec każde bolo lukrujemy (według szkoły), ja tego nie robię, bo mi trochę za słodko.
(Fot. Bartek Kieżun)
2. Bolo rei – portugalski chleb z bakaliami
Portugalskie bolo rei przypomina francuskie galette des rois i tradycyjnie było pieczone dokładnie w tym samym czasie – w okolicach święta Trzech Króli. Podobnie jak Francuzi, Portugalczycy wkładali do środka tego nadziewanego bakaliami drożdżowego ciasta ziarno fasolki lub bobu. We Francji ten, kto je znalazł w swoim kawałku, był ogłaszany symbolicznym królem. W Portugalii z kolei, szczęśliwy znalazca był zobowiązany do zapłacenia za bolo rei podczas kolejnych świąt. Zastanówcie się więc dobrze, którą wersję wybierzecie!
Składniki (na 2 drożdżowe wieńce)
Zaczyn:
- 250 ml wody,
- 7 g suchych drożdży,
- 3 łyżeczki cukru,
- 150 g mąki.
Ciasto właściwe:
- 130 ml mleka,
- 130 g masła,
- 300 g cukru,
- 900 g mąki,
- 2 jajka „zerówki”,
- skórka strata z cytryny,
- 1/2 łyżeczki cynamonu,
- garść rodzynek,
- garść kandyzowanej skórki pomarańczowej,
- garść posiekanych orzechów (dowolnie: włoskich, laskowych, migdały też będą super).
Sposób przygotowania:
1. Do ciepłej wody wsypujemy cukier i mieszamy. Suche drożdże wysypujemy na powierzchnię, by ruszyły. Po chwili dodajemy mąkę i znów dokładnie mieszamy – konsystencja powinna przypominać gęsty jogurt. Odstawiamy na 20 minut, by zaczyn zaczął pracować. Do dużej miski wsypujemy mąkę i cukier. Dokładamy cynamon i skórkę cytrynową. Wbijamy jajka, wlewamy przestudzone mleko z masłem. Zaczynamy wyrabiać, wlewamy wodę z drożdżami, dodajemy miękkie masło i letnie mleko. Po mniej więcej 10 minutach ciasto powinno stać się elastyczne i lekko błyszczące. Dodajemy bakalie i wyrabiamy już tylko chwilę, by wprowadzić je mniej lub bardziej do środka.
2. Obsypujemy ciasto mąką i wkładamy do miski, by wyrosło. W zależności od temperatury może to potrwać nawet do 2 godzin. Po tym czasie dzielimy je na pół, z każdej połówki formujemy kulę, oprószamy ją mąką i układamy w tortownicy do wyrośnięcia na mniej więcej godzinę. Kiedy ciasto zwiększy swoją objętość, rozdzieramy je na środku, formując wieniec. Pieczemy około 40 minut w 180°C. Musi być pięknie złote. Gdyby się za bardzo rumieniło, można je okryć lekko folią aluminiową.
(Fot. Bartek Kieżun)
3. Ravioli capresi – pierożki z Capri
Majeranek można wykorzystać na tysiące sposobów. Niewiele wiemy jednak o tym, że jest popularny również w kuchni włoskiej. Kiedy po raz pierwszy wcinałem pierożki z Capri, nie mogłem się nadziwić, że majeranek tak rewelacyjnie łączy się z serem. Dziś to jedne z moich ulubionych włoskich ravioli.
Składniki (na około 20 sztuk)
Ciasto:
- 250 g mąki tortowej,
- 100 g semoliny, sól,
- 180 ml gorącej wody,
- oliwa extra vergine.
Farsz:
- 250 g caciotty (najlepiej z Sorrento),
- 100 g grana padano,
- jajko „zerówka”,
- sól,
- pieprz,
- garść liści majeranku.
Dodatkowo:
- 250 g pomidorków koktajlowych,
- 2 ząbki czosnku,
- oliwa extra vergine.
Sposób przygotowania:
1. Do miski wsypujemy obie mąki i nieco soli. Mieszamy i rozgarniamy na boki. W środek wlewamy wodę i oliwę. Używając miksera planetarnego, by się nie poparzyć – bo woda powinna być gorąca – wyrabiamy ciasto. Gładkie i jednorodne, zawijamy w folię i odkładamy do lodówki na godzinę.
2. W tym czasie robimy farsz. Caciottę ścieramy na dużych oczkach tarki i łączymy z grana padano startym na najdrobniejszych oczkach. Dodajemy jajko i sporo świeżego majeranku. Doprawiamy solą i pieprzem.
3. Ciasto wałkujemy cienko na pasy o szerokości mniej więcej 6 centymetrów. Wyznaczamy środek i układamy łyżkę farszu co 5 centymetrów. Przykrywamy drugim pasem ciasta. Wyciskamy powietrze i zgodnie z tradycją wycinamy ravioli szklanką, a brzegi dociskamy widelcem. Jeśli ktoś ma w domu stampę do ravioli, to jej użycie będzie w pełni usprawiedliwione.
4. Zabieramy się do sosu. Na oliwie przesmażamy czosnek i pomidorki przecięte na pół. Solimy i gotowe.
5. Dodajemy na patelnię ugotowane al dente ravioli i dokładnie mieszamy, po czym stawiamy na stole.