Angelika Kucińska - „W mojej szkole był jeden wyoutowany gej”. Włodi4444 chce być dla młodych „drogowskazem, którego sam nie miał”
00:00
17:57
Świętował dzień kotleta schabowego wyznaniem „Jesteś panierką mojego życia”. Zrobił przegląd najbardziej spektakularnych kanapek. Regularnie publikuje galerię komplementów. Jak ten: „Myślałem, że po ogórkach kiszonych nie spotka mnie nic lepszego, ale spotkałem ciebie”. A pomiędzy zabawnymi grafikami z życzeniami miłego dnia, przypomina o chodzeniu na wybory i równych prawach dla osób LGBT+. Internet nie zasłużył na Michała Włodarczyka, czyli Włodiego4444, ale bardzo go potrzebował.
- Michał Włodarczyk, czyli Włodi4444, opowiada, dlaczego w internecie woli szukać tego, co ludzi łączy, niż kolejnych powodów do podziałów.
- „Teraz chcę być za bardzo. Chcę być widziany” – mówi o momencie, w którym przestał obawiać się otwartego opowiadania o swoim związku z Kacprem i o tym, co jest dla niego ważne.
- Włodi mówi też o ślubie w Kopenhadze, i frustracji związanej z tym, że w Polsce jego związek nie jest traktowany tak samo jak związki małżeńskie. „Kacper jest moją rodziną i chcę, żeby nas tak traktowano” – podkreśla.
- Włodi4444 wraca również do trudnych lat dorastania i tłumaczy, dlaczego reprezentacja osób nieheteronormatywnych jest dla niego tak ważna. A na koniec zdradza, co go wzrusza – od relacji Kacpra z ich pieskiem po książki, muzykę i... dobrze zrobioną mizerię.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Angelika Kucińska: W czym jesteś dobry?
Michał Włodarczyk, Włodi4444: Jestem dobry w byciu kreatywnym. Ufam sobie w tym aspekcie, bo zawsze coś tworzyłem – teksty, grafiki – nawet zanim praca kreatywna stała się po prostu moją pracą. I wiem, że zawsze będę coś tworzył, na przykład te moje wszystkie kolorowe obrazki, bo lubię i potrafię korzystać ze swojej kreatywności.
Jesteś też dobry w poprawianiu ludziom nastroju.
To miłe, ale nieplanowane. Kiedy siadam do grafiki czy nowego posta, moim nadrzędnym celem nie jest myśl, żeby podnosić ludzi na duchu. Jeśli wstaję rano i jest fajnie, to pewnie wybrzmi to w tym, co wrzucę na Instagram.
Na pewno jednak nie jestem od tego, żeby każdy miał zawsze dobry humor, bo tak się przecież nie da. Trzeba czasem czuć się źle, żeby poczuć się dobrze.
Zdarzają mi się więc też inne obrazki. Takie, dzięki którym może ktoś poczuje się widziany, zrozumiany.
Może po prostu chodzi o to, że w estetyce, którą operujesz, jest coś uniwersalnie krzepiącego? Ten miks nostalgii i naiwności.
W tę estetykę uciekałem jeszcze w liceum. Nie czułem się dobrze w szkole, więc gdy wracałem do domu, odpalałem komputer, wklejałem swoją twarz w kosmiczne tło i dorabiałem poroże… To była ta fajna twórcza strona mnie. Lubiłem na siebie patrzeć przez taką soczewkę. Czułem się wtedy lepiej sam ze sobą i ta estetyka we mnie została, więc dziś jest dowodem szczerości w tym, co robię. Cieszę się, jeśli przy okazji wywołam u kogoś uśmiech.
(Fot. Aga Bilska)
Ja myślę o naiwności jako niezbędnej kompetencji, zwłaszcza dziś. Pomaga nam nie popaść w apokaliptyczne myśli o kompletnym rozpadzie. Jest w naiwności wiara, że nie wszystko stracone.
Wierzę we wspólnotę. Kiedy wymyślam treści do opublikowania, szukam czegoś, co możemy przeżyć razem. Jesteśmy już wystarczająco podzieleni. W mediach społecznościowych pełno jest opinii, które różnią, więc wolę to, co nas połączy. Zwykłe, małe rzeczy. Jak wczesne pobudki. Albo mizeria do mielonego. To jest dla mnie poszukiwanie dobra, bo ono jest w tych momentach, gdy możemy się razem zaśmiać albo wspólnie westchnąć. Tak samo ważne jest dla mnie, żeby nawet o poważnych rzeczach mówić bezpretensjonalnie.
Moje konto obserwują głównie młodzi ludzie, a młodych duże tematy, na przykład polityka, często onieśmielają, bo wydaje im się, że brakuje im wiedzy, żeby się angażować, zabierać głos. A ja o tym, że fajnie chodzić na wybory, opowiadam prostym językiem i zabawną grafiką, a nie skomplikowanymi wykresami. Że to jest rozmowa na poziomie mema? Spoko, najważniejsze, że rozmawiamy.
Długo wzbraniałeś się przed tym, żeby poruszać kwestie światopoglądowe w social mediach, prawda?
Tworzę treści w internecie od 2020 roku i faktycznie przez pierwsze trzy lata byłem bardzo ostrożny. Nie ukrywałem, że jestem gejem, ale też nie dzieliłem się poglądami. Dryfowałem ponad tym. Rok 2023 był dla mnie przełomowy. Zmierzyłem się ze sobą i znalazłem wreszcie spokój. Poczułem, że już jestem w miejscu, w którym mogę otwarcie mówić o tym, co mnie boli, ale i o tym, co mnie uszczęśliwia – o moim związku, frustracjach, pragnieniach, marzeniach. Nie czułem dyskomfortu, angażując się coraz bardziej w kwestie ważne społecznie.
Co cię zatrzymywało wcześniej?
Jestem wdzięczny za to, że tak wiele osób lubi to, co robię, ale kiedy zaczynasz zdobywać coraz większy zasięg w internecie, wystawiasz się na ocenę setek tysięcy ludzi. Te setki tysięcy osób mogą różnie zareagować, kiedy się dowiedzą, że masz chłopaka.
Wcześniej cokolwiek na ten temat mogli mi powiedzieć tylko bliscy, rodzina i przyjaciele, a teraz mogę dostać wiadomość od obcej osoby, że powinienem rzucić się z okna. Dziś, też dzięki pracy na terapii, wiem, że taka wiadomość w ogóle nie jest o mnie.
I, co także ważne, nigdy nie ukrywałem, że jestem w związku. Kacper pojawiał się na profilu, gdzieś przewijało się nasze wspólne mieszkanie, zdjęcia z wakacji, ale nie używałem mojej platformy do tego, żeby mówić, że marzymy o ślubie, którego nie możemy wziąć. Wcześniej bałem się, że to może za mocne, za bardzo, że się komuś nie spodoba. A teraz chcę być za bardzo. Chcę być widziany. Czasem ktoś mi powie, że jestem odważny, bo otwarcie opowiadam o swojej orientacji i relacji. Nie ma niczego odważnego w posiadaniu chłopaka, a ja mówię o swoim, bo chcę. I tyle.
A okoliczności zewnętrzne też zachęcały, żeby się wreszcie otworzyć bardziej? W 2020 roku homofobiczny hejt w internecie mógł być bardziej nasilony niż w 2023.
Ale przecież sytuacja polityczna nie zmieniła się na tyle, żebyśmy nagle poczuli się w pełni bezpiecznie...
(Fot. Aga Bilska)
Śledzisz dyskusję wokół obowiązku uznawania przez polskie urzędy małżeństw jednopłciowych zawieranych za granicą?
Za każdym razem, kiedy wraca temat związków partnerskich, we mnie rozpala się na nowo iskierka nadziei, że może wreszcie, że może teraz będzie ten moment. I takich momentów w ostatnich latach przeżyłem mnóstwo. Wiele razy myślałem, że jeszcze dwa miesiące i weźmiemy ślub. A potem dyskusja cichnie, opinia publiczna zajmuje się czymś innym, i tak w kółko. Czuję wtedy, że ktoś regularnie zabiera mi coś, czego nigdy nie miałem.
Myślę czasem, że może to moja wina. Że to ta moja naiwność, z którą idę przez świat, sprawia, że za każdym razem pozwalam, żeby rozbudziła się we mnie nadzieja, a potem mi przykro, kiedy nadzieja się ulatnia.
Obowiązek transkrypcji też rozpalił we mnie nadzieję. Zresztą planujemy z Kacprem ślub w Kopenhadze, przeszliśmy już wszystkie formalności, zebraliśmy potrzebne dokumenty. Robimy to właśnie z wiarą, że akt małżeństwa zostanie uznany i przepisany w mieście, w którym na co dzień żyjemy. To nasze trzecie podejście. Sześć lat temu mieliśmy brać ślub w Las Vegas. Wylot miał być w sobotę, a w czwartek zamknięto granice z powodu pandemii. Później wpadliśmy na pomysł, że weźmiemy ślub humanistyczny w Warszawie i wyprawiamy imprezę dla bliskich. Tylko że wtedy różne wydarzenia życiowe zmusiły nas do przekierowania uwagi gdzie indziej. Do trzech razy sztuka.
Co czujesz, gdy tak w kółko odbierają ci nadzieję?
Frustrację. To dla mnie nowa emocja, bo mam problem z negatywnymi odczuciami. Po latach tłamszenia wszystkich emocji wciąż wyzwaniem jest produktywne przeżywanie złości czy właśnie frustracji.
Złość piękna sprawa, jak już się z nią oswoisz.
Moja terapeutka często mi mówi, że chciałaby, żebym się wkurzył, a ja jeszcze nie potrafię. Tak mam, że we wszystkim szukam pozytywów i lekcji. Wyrobiłem w sobie ten mechanizm, gdy było mi naprawdę ciężko, w czasach gimnazjum i liceum. Rozumiem, że z właściwego przeżywania złości płynie wielka wartość. Staram się tego nauczyć.
Powinno cię wkurzać, że żeby wziąć ślub, musisz wyjechać.
To mnie upokarza. Upokarza mnie to, że kiedy wypełniamy jakikolwiek urzędowy formularz – na przykład starając się o kredyt – to nie ma dla nas innej opcji w rubryce „stan cywilny” niż kawaler. Albo że kiedy meldujemy się razem w hotelu, zawsze pytają, czy chcemy podwójne łóżko czy dwa pojedyczne, bo nie nosimy takiego samego nazwiska.
Kacper jest moją rodziną i chcę, żeby nas tak traktowano, a nie jak dwie obce osoby. Kiedy kompletowaliśmy dokumenty potrzebne do ślubu w Kopenhadze, wreszcie poczułem się jak człowiek, który nie tłumaczy się z tego, z czego nie muszą tłumaczyć się osoby heteroseksualne.
Wszyscy muszą pójść do urzędu stanu cywilnego i stać w kolejce. To było wręcz dziwnie przyjemne, kiedy podchodziłem do okienka. Mimo że ślub bierzemy w innym kraju, przez chwilę mogłem się poczuć w Polsce jak inni ludzie, którzy tu żyją. Jak moi przyjaciele i znajomi. Ja tylko tego chcę. Nie chodzi przecież o żadne przywileje.
Będzie wesele?
Planowanie wesela to moja ulubiona czynność, kiedy idę na siłownię i robię kardio na bieżni [śmiech]. Wymyślam wtedy, kto zaśpiewa, jakie będą przemowy, jakie kwiaty. Zwykłe człowiecze rzeczy. W Kopenhadze pójdziemy na kolację z naszymi rodzinami, ale za jakiś czas na pewno chcielibyśmy zorganizować wesele w Polsce. Nie ma konkretnego planu, ale mamy swoje marzenia. Mizeria, dewolaj…
Miłość do mizerii, dewolaja i kiszonych sprawia, że internet widzi w tobie patriotę. Jesteś patriotą?
Są takie elementy polskości, które bardzo lubię. Jak na przykład kuchnia. I my, Polacy, łączymy się w miłości do ogórka kiszonego i w miłości do mizerii. Fokus na to, co nas łączy, nie kłóci się jednak z mówieniem o tym, co boli. Frustruje mnie, że od lat żyję w kochającym się związku, a nie mogę wziąć ślubu z moim partnerem, ale mimo to dalej mieszkam w Warszawie i tu płacę podatki. Zależy mi na Polsce. Gdyby mi nie zależało, mieszkałbym za granicą.
Miałeś okazję po studiach. Mogłeś zostać w Anglii.
Dobrze mi zrobiły tamte trzy lata. Znalazłem się w innym kontekście, mogłem przemyśleć sobie siebie, spojrzeć na pewne sprawy z dystansu i nabrać odwagi, by zacząć, jak to ładnie mówią, żyć w prawdzie. Potrzebowałem dojść do ładu z tym, że chcę chodzić na randki z facetami, mieć partnera i żeby ludzie o tym wiedzieli. Takie życie mogłem sobie wieść w Anglii bez większego problemu, ale wróciłem.
Dlaczego czasy gimnazjum i liceum były tak trudne?
Zabrakło empatii. I nawet nie mówię o empatycznym podejściu innych ludzi.
Ja sam nie traktowałem siebie z empatią. Byłem zamknięty. Robiłem wszystko, żeby nie zwracać na siebie uwagi, bo bałem się komentarzy, które mógłbym sprowokować.
Miałem przyjaciółki, ale te relacje były specyficzne, bo brakowało w nich szczerości. Ja wiedziałem sporo o życiu moich przyjaciółek. Z kim chodzą na randki, w kim się kochają. A kiedy pytały mnie, kto mi się podoba, uciekałem w żart albo zmieniałem temat. Gdy się dorasta, jest się bardzo świadomym, że ludzie na ciebie patrzą. Chcesz kontrolować każdą narrację. Dopiero w Anglii przestałem się tak pilnować. Mogłem odpocząć. A po powrocie stopniowo zacząłem obierać siebie z kolejnych warstw, jak cebulę, żeby być takim, jakim chcę być. Tylko że to lata obierania.
Życie na takiej wysokiej czujności musi być potwornie stresujące.
Wtedy tego nie odczuwałem. Wydawało mi się, że to ciągłe projektowanie siebie jest okej. Że tak muszę, żeby nie wzbudzać podejrzeń, chociaż ludzie i tak domyślali się, że jestem gejem. Konsekwencje życia w ciągłej czujności odczułem dopiero, gdy zacząłem się naprawdę zajmować sobą. Zobaczyłem, dlaczego małe sprawy potrafią mnie wyprowadzić z równowagi. Przez ten kumulowany latami stres. Czasem myślę, że może moja działalność w internecie komuś takiego stresu oszczędzi.
Chciałbym być takim drogowskazem, jakiego ja nie miałem, bo wychowywałem się w czasach bez social mediów, bez Instagrama, z początkującym Facebookiem, a w mojej szkole był jeden wyoutowany gej.
Wsparciem dla młodych ludzi zgubionych w stereotypach na temat osób homoseksualnych. W końcu pokazuję, że mam chłopaka i mieszkamy razem, ale też moje życie jest zwykłe, bo jem mizerię i nie lubię wstawać wcześnie rano.
Reprezentacja jest wciąż niewystarczająca?
Oczywiście, że jest. Wbrew tym wszystkim głosom, że już przejęliśmy kulturę, bo w każdym serialu jest jakiś gej. Nie ma. Filmy, seriale i książki nadal pokazują osoby nieheteronormatywne w sposób stereotypowy. Reprezentacja jest bardzo ważna, wiem to po sobie. Pierwszym gejem, którego zobaczyłem w serialu, był bohater „M jak miłość”. Postać przedstawiona bardzo negatywnie. Pojawia się nagle i rozbija czyjąś rodzinę.
Był jeszcze Stanford z „Seksu w wielkim mieście”, najlepszy przyjaciel Carrie Bradshaw. Manieryczny, wystylizowany, ekspresywny. Kolejny stereotyp.
A co, jeśli nie wpisujesz się w tę wąską wizję? Reprezentacja różnych form miłości i różnych ekspresji pomaga ludziom w odkrywaniu, kim naprawdę są. Żyją swoim prawdziwym ja, a nie tym zaprojektowanym według stereotypowych wyobrażeń na przykład o geju.
Włodi, a co cię wzrusza?
Kacper i jego podejście do naszej pieseczki. Mój chłopak nigdy nie był typem, który planował mieć zwierzę – w przeciwieństwie do mnie, bo ja dorastałem z pieskiem, więc zawsze chciałem mieć pieska. Rozmawialiśmy, negocjowaliśmy, był otwarty i teraz…
Jest jak z memów o starym, który nie chciał psa?
Tak! Jest tak rozkochany w naszej pieseczce. Wzrusza mnie ich relacja. Jak głaszcze ją po brzuszku, wychodzi na spacery, jak na nią patrzy. Mnie w ogóle łatwo wzruszyć. Działają tak na mnie książki, filmy, muzyka. Czasem przeczytam zdanie, które doskonale opisuje mój stan, i ono ze mną zostaje.
Jak ten fragment w „Małym życiu”, gdzie Hanya Yanagihara pisze, że gdy tracisz kogoś bliskiego, żałujesz, że nie zabutelkowałeś jego zapachu. Że gdy odchodzi ktoś, kogo kochasz, chcesz go jeszcze raz powąchać. Od kiedy to przeczytałem, średnio raz w tygodniu wracam do myśli o zapachu ukochanej osoby i o tym, jaki jest ulotny.
Łatwość wzruszania się wspiera kreatywność?
Na pewno. Jestem bardzo emocjonalny i dziś już bez oporów wylewam z siebie to, co przeżywam. Potrafię zauważyć nastroje i przełożyć je na słowa albo obrazek, z którym ludzie – użyję tego słowa – rezonują. To może być grafika z talerzem, na którym są tłuczone ziemniaki i kotlet, ale jest wzruszająca.
Dobra, to co czujesz, kiedy jesz mizerię?
Komfort. To jest moje bezpieczne miejsce. Jadłem bardzo wiele mizerii w swoim życiu. Eleganckie w drogich knajpach, zupełnie inne od tych domowych, które dobrze znam
Jadłem mizerię na słodko, bo taką się je w rodzinie Kacpra. Jadłem mizerię na słono. Jadłem mizerię własnej roboty. Jadłem tartą, krojoną, ciętą, przeróżną. Jadłem tosty z mizerią. Jadłem mizerię na mielonym. I za każdym razem, gdziekolwiek bym był, mizeria jest dla mnie czymś znanym i bliskim.
Nie ma złej mizerii?
Bez przesady, nie bądźmy aż tak naiwni!