Stach Szabłowski - Miał zostać „córką rolnika”. Zamiast tego Małgorzata Mycek swoją sztuką opowiada o tym, kto ma prawo decydować, kim jesteśmy
00:00
16:02
Małgorzata Mycek, rocznik 1993, zaledwie sześć lat po dyplomie – to w polskiej sztuce głos, którego nie da się zignorować. I który budzi skrajne reakcje. Z jednej strony Mycek cieszy się uznaniem, zbiera wyróżnienia i nagrody, z drugiej – ma w sieci liczne grono hejterów.
Artykuł pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026
Nie ma sensu i celu przytaczanie konkretnych cytatów z hejterskich wypowiedzi. Dość powiedzieć, że dyskusja o twórczości Mycek tonie momentami w zgiełku internetowych emocji i uprzedzeń, ale kwestie będące jej przedmiotem pozostają ważne. Bo to nie tylko spór o sztukę, lecz również – a właściwie przede wszystkim – o granice i plastyczność tożsamości.
Czy osoba ma prawo decydować, kim jest, czy też rozstrzygają o tym jednak społeczeństwo, tradycja, władza? Czy córka rolnika z małej wsi na krańcach Polski może zostać, kim zechce – na przykład queerowym artystą wizualnym używającym męskich zaimków?
„Niedziela po kościele” (Fot. Bartek Zalewski, dzięki uprzejmości artysty)
Jest rok 2021, kiedy Mycek, świeżo po ukończeniu Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, pokazuje wystawę pod tytułem „Córka rolnika”. Czyni bohaterką tego projektu wiejską dziewczynę. Ta opalona, dorodna blondynka jest uosobieniem kobiecości: chodzi w sportowych ciuchach albo w kusych sukienkach, nie zapomina o makijażu, jej skórę zdobią tatuaże. I zawsze jest zajęta. Doi krowy, karmi kury albo obcina im głowy. Obsiewa pole, niosąc ziarno w puszce po farbie Śnieżka, wyrusza na żniwa. Zmywa, gotuje, odkurza. Klęka i spowiada się. Wywiesza pranie: na sznurze do bielizny razem z ubraniami suszy się również wielka polska flaga.
Obrazy przedstawiające przygody córki rolnika przypominają dziecięce rysunki – powiększone do ogromnych rozmiarów. Są namalowane na plastikowych banerach reklamowych. Na zadawane później w wywiadach pytanie, skąd takie podobrazia zamiast płócien, Mycek będzie odpowiadać, że kiedy je tworzył, brakowało mu pieniędzy na materiały, ale przede wszystkim pozostawał wierny wiejskiej zasadzie, zgodnie z którą nic nie może się zmarnować i wszystko powinno się do czegoś przydać – banery z tworzywa sztucznego często znajdują w gospodarstwie drugie życie.
Wystudiowaną naiwność i stylizowany infantylizm obrazów podkreśla sposób, w jaki akrylowa farba nakładana była na banery – przywodząc na myśl charakterystyczną ekspresję dziecięcego rysunku kolorowanego jaskrawymi flamastrami. Ten estetyczny powrót do dzieciństwa nie był przypadkowy; artysta czerpał z własnej biografii i przeszłości.
Wychowywał się we wsi Radoszyce koło Komańczy. Przyszedł na świat jako córka rolnika. Dziewczyna z obrazów – zadbana, seksowna, a jednocześnie pobożna, posłuszna i zawsze chętna do pracy – jest osobą, którą zgodnie z oczekiwaniami otoczenia Mycek miał się stać, kiedy dorośnie. I którą nigdy nie został.
Radoszyce leżą w dolinie Osławicy, na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczad – dosłownie na krańcu Polski. Kilka kilometrów dalej zaczyna się Słowacja. To także pogranicze kultur. Katolicki kościół w Radoszycach przed wojną był greckokatolicką cerkwią. Wieś zamieszkiwali wówczas głównie Rusini, wysiedleni później podczas akcji „Wisła”. 100 lat temu żyło tu ponad 1000 osób, dziś wieś liczy niewiele ponad 100 mieszkańców.
„Sobotnie porządki” (Fot. Bartek Zalewski, dzięki uprzejmości artysty)
W tak małej wspólnocie wszyscy mają na siebie nawzajem oko, normy społeczne są pilnie przestrzegane. Już w dzieciństwie Mycek w tych normach się nie mieścił – był wioskowym odmieńcem. Tak właśnie tłumaczy się angielski termin queer, który dosłownie znaczy „dziwny”, „osobliwy”. Mycek używa imienia Małgorzata, które dostał na chrzcie, ale nie identyfikuje się z kobiecością; posługuje się męskimi zaimkami i jest osobą niebinarną. Przedstawia się także jako osoba z peryferii. I ich rzecznik.
W wymierzonej w Mycek internetowej krytyce przewija się zarzut, że maluje jak dziecko i kładzie farbę, jakby bazgrał pisakiem po kolorowance, ale tym, co naprawdę uwiera polemistów artysty, nie jest konwencja jego wczesnych prac, ale kombinacja męskich zaimków i kobiecego imienia, kolorowe włosy, zgolone brwi, androgeniczny wygląd.
Na scenie publicznej inność staje się przedmiotem sporu. W zamkniętej społeczności oznacza wykluczenie i osamotnienie. W sztuce, która niejako z definicji nastawiona jest na różnicę i indywidualizm, jest na nią więcej przestrzeni: z inności można wręcz uczynić źródło siły.
Po podstawówce Mycek, który od dzieciństwa uwielbiał rysować i tworzyć, wyjechał do liceum plastycznego z internatem, a potem na drugi koniec Polski, by studiować na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Migracja do miasta nie oznaczała jednak zostawienia peryferyjnej kondycji za sobą. Przeciwnie, służyła zdobyciu artystycznych narzędzi do jej wyrażenia.
Jednym z punktów widzenia, z którego można spojrzeć na twórczość Mycek, jest perspektywa tak zwanego zwrotu ludowego. W humanistyce trwa rewizja spojrzenia na polską tożsamość, która przez długi czas była ufundowana na swoistym paradoksie: oto społeczeństwo w przytłaczającej większości chłopskiego pochodzenia funkcjonowało w kulturze, która sama siebie postrzegała jako spadkobierczynię tradycji szlacheckiej.
Od kilkunastu lat trwa więc wzmożone zainteresowanie historią wsi, długim trwaniem feudalizmu i dziedzictwa pańszczyzny, odkrywaniem zakopanych w zbiorowej nieświadomości traum i chłopskich korzeni współczesnej polskości. Dyskurs zwrotu ludowego rozwijany był przez szereg głośnych, bestsellerowych książek – by wymienić „Prześnioną rewolucję” Andrzeja Ledera, „Ludową historię Polski” Adama Leszczyńskiego, „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego czy „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak. Swój artystyczny wyraz znalazł także w twórczości młodego pokolenia artystek i artystów wywodzących się ze wsi, którzy poszukują nowego języka artystycznego, pozwalającego ukazać kategorię wiejskości.
Dekadę temu na ikonicznego przedstawiciela zwrotu ludowego w sztuce wyrósł Daniel Rycharski. Jedną z kwestii, które stawia, jest pytanie o miejsce osób nieheteronormatywnych w pejzażu współczesnej wsi. Wrażliwość queerowa jest również pojęciem kluczowym dla twórczości Mycek. W sztuce wrażliwość ta utożsamiana jest z ekspresją płynnych, hybrydycznych tożsamości, z niejednoznacznością wymykającą się sztywnym ramom tradycji i normy.
Queer robi dziś ogromną artystyczną karierę, ponieważ dobrze oddaje ducha współczesności – którego coraz trudniej zmieścić w jednoznacznych kategoriach. Kultura queer powstała jako głos mniejszości, ale w tej wrażliwości echo swojego doświadczenia mogą odnaleźć również osoby, które identyfikują się z większością – przynajmniej publicznie. Bo czyż tak naprawdę każda i każdy z nas nie jest w jakimś sensie „inny”?
Mycek maluje więc córkę rolnika, którą nie został, ale często przedstawia też samego siebie jako ludzko-zwierzęcą hybrydę. Jego stosunek do wsi jest również złożony. Wielu miastowych ulega pokusie naiwnej idealizacji wsi, która jawi im się jako ostoja ładu i tradycyjnych wartości – antyteza postmodernistycznego chaosu współczesnych miast. Równie popularne jest jednak wyobrażenie wsi jako jądra ciemności. Małgorzata Mycek rozmontowuje obydwa te stereotypy.
Opuścił Radoszyce i wyjechał do miasta, żeby móc być sobą, ale później wrócił do rodzinnej miejscowości, w której dziś żyje i pracuje wraz z mężem. Opowiadając o wsi swojego dzieciństwa, opisuje ją jako rzeczywistość nasyconą przemocą, obecną w relacjach międzyludzkich, skierowaną wobec inności, a także wobec zwierząt. To także uniwersum naznaczone wielowymiarowym wykluczeniem. Tym najbardziej dosłownym, komunikacyjnym – dość powiedzieć, że do Radoszyc nie dociera żaden autobus – ale również brakiem dostępu do instytucjonalnej kultury. A jednocześnie wieś pozostaje dla artysty źródłem, z którego czerpie energię. W 2024 roku w warszawskiej galerii Turnus na wystawie „Przeklęte wrzosowisko”, którą zrobił wraz z Klaudią Figurą, pokazywał obrazy inspirowane karpacką demonologią.
Opowiadając o swoich rodzinnych stronach, Mycek mówi o zrujnowanych, wysiedlonych łemkowskich wsiach, po których zostały często tylko zdziczałe sady i studnie, do których może wpaść nieostrożny wędrowiec. O nawiedzonych miejscach i nie do końca jeszcze wyblakłych wspomnieniach wiary w wampiry.
W pracach artysty powracają motywy upiorów i diabłów. Te demoniczne figury niekoniecznie występują jednak jako emisariusze zła. Myckowe biesy zakorzenione są raczej w ludowej mitologii niż w chrześcijańskim dualizmie; to postaci buntownicze, ambiwalentne, niemieszczące się w normie, symbolizujące dostęp do pierwotnych sił i duchowości, której nurty płyną pod powierzchnią zinstytucjonalizowanej religii.
Innymi słowy: to istoty ze swej natury queerowe. Upiór zaś jest nie tyle uosobieniem grozy, ile alegorią tego, co zostało wyparte i wykluczone, a przecież nie zniknęło i powraca do wspólnoty w widmowej postaci. Na wystawie w Turnusie jeden z obrazów przedstawiał Małgorzatę Mycek w półludzkiej, półkociej postaci. Kot jest swego rodzaju totemem artysty, który od dzieciństwa utrzymuje silną emocjonalną więź ze zwierzętami. Po powrocie do Radoszyc wraz z mężem pomaga wiejskim kotom – mają ich obecnie w domu kilkanaście. Do opieki nad kotami dochodzi do głosu aktywistyczny gen obecny w postawie artysty.
Na studiach wraz z Niną Budzyńską prowadził Wydawnictwo Bomba publikujące queerowe ziny. Po wybuchu pełnoskalowej wojny, którą Rosja prowadzi w Ukrainie, angażował się w pomoc osobom transpłciowym uciekającym z Ukrainy.
Niektóre z jego prac przedstawiają sceny z obywatelskich protestów i demonstracji. Granica między sztuką i polityką nigdy nie jest ostra – a już szczególnie trudno ją wytyczyć w przypadku twórczości osób nieheteronormatywnych, których tożsamość, prawa i miejsce w społeczeństwie są dziś przedmiotem ostrego politycznego konfliktu.
Czy wracając do Radoszyc, artysta jechał z marzeniem „queerowania” kultury wiejskiej? Małgorzata Mycek odpowiada mi, że nie myśli w takich kategoriach ani nie chce stawiać się w roli kogoś, kto rości sobie pretensje do pouczania innych. „Uczę się akceptować wieś i cieszę się tym, że ona uczy się akceptować mnie”, mówi.
Mieliśmy okazję rozmawiać wkrótce po wernisażu wystawy „Ludowe Archiwum Państwowe” w warszawskiej galerii BWA Warszawa (19 lutego – 1 kwietnia 2026). W tym projekcie Małgorzata Mycek wystąpił w roli kuratora, prezentując prace kilkudziesięciu twórców i twórczyń. Są wśród nich akademicko wykształcone, zawodowe artystki i artyści oraz amatorzy, którzy po raz pierwszy wystawiają w galerii sztuki współczesnej; osoby należące do różnych pokoleń, mieszkające w wielkich miastach i małych wsiach. Wśród prac zobaczyć można zaś wszystko – od malarstwa sztalugowego, snycerki i rzeźby po różnego rodzaju artystyczne rękodzieło. Istotą wystawy jest podążanie za pojęciem ludowości, które wymyka się ramom etnografii i ewoluuje, migruje, przenika różne dziedziny kultury. Staje się raczej szczególnym rodzajem relacji do natury i świata – postawą, która podważa rozróżnienie między tak zwaną sztuką wysoką a tym, co nazywano niegdyś folklorem czy twórczością naiwną.
Również Mycek te granice przekracza. Na scenie sztuki kojarzony jest przede wszystkim z malarstwem, ale się do niego nie ogranicza: eksperymentuje z rzeźbą i ceramiką, tworzy instalacje.
Obecnie uczy się tradycyjnych umiejętności rękodzielniczych na Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej. Wśród technik, które tam poznaje, jest charakterystyczny dla kultury łemkowskiej haft krzyżykowy, który stał się nową fascynacją autora „Córki rolnika”.
W świetle wystawy ludowość nie jest już przypisana do konkretnej geografii ani nawet klasy społecznej. To raczej stan ducha, inkluzywna idea, której zasadą jest twórczość rozwijająca się w poprzek zastanym hierarchiom. Artystyczna obecność Małgorzaty Mycek w „Ludowym Archiwum Państwowym” była dyskretna. Na tej wystawie, jako kurator, zajmował się przede wszystkim tworzeniem przestrzeni ekspresji dla innych.
Na jednym ze stołów, na którym prezentowane były drobniejsze artefakty, odnaleźć można było jednak ceramiczną figurkę – kotopodobną postać, w której mamy prawo domyślać się autoportretu kuratora. W następnej sali, pod etażerką, ukryta była inna hybryda – niewielka rzeźba przedstawiająca Wężycę: kobietę z wężowym ogonem, której głowę wieńczy para rogów, a może kocich uszu. To osobliwa figura, a jednak jej dziwność nie wydaje się wykluczająca. Wręcz przeciwnie – wszyscy jesteśmy przecież w spektrum osobliwości, choć każdy znajduje się w innym jego punkcie. Sztuka Mycek – którego prace można było oglądać w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie na wystawie „Kwestia kobieca”, obok dzieł takich klasyczek jak Artemisia Gentileschi czy Leonora Carrington – jest tak osobista, jak to możliwe. A przecież ma również wymiar uniwersalny. Brzmi w niej nie tylko echo doświadczeń autora, lecz również tego, co niebinarne i niejednoznaczne w każdym człowieku.