Sonia Kisza - Patrz i płacz: łzy mogą być motorem zmiany. Artyści wiedzą o tym od wieków
00:00
06:10
Ostatnio pisałam o patrzeniu na sztukę i czuciu. Zaczęłam się zastanawiać, czy jest taki obraz, który sprawił, że się popłakałam.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026.
Pamiętam, jak poruszyła mnie „Trumna chłopska” Aleksandra Gierymskiego. Kobieta i mężczyzna siedzą przed chatą, a obok nich stoi dziecięca trumienka. Obraz zobaczyłam pierwszy raz, będąc nastolatką. To jedno z tych dzieł, które po prostu rozumiesz – nie musisz mieć wiedzy na temat mitologii, Biblii czy historii. Patrzysz i wiesz, co się wydarzyło. Prosty, ale wyjątkowo wymowny.
Nie przypominam sobie, żebym kiedyś płakała w muzeum. Trochę mi nawet z tego powodu głupio. Nie sądzę, żeby to była kwestia tego, że sztuka nie jest w stanie tak mocno działać na odbiorcę. Jestem prawie pewna, że to jest kwestia płakania publicznie, które – umówmy się – nie jest ani popularne, ani pożądane. Chłopaki nie płaczą, ale dziewczyny też mają się nie mazać. Twardym trzeba być, nie miękkim.
Wreszcie mogę powiedzieć zdanie, z którym zwykle się nie zgadzam: „KIEDYŚ TEGO NIE BYŁO”. Naprawdę w tym przypadku – kiedyś tego nie było! Płacz, szczególnie płacz kobiet, był długo w naszej kulturze jak najmilej widziany. Świadczył o szczerości i autentyczności.
Na pogrzebach już w starożytności zatrudniano płaczki, które miały ostentacyjnie opłakiwać zmarłego i podnosić rangę uroczystości. W średniowiecznych praktykach religijnych płacz odgrywał niezwykle istotną rolę. Margery Kempe, żyjąca na przełomie XIV i XV wieku mistyczka, autorka pierwszej autobiografii w języku angielskim, matka czternaściorga dzieci, rzewnie wylewając łzy na rynkach miast, przyciągała tłumy.
Lamentując, zbierała podczas swoich podróży całkiem pokaźną publiczność – takich średniowiecznych followersów. W tamtym czasie łzy były znakiem świętości, nie kojarzyły się, tak jak dziś, tylko z bólem, smutkiem czy wzruszeniem. Kempe lamentowała z radości, ciesząc się ze swoich niebiańskich wizji.
W scenie „Zdjęcia z krzyża” Mistrza Ołtarza Świętego Bartłomieja z około 1500 roku płaczą absolutnie wszyscy. Lament w scenach religijnych miał jasne zadanie – uczyć dewocji i potęgować przeżycia. Pamiętajmy, że absolutna większość ludzi była wtedy niepiśmienna, nabożeństwa odbywały się po łacinie, a sztuka miała przybliżać biblijne historie, wizualizować je, pomagać w zrozumieniu i utożsamieniu się z nimi.
W przypadku tego obrazu widza i widzkę porusza nie tylko śmierć Jezusa, jego umęczone, skatowane ciało, ale może przede wszystkim – cierpienie jego bliskich. W końcu zwykle najbardziej zasmucają nas ci, którzy muszą poradzić sobie ze stratą ukochanej osoby.
W chrześcijaństwie płacz był symbolem pokuty i naprawy. Brak umiejętności ronienia łez był złym omenem. Według „Młota na czarownice”, popularnego w XVI wieku podręcznika mającego pomóc łapać i osądzać wiedźmy, miały one nie być zdolne do płaczu. Łzy posiadały moc oczyszczania grzechów, potrafiły odstraszać demony i otwierać niebo. Poza wszystkim to fizjologiczna reakcja ciała na silne emocje – smutek, bezradność, strach, ale i radość.
Pozwalając sobie na płacz – najlepiej otwierając ramiona i rozluźniając szczękę – rozładowujemy napięcie. Łzy koją, pomagają obniżyć poziom stresu, ale co absolutnie niedoceniane – mają też znaczenie społeczne. Zdawali sobie z tego świetnie sprawę ludzie w przeszłości – płacz był jasnym sygnałem dla otoczenia, że potrzebujemy wsparcia. Łzy często dochodzą do głosu w momencie, gdy po trudnym wydarzeniu ktoś nas dotyka, przytula czy okazuje wsparcie.
Bliskość to moment, gdy czujemy się bezpieczniejsi. Dlatego tam, gdzie pojawiają się ulga i poczucie wspólnoty, często pojawia się też płacz. Albo odwrotnie – płacz tę ulgę wymusza.
W tym kontekście warto się przyjrzeć „Zdjęciu z krzyża” jeszcze raz. Niemal każdy uczestnik sceny dostaje dotyk bliźniego. Ciało Chrystusa przytrzymują Nikodem i Józef z Arymatei. Jan Ewangelista podtrzymuje Maryję, a jedna z towarzyszących kobiet – Maria Kleofasowa kładzie czule rękę na plecach Marii Magdaleny, okazując jej wsparcie.
Bohaterka „Alicji w Krainie Czarów”, zdezorientowana otaczającym ją szalonym światem, wypłakała morze łez. Clarissa Pinkola Estés pisze o rzece łez, która unosi łódź naszego wewnętrznego życia. Łzy, zdaniem autorki kultowej „Biegnącej z wilkami”, ratują tę łajbę, gdy utknie na skałach lub suchym lądzie. To właśnie one mogą być motorem życiowej zmiany. A nasz lament może pomóc przyciągnąć odpowiednich ludzi, którzy nam w tym pomogą. Pisarka zresztą jasno zachęca do ekspresyjnego przeżywania: „Kto nie potrafi wyć, ten nie odnajdzie swojego stada” – pisze.
To co? Płaczemy?
Sonia Kisza, jest historyczką sztuki, autorką książki „Histeria sztuki. Niemy krzyk obrazów” oraz twórczynią satyrycznego profilu na Instagramie @histeria.sztuki.