1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak zacząć malować, gdy wydaje ci się, że nie masz talentu? Arteterapeutka radzi, jak uwolnić w sobie artystkę

Jak zacząć malować, gdy wydaje ci się, że nie masz talentu? Arteterapeutka radzi, jak uwolnić w sobie artystkę

(Fot. Yagi Studio/Getty Images)
(Fot. Yagi Studio/Getty Images)

Odsłuchaj artykuł

Beata Pawłowicz - Jak zacząć malować, gdy wydaje ci się, że nie masz talentu? Arteterapeutka radzi, jak uwolnić w sobie artystkę

00:00 17:13
15s
0,5 x
15s
Marzysz o tym, żeby tworzyć, ale nic w tym kierunku nie robisz? Psycholożka i arteterapeutka Mariola Pietroń-Ratyńska zachęca, żeby spróbować, bo inaczej nie tylko stracimy szansę twórczej ekspresji, lecz także jakąś część siebie.

Spis treści:

  1. Dlaczego jako dzieci tracimy naturalną kreatywność?
  2. Jak uciszyć wewnętrznego krytyka podczas tworzenia?
  3. Pierwszy krok w twórczości: dlaczego warto spróbować?
  4. Jak radzić sobie z krytyką i hejtem w sztuce?
  5. Czy artysta musi mieć dyplom, by czuć się artystą?

  • Każdy z nas rodzi się artystą, ale wychowanie i edukacja często tłumią naturalną kreatywność, ucząc dopasowania do oczekiwań innych.
  • Psycholożka i arteterapeutka Mariola Pietroń-Ratyńska podkreśla, że proces tworzenia jest ważniejszy niż efekt końcowy – chodzi o przyjemność, ekspresję i poznawanie siebie.
  • W trakcie malarstwa intuicyjnego uczestnicy uczą się ignorować krytyka wewnętrznego, co pozwala na odblokowanie twórczej części psychiki i głębokie przeżycia emocjonalne.
  • Nawet doświadczeni twórcy zmagają się z wątpliwościami i krytyką, ale odwaga i własna decyzja o tworzeniu prowadzą do satysfakcji i rozwoju artystycznego.
  • Artysta tworzy, bo musi i chce, a kreatywność daje poczucie pełni, obecności i radości, którą warto pielęgnować niezależnie od opinii innych.

Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 06/2025.

Dlaczego jako dzieci tracimy naturalną kreatywność?

Beata Pawłowicz: Czy każdy może zostać artystą? Od czego zacząć, jeśli tego pragniemy?

Mariola Pietroń-Ratyńska: Jesteśmy artystami od początku, od momentu, kiedy zaczynamy poznawać świat, eksplorować go, kiedy zostawiamy pierwszy ślad swojego istnienia.

Kłopot z byciem artystą zaczyna się, dopiero gdy trafiamy do przedszkola, a potem szkoły – inni biorą się tam za formowanie naszej naturalnej twórczej ekspresji.

Dostajemy gotowe kolorowanki czy wyklejanki. Słyszymy, że coś, co zrobiliśmy, jest ładne albo brzydkie, że się postaraliśmy albo nie. Pokazuje się nam, żeby ujmować kształty czy perspektywę tak, a nie inaczej. Poznajemy wzorzec, do którego mamy dążyć. Taka praktyka pozbawia dziecko kreatywności i indywidualizmu. Naśladujemy, a nie tworzymy.

Przedszkolak zwraca na takie słowa uwagę?

Stara się dostosować, ponieważ naszą podstawową potrzebą jest potrzeba przynależności. Już w wieku kilku lat zaczynamy sami siebie ograniczać. Uczymy się zmieniać nasze poczucie estetyki pod wyobrażenia innych osób, często nieprzygotowanych do tego, aby stymulować rozwój dziecka. Boimy się pokazać odmienny styl myślenia i przeżywania. Chcemy zasłużyć na pochwałę. Zaczyna się proces, który pozbawia naturalnej motywacji i przyjemności z tworzenia jako doświadczania własnego sprawstwa.

Szczyt kreatywności, który przypada na piąty rok życia, już jest często czasem hamowania rozwoju tej części osobowości, która odpowiada za twórczość. Z czasem nie jest lepiej.

Jako nastolatki jeszcze bardziej boimy się odtrącenia, złej oceny, sygnałów, że nie pasujemy do grupy. Powoli więc blokujemy naturalną potrzebę tworzenia znaków i zostawiania śladu...

Zwłaszcza gdy w domu słyszymy: „Szkoda czasu na te zabawy, chleba ci to nie da”?

To międzypokoleniowe kalki, wyobrażenia na temat wartości sztuki należące często do innych osób. Nie nasze. Warto to dostrzec i spróbować dociec: Do kogo należy pojawiająca się w naszej głowie taka deprecjonująca twórczość myśl? No bo jeśli nie jest nasza, to skąd się wzięła? Czyim głosem do nas mówi, że z malowania, pisania czy grania nie wyżyjemy?

Czy nie wszystko jedno „czyim głosem”, skoro mówi prawdę: „Brak ci talentu”, „Brak ci dyplomu”, „Nie ośmieszaj się”?

Kiedy zaczynam warsztat, często zadaję uczestnikom pytanie: „Kto z was jest przekonany, że nie potrafi rysować czy malować?”, a wtedy zdarza się, że 50, a nawet 70 proc. obecnych twierdzi, że nie potrafi. Mówię wtedy: „Wspaniale, że mimo to przyszliście, bo dziś doświadczycie jednego z piękniejszych odczuć. Dane wam będzie pozbyć się blokującego wyobrażenia na swój temat, że nie potraficie, a to z kolei otworzy was na proces tworzenia: niezwykły, transformujący!”. To możliwe, jeśli tylko pragniemy tworzyć!

Malarstwo intuicyjne odchodzi od sztywnego myślenia o technice, o założeniach dotyczących formy czy perspektywy. Skupia się na procesie.

Zaczynamy od wybrania kilku kolorów, które nas poruszają, a potem nakładamy je spontanicznie na płótno i przyglądamy się temu, co powstało. Nasze mózgi nie lubią pustki, zaczynają więc kategoryzować plamy barwne, podpowiadać, co ten kształt może przypominać. Wtedy wystarczy tylko iść za tym.

Jak uciszyć wewnętrznego krytyka podczas tworzenia?

Fajna zabawa, ale co z krytykiem wewnętrznym, który powie: „Tracisz czas, Matejki z ciebie nie będzie, no i przecież widzisz, że nie umiesz”?

Na warsztatach malarstwa intuicyjnego, które prowadzę, często widzę, jak ludzie przeżywają moment przekroczenia niewiary w siebie i w to, że mogą stworzyć coś, co będzie miało jakąkolwiek wartość. Nie wiedzą wtedy jeszcze, że nie chodzi o powstanie obrazu, chociaż logika tak podpowiada.

Znaczenie ma proces, czyli praca z kolorem i płótnem, przyjemność z kreacji, a nade wszystko to, co się stanie z nimi samymi, kiedy odblokuje się ich twórcza część psychiki.

Wielu uczestników warsztatów odczuwa więc na początku trudne emocje, takie jak złość, wstyd czy frustracja. Słyszy w głowie krytyka, który mówi, że to, co robią, jest naiwne, beznadziejne. Ten głos każe się im porównywać ze stojącymi obok przy sztalugach kursantami, którzy wszystko robią lepiej. Ponieważ wiem, że taki etap w procesie malowania pojawia się, mówię im: „Wytrzymajcie te trudne emocje i myśli. Warto. One miną”.

Na pewno warto?

Wiem, że tak, bo sama tego doświadczyłam. Jako dyrektorka szkoły 10 lat temu postanowiłam wykorzystać zasady arteterapii w procesie edukacji i wzięłam udział w kursie. Już pierwsze zadanie, jakim było namalowanie drzewa, obudziło mojego krytyka. Drzewo wyszło skrajnie naiwnie. Obok mnie stały osoby po liceach plastycznych czy ASP, od razu więc zaczęłam się z nimi porównywać i poczułam się gorsza.

Chciałam czym prędzej rzucić pędzle i wyjść. Nie zrobiłam tego, bo wtedy podeszła do mnie instruktorka i powiedziała: „Wytrzymaj!”.

Potem te trudne, nieprzyjemne emocje przeszły przeze mnie i opadły, a pojawiły się spokój i przyjemność. Wszystko wokół znikło, jakby ktoś mnie odizolował od świata. Przestałam słyszeć i widzieć osoby wokół mnie. Kolejne wspomnienie: maluję sama w domu, patrzę i dostrzegam różnicę w strukturze farby, myślę o tym, jak mogę kolory mieszać czy nakładać laserunek. I potem: koleżanka proponuje mi wystawę...

Od razu pierwsza wystawa? Skąd wziąć tyle odwagi?

Na szczęście ta pierwsza wystawa odbyła się dopiero po roku od czasu, kiedy zaczęłam malować. Byłam przerażona. Odwaga była mi potrzebna, bo na wernisażu czułam się, jakbym była publicznie naga, bo przecież ujawniłam innym to, co było w głębi mojej psychiki, na dnie duszy. Emocje, jakich wtedy doświadczyłam, były silne i nieszczególnie przyjemne, koktajl skrajnych stanów. Radość przyszła później, kiedy zaproponowano mi bycie animatorką na zajęciach z malarstwa intuicyjnego i zaczęłam towarzyszyć innym w ich drodze do tworzenia.

Niewiele czasu minęło więc od tego momentu, kiedy wzięłam pędzel do ręki i bałam się, że zabrudzę i zniszczę płótno, do stanu całkowitego cudownego odlotu podczas tworzenia.

Bo samo tworzenie, sam proces malowania, który jest jak sen, jak podróż do innego świata, jest tym, co pcha mnie, by tworzyć. Później dołączyła do niego radość, jaką dawało mi patrzenie na zmieniający się wyraz twarzy kursantów: od lęku i wstydu do radości, do absolutnej całkowitej obecności w tym, co robią, pokrywając farbami płótno.

Pierwszy krok w twórczości: dlaczego warto spróbować?

Jeśli więc odważymy się zrobić pierwszy krok, może się okazać, że zaprowadzi on nas bardzo daleko?

Właśnie! Zazwyczaj już po pierwszych zajęciach te osoby, które wytrzymały trudne emocje, wynikające z przekonań o tym, że nie potrafią tworzyć, przychodzą i mówią, że są zadowolone i że będą malować. Dzieje się tak, bo zasmakowały niezwykłej przyjemności płynącej z procesu tworzenia.

Artystą jest ten, kto ma potrzebę ekspresji, kto chce to, co ma w sobie, wydobyć, aby się tym podzielić.

Jeśli tego nie robi, odczuwa ogromną frustrację, blokadę. Jeśli nie wypowiada się poprzez sztukę, może mieć wiele emocjonalnych problemów, których źródła nie rozumie. A jeśli pozwoli sobie na bycie artystą, zacznie żyć w wielu wymiarach. Bo artysta zachwyca się zwykłymi codziennymi rzeczami: kolorem czy kształtem drzewa lub chmury. Odczuwa wtedy rodzaj wdzięczności i pełni.

Nie pozwólmy więc sobie na grzech zaniechania?

Dajmy sobie szansę. Jeśli tworzenie było naszym marzeniem, ale nie podejmiemy nawet próby, żeby być artystą, nie wybaczymy sobie tego. Co więcej, jakaś część nas nie rozwinie się, jeśli nie spróbujemy zrealizować tego marzenia. Kreowanie lubi towarzystwo – odkrywasz jeden talent, a za nim idzie następny... To jak układanie domina.

Czy nie potrzebujemy wsparcia innych, aby wytrwać na tej drodze?

W pewnym sensie potrzebujemy, bo potrzebujemy czuć się akceptowani przez otoczenie. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa i wartości, niezbędne do budowania tożsamości artysty. Łatwiej tworzyć, kiedy otacza nas przychylny klimat, kiedy mamy z kim dzielić się doświadczeniem tworzenia. Trudniej, gdy tak nie jest. O tym jednak, czy będziemy malować, pisać, czy tańczyć, decyduje siła wewnętrznej potrzeby artystycznej ekspresji.

Artyści wbrew wszystkiemu i wszystkim – nawet swoim kompleksom czy sytuacji materialnej – czują konieczność ujawnienia tego, co mają w sobie.

Ci, co patrzą tylko na zysk, nie są artystami, co najwyżej rzemieślnikami. Artysta tworzy, bo musi i chce. Wspaniale, jeśli jego prace znajdują odbiorców. Chociaż niektórzy tworzą dla siebie i nie potrafią puścić dzieła w świat, bo są z nim emocjonalnie związani. Znam też takich, którzy obdarowują bliskie sobie osoby, a sprzedaż kojarzy im się ze stratą.

Jak radzić sobie z krytyką i hejtem w sztuce?

Ale jeśli usłyszymy mocne słowa krytyki, to czy sama potrzeba tworzenia nam wystarczy?

To trudne doświadczenie, podobne to tego, które przeżywamy, gdy dotyka nas hejt. Niestety, wtedy szukamy winy w sobie, a przecież to tylko opinie innych ludzi, ich reakcje i interpretacje, za które nie odpowiadamy. Wypowiadając swoje opinie, ludzie zazwyczaj wzorują się na osobach, które były dla nich autorytetem. Dzięki temu sami czują się nimi, a nawet bogami ferującymi wyroki. Pomaga im to rozładować frustracje.

Kiedy zaczniemy pokazywać to, co nas porusza, odkryjemy prawdziwe uczucia, nasza sztuka wzbudzi w innych różne stany emocjonalne. Czasem będą one tak silne, że mogą mieć ochotę nawet nas zniszczyć. Emocje twórcy często są tożsame z emocjami odbiorców. To dekodowanie komunikatu, w którym językiem jest sztuka.

Nawet gdy o tym wiemy, może nam być trudno, gdy słowa krytyki wypowie profesjonalista.

Kiedy sama padłam ofiarą hejtu, niezwykle skuteczne wsparcie dała mi córka, wówczas siedemnastoletnia, mówiąc: „Gratuluję ci, mamo, bo to znaczy, że to, co robisz, nabiera sensu. Budzi w ludziach emocje, czyli jest twórcze!”. Warto wziąć sobie takie słowa do serca. Zapamiętać, że o rzeczach, które nie mają znaczenia, nie budzą emocji, nikomu nie chciałoby się gadać.

Hejt artystyczny jednak boli...

Tak, bo choć krytyka dotyczy obrazów czy muzyki, tak naprawdę dotyczy naszej istoty: wrażliwości, poczucia estetyki, tego, co uważamy za największe wartości. Trzeba jednak podjąć ryzyko, bo inaczej przeżyjemy o wiele bardziej niszczącą frustrację nie- wyrażania siebie.

Dlatego cieszę się, że nie przestałam malować, nawet kiedy uznany artysta powiedział na jednym z moich wernisaży, że moje obrazy mają nie taką perspektywę i nie taką kompozycję. Choć jestem terapeutką, i tak musiałam się opanować, żeby mu odpowiedzieć: „Rozumiem, ty masz swoje doświadczenie i estetykę, a ja swoje”.

Nastąpiła cisza, z którą na szczęście umiem sobie poradzić, a mój krytyk – jak się okazało – nie. Po chwili więc usłyszałam: „Jak chcesz, to ja ci pokażę, jak się maluje. Zapisz sobie mój telefon”. Zapisałam. Nigdy jednak nie zadzwoniłam. Po jakimś czasie ten artysta mnie przeprosił, a dziś się lubimy i potrafimy rozmawiać o sztuce, chociaż mamy kompletnie odmienne preferencje i wrażliwość. Nie każdy chce nam zrobić krzywdę. Może nas badać, czy czujemy to, co robimy.

A jeśli czuję, że „nie mam prawa tworzyć”? Jak sobie z tym poradzić?

No, ale kto niby ma mi dać to prawo, jeśli nie ja sama? Jeśli je sobie dam, zacznę odczuwać przyjemność z procesu tworzenia. W jego trakcie mózg wchodzi w fazę głębokiej relaksacji. Wyzwalamy się wtedy z wyobrażeń na temat tego, co powinno się na płótnie pojawić. Pozwalamy sobie na swobodną ekspresję, skupiamy na tym, czego doświadczamy, nie myślimy o efekcie. Nawiązujemy bliską i intymną relację ze sobą. Jesteśmy, po prostu jesteśmy!

Czy artysta musi mieć dyplom, by czuć się artystą?

I już nie miewa pani wątpliwości, że jest artystką?

Choć mam za sobą kilkanaście wystaw, w tym dwie w Piwnicy pod Baranami w Krakowie, setki warsztatów, wykładów, sprzedałam kilkadziesiąt prac, a nawet ukończyłam studia podyplomowe z arteterapii, co jakiś czas do mnie wraca, że to, co robię, jest naiwne. Że rzucam się z motyką na słońce, że nie mam do tego prawa, bo nie mam dyplomu ASP. Rozterki są nieodłącznym kompanem tworzenia.

Znajomy artysta plastyk na pytanie, czy jest zadowolony z tego, co zrobi, wzdycha i stwierdza, że rzadko, ale gdyby był, toby znaczyło, że przestał szukać. Niedosyt jest motorem do rozwoju.

Czy zostanie malarką, artystką było czymś całkiem nowym w pani życiu?

Nie zawsze chciałam malować, ale badać wpływ emocji na twórczość. W czasie studiów z psychologii zajmowałam się percepcją sztuki oraz jej wpływem na emocje z perspektywy pasywnej, czyli odbiorcy. Zapomniałam o tym na wiele lat i pracowałam głównie jako terapeutka.

Maluję, ale nie dałabym rady żyć ze sztuki, bo to trudne. Jednak żyję sztuką, wplatam ją w różne swoje przestrzenie zawodowe. Prowadzę dla studentów wykłady o kreatywności, autoprezentacji, nowoczesnych mediach.

Pomaga im to pokonać lęk przed oceną. Osoby, z którymi pracuję terapeutycznie, także poznają, jakim wielkim darem jest tworzenie.

Czasem brakuje słów, żeby opisać swoje odczucia, ale można zacząć od koloru i kształtu bezkształtnego, a kiedy widać już ten zarys, to opowieść sama się tworzy. Dziś, kiedy mam dużo różnych trudnych emocji, staję do sztalugi i maluję. Mieszam kolory, struktury, faktury. Dla mnie jest to głęboki proces, który przypomina medytację.

Mariola Pietroń-Ratyńska, psycholożka, wykładowczyni akademicka, arteterapeutka i artystka malarka. Prowadzi warsztaty i projekty rozwojowe, w których sztuka staje się narzędziem samopoznania, uzdrawiania i przemiany.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE