1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Podróże
  4. >
  5. Lubeka to znacznie więcej niż zabytki. W jej zaułkach kwitną sztuka i sąsiedzkie życie

Lubeka to znacznie więcej niż zabytki. W jej zaułkach kwitną sztuka i sąsiedzkie życie

(Fot. Julia Zabrodzka)
(Fot. Julia Zabrodzka)

Odsłuchaj artykuł

Bartek Kaftan - Lubeka to znacznie więcej niż zabytki. W jej zaułkach kwitną sztuka i sąsiedzkie życie

00:00 12:28
15s
0,5 x
15s
W XIV wieku Lubeka była królową Hanzy – najważniejszym z miast tworzących kupiecki związek północnej Europy. Dziś w jej szacownych murach kwitną sztuka i życie sąsiedzkie, zwłaszcza podczas odbywającego się co dwa lata HanseKulturFestival (HKF).

Spis treści:

  1. Lubeka i HanseKulturFestival. Gdy całe miasto zamienia się w scenę
  2. Lubeka – miasto Hanzy, artystów i niezwykłych historii
  3. Co zobaczyć w Lubece? Zabytki, które opowiadają historię miasta
  4. Zaułki Lubeki. Ukryty świat gänge i hofe

Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 06/2026.

Dwie wieże z cegły spina łuk bramy z rzędami ozdobnych okien. Choć całość jest solidna i ciężka, zdaje się być w ruchu. Przysadziste cielsko grzęźnie w nadrzecznej łące i chyli się lekko w prawo, ale spiczaste hełmy ciągną ku niebu. Może pozazdrościły wielkim mydlanym bańkom? Te, wypuszczane przez cyrkową artystkę, lecą ponad bramę, dachy kamienic, gotyckie iglice kościołów i rozpływają się w nakrapianym chmurami błękicie.

Przez wieki Brama Holsztyńska broniła wjazdu do miasta, strzegąc fortun i spokojnego snu kupców. Dziś strumienie pieszych, rowerów i aut opływają ją swobodnie z obu stron, wlewając się na starówkę na wyspie w ujściu rzeki Trave. Na błoniach zamiast kramów rozłożono leżaki i scenę, za chwilę wyjdzie na nią miejski chór kobiet, potem tancerki zumby i połykacze ognia. Jest sobota, późne popołudnie. Na brukowanych uliczkach, w kamienicach i kościołach zaczyna się lubecka Noc Muzeów.

Ratusz Lubeki to arcydzieło ceglanego gotyku okraszone renesansowymi dodatkami. (Fot. Julia Zabrodzka) Ratusz Lubeki to arcydzieło ceglanego gotyku okraszone renesansowymi dodatkami. (Fot. Julia Zabrodzka)

Lubeka i HanseKulturFestival. Gdy całe miasto zamienia się w scenę

– Lubię ten wieczór. Galerie są otwarte do późna, wszędzie słychać muzykę. To taki bardzo mały HanseKulturFestival – mówi Carolin Peter. Mały? – O tak! W czerwcu Lubeka to dopiero jedna wielka impreza – uśmiecha się. Zaskakujące – i jak na miejsce, i nazwę wydarzenia. Hanza kojarzy się raczej ze statecznością kupieckiego rodu Buddenbrooków z powieści Manna, których kamienica stoi o kilka przecznic stąd; z protestanckimi nabożeństwami w jasnych kościołach; z klopsami królewieckimi podawanymi w wyłożonej ciemnym drewnem tawernie Gildii Żeglarzy. Ale uliczny karnawał?

– Lubeka to miasto zabytków. Całą naszą starówkę wpisano na listę UNESCO – zgadza się Carolin. – Może dlatego, gdy kilkanaście lat temu otwierano Muzeum Hanzy, postanowiono uczcić to karnawałem? – zastanawia się. Północna część starego miasta, gdzie mieści się instytucja – urządzona w byłym klasztorze dominikańskim i ultranowoczesnym gmachu obok – była wtedy zaniedbana i mało kto się tu zapuszczał. Impreza miała to zmienić.

– Pierwszy HanseKulturFestival odbył się na naszej ulicy. Tu wszystko się zaczęło – ciągnie Carolin. Także dla niej, bo niewiele wcześniej z przyjacielem otworzyła przy Grosse Burgstrasse muzyczną kawiarnię Tonfink. Bez wahania dołączyli do pierwszej edycji. – Mieliśmy koncerty na scenie przed wejściem, piwo sprzedawaliśmy z okna – wspomina. Pomagali ściągać muzyków na wernisaże w okolicznych galeriach. Ale nie tylko w nich sporo się działo. – HKF organizują głównie sami mieszkańcy. To istota tej imprezy – wyjaśnia Carolin. – Jedni zapraszają na wieczorek poezji w salonie, inni na zabawy dla dzieci, wspólne szkicowanie zaułków albo koncert znajomego na podwórku. Lubeka ma mnóstwo zakamarków, to wymarzona scena dla artystów.

A jak to się ma do Hanzy, średniowiecznego związku kupców? – Cóż, w Lubece wszystko jest hanzeatyckie! Mamy to w genach – śmieje się Carolin. – I coś w tym jest. Hanza była sojuszem miast, które zjednoczyły się, by osiągnąć coś, czego żadne nie zrobiłoby w pojedynkę. Dziś postępujemy tak samo: skrzykujemy się, działamy razem – przekonuje. – Dla mnie Hanza to wspólnota.

Glandorps Hof ufundował w 1603 roku kupiec Johann Glandorp jako przytułek dla ubogich wdów. (Fot. Julia Zabrodzka) Glandorps Hof ufundował w 1603 roku kupiec Johann Glandorp jako przytułek dla ubogich wdów. (Fot. Julia Zabrodzka)

Lubeka – miasto Hanzy, artystów i niezwykłych historii

– Podczas festiwalu jesteśmy jak wielka orkiestra – porównuje Ea Paravacini. – Każdy gra na tym, na czym potrafi najlepiej. Ale nie musi być mistrzem. Na kilka fałszywych nut nikt nie zwróci uwagi. Liczy się to, jak brzmimy razem. A brzmimy głośno! – śmieje się. Ona sama na fałszywy krok pozwolić sobie nie może – z zawodu jest linoskoczkinią. Jako artystka cyrkowa podróżuje po całym świecie, ale z najdalszych wojaży wraca do atelier przy uliczce Grosse Kiesau. Swoje spektakle, łączące akrobatykę z teatrem i muzyką, regularnie prezentuje też w rodzinnym mieście.

– Inspiruje mnie architektura Lubeki – twierdzi Ea. Występowała w gotyckim oknie Muzeum Hanzy i na dziedzińcu ceglanego Domu Güntera Grassa, który odnalazł w Lubece hanzeatycką duszę rodzinnego Gdańska. – Najbardziej lubię zielony skwer przy katedrze. Gramy tam często, kolegujemy się z proboszczem – uśmiecha się. Zaprosił ją nawet, by wystąpiła w katedrze. – W trakcie nabożeństwa – precyzuje. – W kazaniu mówił o sztuce poszukiwania równowagi, a ja wykonałam taniec na rozpiętej w nawie linie.

– Na swój sposób w Lubece to nic nowego. Tutejsi księża dobrze wiedzieli, że sztuka ma moc czarowania wiernych. Pod koniec XVII wieku strzelistą nawę Kościoła Mariackiego, perły bałtyckiego gotyku, wypełniała muzyka Dietricha Buxtehudego. Uchodził za wirtuoza organów. Aby go posłuchać, kilkaset kilometrów piechotą przewędrował pewien młody organista z Turyngii – Jan Sebastian Bach. Został w Lubece dłużej, niż zamierzał, przeciągając o kilka miesięcy urlop (za co zapłacił posadą) – tak urzekła go muzyka mistrza.

Co zobaczyć w Lubece? Zabytki, które opowiadają historię miasta

Ea mówi, że dziś czarodziejska moc sztuki objawia się podczas HKF. Świetnie pamięta pierwszą edycję festiwalu. – Wszędzie wisiały kolorowe flagi i parasolki. Na asfalt wysypano piach, rozstawiono wiklinowe kosze i ulice zmieniły się w plażę. Robiłam babki i bawiłam się jak dziecko – wspomina. Występowała też podczas kolejnych edycji i zapraszała do Lubeki koleżanki i kolegów z całego świata. – Na tym polega hanzeatycki duch wydarzenia. Chodzi o wymianę: dziś już nie tyle dóbr, co idei, umiejętności, wyobraźni – przekonuje. Lubeka zawdzięczała sukces właśnie opanowaniu do mistrzostwa sztuki wymiany. W Muzeum Hanzy oglądaliśmy rekonstrukcje kog, którymi kupcy żeglowali na wschód, po futra i miód z Rusi oraz Inflant, i na zachód, po flamandzkie sukno. Największe fortuny zbili na śledziach poławianych u brzegów Szwecji i konserwowanych solą z Lüneburga. Sama Lubeka nie posiadała wielkich bogactw, ale z kuglarską zręcznością żonglowała towarami z całego świata i jak linoskoczkini balansowała na nitkach szlaków rozpiętych pomiędzy zachodem i wschodem, północą i południem.

– Wyczuwam w Lubece niezwykłą otwartość. Może to też dziedzictwo Hanzy? – zastanawia się Nicolai, partner Ei. Pochodzi ze Szwajcarii, z zawodu jest siodlarzem, ma tu pracownię i galerię wyrobów ze skóry oraz rzeźb. – A jednocześnie to kompaktowe miasto. W gronie artystów wszyscy się tu znamy – ciągnie. – Także w gronie sąsiadów – dodaje Ea.

Hellgrüner Gang – jeden z niemal 200 lubeckich zaułków.  (Fot. Julia Zabrodzka) Hellgrüner Gang – jeden z niemal 200 lubeckich zaułków. (Fot. Julia Zabrodzka)

Zaułki Lubeki. Ukryty świat gänge i hofe

Kamienice lubeckich kupców mają wysokie okna ze szprosami, dzielącymi świat na uporządkowane prostokąty; wysokie szczyty ze zdobieniami, świadczącymi o powodzeniu w handlu; wystające przed fasadę dźwigi do wciągania towarów i mozolnego budowania przyszłości rodu. Wiele ma też bramy prowadzące do zaułków. Niektóre są okazałe, jak barokowy portal Füchtings Hof – otwiera się on na przestronny dziedziniec przytułku ufundowanego w XVII wieku przez jednego z kupców dla lubeckich wdów (do dziś mieszkają tu wyłącznie kobiety). Większość przejść jest jednak ciasna, czasami trzeba schylić głowę, by nie nabić sobie guza o kamienne sklepienie. Po drugiej stronie otwierają się gänge, czyli uliczki – często tak wąskie, że rękami można dotknąć ścian po obu stronach – i hofe, czyli dziedzińce – tak małe, że wystarczy wiekowa jabłoń, by ocienić cały skwer. Razem tworzą sekretny archipelag – ukrytą twarz Lubeki.

– Takich gänge i hofe mamy około 180 – twierdzi Gudrun Neuper. Przyjmuje nas w Rosengang, przed swoim domem. Na zewnątrz, bo na niespełna 30 metrach kwadratowych na dwóch poziomach trudno podejmować gości. Ale i w uliczce nie jest luźniej – gdy siadamy na ławkach po dwóch stronach, niemal dotykamy się kolanami. Jest za to uroczo: kryte czerwienią dachy, bielone ściany, krzewy róż. Gudrun częstuje nas lemoniadą z ich płatków.

– Kiedyś w Zaułku Róż nie było ani jednego krzewu – zaskakuje nas. Skąd więc nazwa? – Pewnie ironiczne nawiązywała do faktu, że nie pachniało tu różami – śmieje się. I całkiem serio dodaje, że lubeckie zaułki były światem biedoty. – Mieszkali tu robotnicy, często dniówkowi, którzy harowali na dobrobyt mieszkających od frontu rodów – opowiada. Nie w głowie im były róże, tylko praca i dzieci. – Zbadaliśmy dawne źródła i okazało się, że na początku XX wieku w naszym zaułku mieszkało 50 dziewczynek i chłopców! Dziś jest nas 10. Sami dorośli.

Gudrun z sąsiadami zainteresowali się przeszłością uliczki przed pierwszą edycją HKF. – Chcieliśmy zaprosić ludzi do swojego świata, uznaliśmy więc, że trzeba lepiej go poznać – wspomina. Przy okazji poznali też siebie nawzajem. W zabytkowych domkach przy gänge i hofe wcale nie mieszkają od pokoleń te same rodziny. Moda na takie lokum zapanowała dopiero 20–30 lat temu. Gudrun mieszka przy Rosengang od kilkunastu i ma jeden z najdłuższych staży. – Przeprowadziłam się tu, bo nie chciałam mieszkać sama, tylko we wspólnocie – twierdzi. Dziś razem z sąsiadami ozdabia uliczkę w adwencie, śpiewa kolędy, gawędzi popołudniami przy herbacie, dzieli się plonami (gdy rozmawiamy, jedna z sąsiadek przynosi Gudrun pomidorki z własnej doniczki). To zaułki i ich mikrospołeczności są fundamentem HKF: ktoś muzykuje, ktoś recytuje poezję, ktoś gra w planszówki. – Albo częstuje kawą i ciastem. I zaprasza na pogaduchy – opowiada Gudrun. A więc wspólnota – jak twierdziła Carolin – i wymiana – jak dorzuciła Ea.

Pytamy Gudrun, czym dla niej jest hanzeatyckość. Chwilę się zastanawia, bierze łyk różanej lemoniady. – To tradycja – mówi w końcu. – I otwartość na to, co przyniesie przyszłość.

Solidność murowana z cegieł. I wyobraźnia – lekka jak mydlane bańki.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE