Carly Rae Jepsen od ponad dekady jest jedną z najbardziej charakterystycznych postaci współczesnego popu. „Call Me Maybe” przyniosło jej światową sławę, „Emotion” z czasem stało się kultowym albumem, a kolejne płyty pozwoliły jej konsekwentnie rozwijać własny styl. Dziś zaczyna kolejny etap – z nowym, 24-utworowym albumem „Day and Night”, ale też jako żona i mama.
Z Carly Rae Jepsen rozmawiałem na początku września, jeszcze przed premierą „Day and Night”, która odbyła się 18 września. Połączyliśmy się przez Zoom – ona z Los Angeles, ja z Warszawy. Od pierwszych minut była bardzo sympatyczna, uśmiechnięta i otwarta, dzięki czemu szybko przeszliśmy od pytań o nową płytę do bardziej osobistych tematów.
Rozmawialiśmy o tym, jak narodziny syna wpłynęły na jej spojrzenie na własną rodzinę, dlaczego po sukcesie „Call Me Maybe” zaczęła bardziej chronić swoje życie prywatne i co sprawiło, że „Emotion” stało się dla niej tak ważnym albumem. Carly opowiedziała też o relacji z queerowymi fanami, Justinie Bieberze, życiu pomiędzy sceną a domem oraz o tym, jak dziś udaje jej się łączyć karierę muzyczną z życiem rodzinnym.
„Day and Night” powstawało w czasie dużych zmian w jej życiu – zakochania, myślenia o macierzyństwie, a w końcu narodzin syna. W rozmowie Carly opowiada, jak te doświadczenia wpłynęły na jej muzykę i czego nauczyły ją o rodzinie, sławie i samej sobie.
Robert Choiński: Cześć, Carly! Jak się masz? Na początek – gratuluję narodzin Twojego maleństwa!
Carly Rae Jepsen: Bardzo dziękuję!
Ale wygląda na to, że masz też w drodze kolejne „dziecko”, tym razem muzyczne.
Tak, dziękuję! (śmiech)
„Day and Night” to aż 24 utwory, czyli naprawdę ogromna porcja nowej muzyki. Co chciałaś powiedzieć na tej płycie, czego nie udało Ci się jeszcze wyrazić na poprzednich albumach?
Przede wszystkim chciałam bardzo dokładnie eksplorować dwa różne muzyczne światy. W części „Day” zależało mi na bardziej organicznym brzmieniu, trochę bardziej klasycznym, singer-songwriterowym, z folkowymi wpływami. Bardzo podobał mi się też pomysł, żeby momentami zbliżyć się do czegoś w rodzaju psychodelicznego folku. To było dla mnie naprawdę ekscytujące.
Z kolei w części „Night” chciałam po prostu tańczyć i zanurzyć się we wszystkich tych intensywniejszych emocjach, które pojawiają się nocą. Dlatego tak mocno pociągały mnie utwory oparte na syntezatorach. Chciałam też odejść nieco od klasycznej konstrukcji piosenki i stworzyć coś, co będzie bardziej przypominało wiersz, bardziej doświadczenie niż po prostu tradycyjny utwór. To było moje założenie na początku pracy nad albumem.
okładka albumu Carly Rae Jepsen – „Day and Night” (Fot. mat. prasowe)
Jeśli jednak chodzi o to, co chciałam na nim powiedzieć, myślę, że przede wszystkim dokumentowałam bardzo ważny i przełomowy moment w moim życiu. Zakochiwałam się w moim przyszłym mężu (Cole M.G.N., amerykański producent muzyczny i zdobywca Grammy – przyp. red.). Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nim zostanie, ale przeczuwałam, że jest na to spora szansa. (śmiech) Zaczęłam też poważniej niż kiedykolwiek wcześniej myśleć o macierzyństwie. Czułam, że ta decyzja całkowicie zmieni moje życie – i to na lepsze. Podczas pracy nad tym albumem po prostu zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać. To właśnie te doświadczenia i emocje są jego najważniejszymi tematami.
Chciałbym porozmawiać o jednym z Twoich ostatnich singli, „Motivation”. Śpiewasz w nim o oczekiwaniach rodziny i wzorcach, które przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie. Czy perspektywa macierzyństwa zmieniła sposób, w jaki patrzysz dziś na własne dzieciństwo i relacje z rodziną?
Oczywiście. Chyba nie da się przejść obok tego obojętnie. Prawdopodobnie każdy, kto zostaje rodzicem, w pewnym momencie zaczyna wracać myślami do własnych doświadczeń z dzieciństwa. Wtedy często pojawia się potrzeba wybaczenia rodzicom, ale czasem także złość na nich. To zależy od człowieka i jego historii. Myślę jednak, że „Motivation” jest przede wszystkim piosenką o miłości. Chodzi w niej o celebrowanie tych wszystkich złożoności. To, jacy jesteśmy i jak funkcjonujemy razem, w dużej mierze ukształtowało też mnie.
Gdyby nie rodzice, których mam, prawdopodobnie nie byłabym dziś osobą, która może wykonywać ten zawód i prowadzić takie życie. Patrząc jednak na mojego syna, wiem, że pewne rzeczy z pewnością mu przekażę, a inne będę chciała zrobić inaczej. Jestem pewna, że kiedyś, gdy będzie starszym człowiekiem, będzie miał długą listę rzeczy, które jego zdaniem zrobiłam dobrze i równie długą tych, które zrobiłam źle. (śmiech) Ten cykl będzie trwał. Wszyscy po prostu staramy się robić wszystko najlepiej, jak potrafimy.
W teledysku do tej piosenki pokazujesz nie tylko rodziny biologiczne, lecz także te, które ludzie tworzą z własnego wyboru. Od lat queerowi fani odnajdują w Twojej muzyce coś więcej niż tylko pop. Mówię to także z własnej perspektywy. Pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy naprawdę uświadomiłaś sobie, jak ważna stałaś się dla tej społeczności?
Przede wszystkim nigdy nie umyka mi to, że jest to jeden z największych darów, jakie przyniosła mi cała ta kariera. Czuję się naprawdę mocno przyjęta przez społeczność, którą uważam za jedną z najpiękniejszych, do jakich można należeć. Mam wrażenie, że tak naprawdę poznałam tę społeczność po premierze „Emotion”. Myślę, że stało się tak dlatego, że właśnie wtedy byłam najbardziej autentyczna, jeśli chodzi o muzykę, którą tworzyłam. To był mój sposób na opowiedzenie o tym, dlaczego tak bardzo kocham pop.
Próbowałam wtedy zrozumieć, co sama mogę wnieść do muzyki pop. Wiedziałam, że ją uwielbiam, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że pewnych rzeczy w niej nie znoszę. (śmiech) Właśnie dlatego pop jest dla mnie gatunkiem, który wywołuje jednocześnie miłość i niechęć. To właśnie czyni go tak ekscytującym polem do zabawy, bo albo trafisz w punkt, albo kompletnie nie trafisz. Miałam w tym względzie bardzo konkretne opinie, co sama uważałam za dość zaskakujące, bo w innych dziedzinach życia potrafię być całkiem elastyczna i łatwo dostosowywać się do sytuacji. Ale jeśli chodziło o pop, naprawdę wiedziałam, co chcę powiedzieć. Wiedziałam też, co moim zdaniem nie działa. I bardzo mnie to ekscytowało.
Kiedy „Emotion” w końcu trafiło do słuchaczy, nie miałam pojęcia, czy ktokolwiek będzie chciał tego słuchać. Pamiętam jednak pierwszy koncert po premierze. Sala była pełna i poczułam wtedy ogromne wsparcie. Zrozumiałam, że są ludzie, którzy naprawdę „łapią”, o co mi chodzi. W tamtym momencie to było dla mnie najważniejsze.
Świetnie. Chciałbym cofnąć się jeszcze dalej. „Call Me Maybe” niemal z dnia na dzień uczyniło Cię gwiazdą na całym świecie. Patrząc z perspektywy czasu, czego ta przygoda nauczyła cię przede wszystkim o sławie? I czego dowiedziałaś się dzięki niej o sobie?
Zawsze wiedziałam, że mam w sobie etos pracy, bo tego nauczyli mnie rodzice. Wiedziałam, że może nie będę najlepsza w tym, co robię, ale na pewno będę pracować najciężej. Kiedy „Call Me Maybe” stało się hitem, naprawdę przekonałam się, ile jestem w stanie wytrzymać. Wszystko działo się w takim tempie, że aż trudno o tym opowiadać bez drinka w ręku. (śmiech) Kilka lotów jednego dnia, pięć wywiadów radiowych jeszcze przed południem, wieczorem koncert, a potem znowu samolot. Pod względem wytrzymałości był to dla mnie ogromny test. Ale właśnie dlatego tamten okres wspominam też jako kompletny wir. Momentami mam wrażenie, że mój mózg po prostu wymazał część tych wspomnień. Nie pamiętam wszystkiego.
Pamiętam jednak najważniejsze – świadomość, że dzieje się ze mną i z moją muzyką coś niezwykłego i magicznego. Nagle miałam publiczność, której mogłam pokazać także inne rzeczy, które tworzę. Właśnie to jest największy dar, jaki pozostał po tamtym czasie: „Call Me Maybe” dało mi platformę, dzięki której mogłam pokazać światu nie tylko tę jedną piosenkę, ale też wszystkie inne rodzaje muzyki, które kocham tworzyć. Jednocześnie nauczyłam się wtedy czegoś jeszcze. Okazało się, że wcale nie czerpię ze sławy i zainteresowania moją osobą takiej przyjemności, jak wcześniej sądziłam. Kiedy trochę ochłonęłam i odzyskałam równowagę, zaczęłam nawet od tego wszystkiego odrobinę uciekać.
Fot. mat. prasowe Universal Music Polska
Myślę, że od tamtej pory podejmuję decyzje dotyczące swojej kariery w taki sposób, żeby stawiać przede wszystkim na sztukę i muzykę, a trochę mniej na samą celebryckość. Oczywiście jedno nie musi wykluczać drugiego. Dziś też jestem tutaj, żeby promować album, ale mam wrażenie, że jestem znacznie bardziej wybiórcza w kwestii tego, na co się zgadzam i przede wszystkim dlaczego to robię. Zazwyczaj zależy mi na tym, żeby skupić uwagę bardziej na muzyce niż na moim prywatnym życiu.
Skoro mowa o gwiazdach, Justin Bieber bardzo pomógł twojej karierze jednym wpisem na Twitterze. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek rozmawialiście o tym, jak surrealistyczne było wszystko, co wydarzyło się później. I czy nadal macie kontakt?
Nie, dziś już nie utrzymujemy kontaktu. Ale zdecydowanie… Justin naprawdę odegrał wtedy ważną rolę. To były też czasy, kiedy Twitter dopiero stawał się wielką platformą. Był czymś zupełnie nowym. I właśnie dlatego mówię o tym jak o takim idealnym momencie, w którym wszystko nagle zaskoczyło. To był po prostu bardzo szalony czas. Justin opublikował piosenkę na Twitterze, kolejne osoby zaczęły nagrywać jej własne wersje i covery. Wszystko ułożyło się w niezwykle piękny sposób.
Później Justin i ja ruszyliśmy razem w trasę. Nagraliśmy też wspólny duet. Pojawił się gościnnie w moim teledysku do „I Really Like You”, razem z Tomem Hanksem. Mamy więc zdecydowanie wspólny fragment historii, który dziś wspominam z dużym sentymentem. Szczerze mówiąc, kiedy odeszłam z Schoolboy Records i od czasów „Emotion” zaczęłam podążać własną drogą, nasz kontakt trochę się urwał. Nie jesteśmy już ze sobą tak blisko. Ale oczywiście śledzę jego muzykę i muszę powiedzieć, że jego najnowszy album jest chyba moim ulubionym w całej jego dotychczasowej twórczości. Życzę mu wszystkiego dobrego.
Chciałbym jeszcze porozmawiać o „Emotion”. Początkowo album nie odniósł tak dużego komercyjnego sukcesu jak „Kiss”, ale z czasem stał się kultowym wydawnictwem. Czy to doświadczenie nauczyło cię, żeby mniej przejmować się tym, jak twoja muzyka radzi sobie tuż po premierze?
Mam szczęście, bo chyba od początku miałam w sobie coś, co mnie przed tym chroniło. Nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na statystyki dotyczące mojej muzyki. Nie wiem, czy wynika to z tego, że podświadomie się od nich odcinam, żeby się chronić, czy po prostu nie są dla mnie szczególnie interesujące. Zawsze mam poczucie, że to, jak radzi sobie dana piosenka, jest właściwie nie moją sprawą. Nie chcę też, żeby jej wyniki wpływały na to, jak napiszę kolejną.
Myślę, że łatwo wpaść w pułapkę myślenia: „Czego teraz będą chcieli ludzie?”. A najbardziej szczera muzyka powstaje z zupełnie innych pobudek. Dlatego nigdy nie przejmowałam się tym przesadnie. Jednocześnie jestem naprawdę zachwycona i zaskoczona tym, jak długo „Emotion” pozostało w świadomości słuchaczy. Szczególnie cieszy mnie to, że – zwłaszcza w porównaniu z „Kiss” – był to album, który znacznie bardziej odzwierciedlał muzykę, którą sama chciałam tworzyć i którą czułam jako naprawdę swoją.
Po tylu latach kariery, wielkich hitach, kolejnych albumach, trasach koncertowych, a teraz także własnej rodzinie – jakie jest dziś największe wyzwanie związane z byciem Carly Rae Jepsen, którego ludzie z zewnątrz po prostu nie dostrzegają?
Powiedziałabym, że jednym z największych wyzwań jest dla mnie utrzymywanie bliskich relacji na odległość. Jako jedyna z mojej rodziny nie mieszkam w Kanadzie, więc cały czas uczę się, jak funkcjonować w innym kraju, a jednocześnie pozostawać blisko swoich bliskich i utrzymywać z nimi kontakt – podczas tras koncertowych, będąc mamą i jednocześnie tworząc muzykę. Prowadzę życie, które pod względem organizacji jest trochę dalekie od normy i momentami bywa naprawdę chaotyczne. Ale paradoksalnie sama praca jest dla mnie najłatwiejszą częścią tego wszystkiego. Naprawdę ją kocham.
Uwielbiam podróżować. To oczywiście wymaga ogromnego wysiłku, ale jest to rodzaj pracy, który naprawdę mnie pasjonuje. Mam też partnera, który jest równie mocno związany z muzyką i sam jest bardzo utalentowany. Dzięki niemu to wszystko jest możliwe. Razem z naszym synem jesteśmy w tym wszystkim zespołem. Myślę więc, że największym wyzwaniem jest po prostu pozostawanie blisko ludzi i miejsc, z których pochodzę, oraz niedopuszczenie do tego, żeby stracić kontakt z tym, co naprawdę ma znaczenie. To zawsze było dla mnie bardzo ważne. Bardzo dbam o to, żeby zachować w tym wszystkim zdrową równowagę.
Fot. mat. prasowe Universal Music Polska
Na nowym albumie dzień i noc nie są tak naprawdę przeciwieństwami. Przenikają się i płynnie przechodzą jedno w drugie. Czy podobnie postrzegasz dziś swoje życie? Twoją karierę i rodzinę, życie na scenie i prywatność, radość i niepewność?
Wiesz, postrzegam te dwie części jako dwa osobne albumy, które ostatecznie tworzą całość. Masz więc rację, należą do siebie, ale jednocześnie dają mi możliwość eksplorowania dwóch zupełnie różnych muzycznych światów. Nie wiem jednak, czy przekłada się to bezpośrednio na moje życie. Myślę, że po prostu są to dwa rodzaje muzyki, które naturalnie mnie pociągają. To aż tak proste.
Powiedziałabym, że zanim zostałam mamą, byłam swego rodzaju nocnym markiem. W nocy budziła się we mnie ta artystyczna część. Wpadały mi do głowy różne pomysły i chciałam siedzieć do późnych godzin, jak prawdziwa sowa. (śmiech) Teraz też zdarza mi się budzić w środku nocy, ale z zupełnie innych powodów – żeby zajmować się moim synkiem. (śmiech)
Rzeczywiście żyjemy z mężem w takim trybie, w którym czas jest trochę nieuchwytny. Dużo podróżujemy, zmieniamy strefy czasowe i kraje, w których akurat jesteśmy. Więc myślę, że w tym sensie jest w tym wszystkim trochę prawdy.
Wkrótce ten album przestanie być tylko twój. Stanie się własnością twoich fanów, słuchaczy i wszystkich ludzi, którzy po niego sięgną. Czy jest jedna rzecz, którą szczególnie chciałabyś, żeby poczuli po wysłuchaniu tych piosenek?
Wiesz, właśnie dlatego tak bardzo kocham albumy – mają niezwykłą zdolność tworzenia całego świata i pewnego doświadczenia. Kiedy myślę o płytach, które sama kocham, widzę, jak długo mi towarzyszyły. Wracałam do nich w różnych momentach życia. Słuchałam ich na plaży, w domu, kiedy byłam sama. W zależności od nastroju potrafiłam też zupełnie inaczej odczytywać ich teksty.
Gdybym mogła czegoś naprawdę mocno sobie życzyć, nie musi tego poczuć cały świat. Wystarczyłoby mi, gdyby znalazło się kilka osób, które nawiążą z tym albumem taką relację, że stanie się częścią ich życia. Że w pewnym momencie przestanie być moją płytą, a stanie się ich płytą. Myślę, że właśnie to jest w muzyce najpiękniejsze – że potrafi łączyć nas z zupełnie obcymi ludźmi. Tego właśnie najbardziej sobie życzę.
Pewnie słyszałaś to już wiele razy, ale chcę Ci to również powiedzieć. Twoje albumy stały się ścieżką dźwiękową do życia bardzo wielu osób. Mam nadzieję, że „Day and Night” również nią będzie.
Och, bardzo Ci dziękuję. Mamy dokładnie takie samo życzenie. To naprawdę bardzo miłe.
Jeszcze raz gratuluję – zarówno narodzin dziecka, jak i tego muzycznego „dziecka”. I mam nadzieję, że któregoś dnia zobaczymy Cię na żywo w Polsce.
Zdecydowanie! To jest na mojej liście. My też nie możemy się doczekać.
Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.
Dzięki! Dziękuję za rozmowę. Miłego dnia!