Publiczność pokochała jego satyrę na prawdziwego Polaka, więc Bogdan, choć umarł, jednak żyje. Dobromira Dymeckiego pytamy, jak smakuje popularność, która przyszła później, i czy aktorzy też boją się zestarzeć.
- Dobromir Dymecki już po raz trzeci zagrał Bogdana w „1670”. Tym razem jego bohater przeszedł kolejną spektakularną przemianę, a zamiast poszukiwania miłości napędzało go pragnienie zemsty.
- Popularność, którą przyniósł mu serial, aktor nazywa „efektem ubocznym” swojej pracy. Przyznaje też, że nigdy nie chciał robić kariery za wszelką cenę.
- Dymecki opowiada również o własnym pochodzeniu i poczuciu, że jako chłopak z Konstantynowa Łódzkiego musi bardziej się starać i wciąż coś udowadniać. „Na szczęście się z tego wyleczyłem” – mówi.
- Czy aktor boi się starzenia? Dymecki przyznaje, że czterdziestka przyniosła mu świadomość upływającego czasu, ale też coś uwalniającego: dziś nie zastanawia się już, czy na coś zasługuje albo czy mu wolno.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Angelika Kucińska: Prawdziwy Polak może zapomnieć, że jest Polakiem?
Dobromir Dymecki: Historia Bogdana mówi, że zraniony prawdziwy Polak może zapomnieć. Mało tego, może znaleźć nową tożsamość, która z Polakiem nie ma nic wspólnego, a nawet jest jego śmiertelnym wrogiem. Bogdan w trzecim sezonie przechodzi przemianę, jakiej nikt się nie spodziewał. Różne były teorie. Fani zakładali, że rozwiniemy wątek miłosny. Kibicowali, żeby Bogdan znalazł żonę. A tu plot twist.
Nie ma żony, ale jest misja.
Jest żądza zemsty zrodzona z mglistego wspomnienia doznanej krzywdy, bo jedyne, co Bogdan zapamiętał, i to ledwie, to twarz swojego oprawcy.
Potrzeba odwetu to skuteczna siła napędowa?
Bardzo.
Bogdan zdaje się jest tym bohaterem „1670”, który na przestrzeni wszystkich sezonów przechodzi najbardziej spektakularne przemiany. Od szlachcica bez ziemi, biednego, brudnego, głodnego, przez Bogdana umytego, bogatego, znawcę sztuk z własnym dworkiem, po zupełną zmianę tożsamości.
Dziś jego motorem nie są już poszukiwania żony, a właśnie wspomniany odwet. Dla mnie te wyraziste transformacje Bogdana sprawiają, że w każdym sezonie mogę budować wręcz nową postać.
Prawdziwy Polak jest mściwy?
Nie wiem, nigdy się nie zapisałem do żadnej partii, a politykę obserwuję raczej z dystansem.
Mam oczywiście swoje poglądy, ale nie sądzę, żeby którakolwiek partia reprezentowała mnie w stu procentach. A z jeszcze większym dystansem przyglądam się stereotypowi prawdziwego Polaka.
Bo jak ktoś jednoznacznie twierdzi, że coś jest na pewno takie, jakie mu się wydaje, to ja od razu chcę to podważać. Tak mam. Doświadczenie tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana niż świat, do którego przykłada się czarno-białe matryce.
Każdy problem jest dużo bardziej złożony, niż nam się wydaje. Tylko że dziś żyjemy w narracjach, które upraszczają rzeczywistość, przez co łatwiej się sprzedają. Od tego staram się być jak najdalej.
Skąd w tobie ten głód podważania?
Wynika z zawodu. Taka natura aktorstwa, że zawsze szuka się drugiego dna, głębszych intencji bohatera, źródeł jego zachowania. Jeśli wie się, dlaczego ktoś jest taki, jaki jest, łatwiej go zrozumieć czy identyfikować się z nim, nawet jeśli ten ktoś robi rzeczy, powiedzmy, niezbyt etyczne. Ten rodzaj opowiadania o nieoczywistych bohaterach jest dziś zresztą dosyć modny. Weźmy chociażby „Sukcesję”. Wszyscy knują, oszukują, walczą o władzę za wszelką cenę jak w szekspirowskiej tragedii, a jednak kibicujemy im, lubimy ich.
Bo widzimy w nich ofiary.
Bo są komiczni w tych swoich zmaganiach. Komizm pozwala nabrać do nich dystansu. I chyba o to właśnie chodzi, żeby też na własne życie spojrzeć z boku, spoza bańki. Może też wyda nam się komiczne. Może się okaże, że żyjemy w jakiejś pętli. A o to teraz nie jest trudno. Można się zapętlić, popaść w jakąś teorię, wąską perspektywę, dać jej wiarę i paliwo. Mnie natomiast bliżej do relatywisty.
Gdy widzę szklankę napełnioną wodą do połowy i ktoś mnie pyta, czy jest pełna, czy pusta, to odpowiem: to zależy [śmiech]. Zależy od tego, kto na nią patrzy.
Świadomość różnych punktów widzenia poszerza empatię i pozwala mi nie zamykać się w swojej bańce. Z drugiej strony branie pod uwagę wszystkich perspektyw kończy się tym, że czasami potrzebuję więcej czasu, żeby podjąć decyzję i powiedzieć sobie: dobra, chcę tego. Długo ważę. Jestem horoskopową Wagą.
Ja nie z tych, nie będę analizować ci horoskopu.
A szkoda, bo lubię horoskopy. Ale nie przywiązuję do nich wagi, nie chcę całej sprawczości oddawać w ręce gwiazd, choć pewnie byłoby łatwiej.
To zwalnia z odpowiedzialności.
No tak, jest jakaś siła, na którą nie masz wpływu i to ona decyduje. Oczywiście nie uważam, że mamy kontrolę nad wszystkim, co wydarza się na świecie. Pojedynczy człowiek nie ma władzy nad pandemią, wojną czy decyzjami podejmowanymi za oceanem. Ale nad swoim małym podwórkiem ma, to jest jakieś jego pole wpływu i trzeba o nie dbać. Taka moja szokująca dewiza.
Nie frustruje cię brak wpływu na duże sprawy?
Pewnie, że czytam wiadomości i myślę, że tak nie powinno się dziać. Uruchamia się we mnie niezgoda chociażby na społeczną niesprawiedliwość, tylko że zamiast zajmować się globalnymi sprawami, wolę zmieniać rzeczywistość wokół mnie.
Przez lata angażowałem się w pracę związków zawodowych w teatrze. Zależało mi, żeby budować przestrzeń, w której wszyscy pracownicy czuliby się bezpiecznie i byli traktowani podmiotowo. Walczyłem o prawa pracownicze, właściwie w większości nawet nie moje, ale zespołu technicznego. Takie sytuacje dają mi poczucie, że faktycznie mogę zmieniać rzeczywistość wokół mnie.
Miałeś wpływ na to, jak potoczyła się twoja kariera?
Kariery aktora nie da się zaplanować w stu procentach. Ważne są talent i pracowitość, ale najwięcej jest tutaj przypadku i zwykłego szczęścia. Wpływ mam taki, że pewne role biorę, a innych nie. Mam też wpływ na to, jak zbuduję postać, co jest oczywiście też wynikiem ustaleń z reżyserem. W tym zawodzie bardzo zależysz od innych.
Czekasz w końcu na ten telefon. Zadzwoni, nie zadzwoni, reżyser się zdecyduje, nie zdecyduje, zaproszą na casting, nie zaproszą. A drabinka ma wiele szczebli. Reżyser też nie jest w pełni niezależny, bo ma nad sobą producenta, producent ma nad sobą zamawiającego, czyli stację telewizyjną albo platformę streamingową.
Ciąg zależności. Nie mogę powiedzieć, że jestem wyłącznym twórcą własnej kariery. W ogóle nie bardzo lubię to słowo.
Dlaczego?
Bo takie słowa jak kariera czy sukces często są pozorne i nie zawsze to, co na wierzchu, łączy się z tym, co pod spodem. Żyjemy w świecie iluzji i wytwarzanych narracji na własny temat, więc opinia publiczna często nie ma dostępu do kosztów, jakie się ponosi. Myślisz, że ktoś zrobił karierę, odniósł wielki sukces, publiczność go uwielbia, środowisko mu zazdrości, więc powinien być szczęśliwy, a okazuje się, że nie jest, że to wcale nie idzie w parze. Dlatego nie chcę robić kariery za wszelką cenę. Nie rzucę się jak Rejtan i nie będę krzyczał: „Dajcie mi wszystkie role!”, jeżeli mam później płacić za to własnym zdrowiem.
Praca jest dla mnie bardzo ważna, czerpię z niej ogromną przyjemność, ale potrzebuję balansu w życiu i staram się go znaleźć. Poza tym nie wiem, może dlatego, że wywodzę się z teatru, bardziej interesuje mnie gra zespołowa niż indywidualny sukces czy granie na siebie i budowanie statusu gwiazdy.
Mimo niechęci do słowa „kariera” i skojarzeń z nią, chyba widzisz, że odniosłeś sukces?
Teraz, jak mi o tym mówisz… [śmiech] Jestem wdzięczny każdej osobie, którą spotkałem, bo to też dzięki ludziom, z którymi pracowałem i pracuję, odniosłem sukces, chociaż tak rozumiany sukces nigdy nie był moim celem. Popularność, która przyszła do mnie z serialem „1670”, to jakby efekt uboczny mojej pracy. Nie ukrywam, że bardzo przyjemny efekt. Ale to, co daje mi największą satysfakcję, to po prostu robić sztukę i wyrażać się przez nią.
Popularność smakuje inaczej, gdy przychodzi później, kiedy człowiek jest już dorosły?
Bardzo możliwe. Są tacy, co po jednym filmie stają się gwiazdą. Moja droga zawodowa jest bardzo długa, musiałem sobie tę ścieżkę powoli wydeptać, dlatego mam wobec niej większy szacunek, bo nie przyszło mi to z łatwością. Szczęśliwie im jestem starszy, tym więcej mam do siebie dystansu, więc mogę z tej popularności bardziej świadomie korzystać.
Mówisz, że w naturze aktora leży szukanie drugiego dna. „1670” jest satyrą, siłą rzeczy więc korzysta z jednoznacznych środków. Znalazłeś w Bogdanie dodatkowe warstwy?
Nie boimy się odważnego grania. Satyra jest wyrazistym gatunkiem i pozwala na przekraczanie granic w humorze. Jednak mimo że świat w „1670” jest absurdalny i pojechany, to każdy z bohaterów ma swój wewnętrzny psychologiczny konstrukt, jakąś prawdę.
Kontrapunktem dla megalomanii Bogdana była jego potworna samotność i potrzeba bliskości. Ta mania wielkości jest tylko maską, pod którą kryją się smutek i pragnienie bycia zaakceptowanym. I dlatego widownia go lubi, podąża za nim, bo widzi, z jakich braków wynika jego nieporadność.
W pierwszym sezonie chce być bohaterem narodowym, w drugim chce, żeby go ktoś pokochał, a w trzecim buduje swoją nową tożsamość przez pragnienie zemsty za krzywdy, których doznał. To jest wewnętrzna prawda tej postaci, może nienazwana bezpośrednio z całym dramatyzmem, bo wciąż jesteśmy w satyrze, ale to nie znaczy, że rezygnujemy z psychologii bohatera.
Bogdan nie jest postacią wybitnie refleksyjną i sam nie rozumie swojej sytuacji, ale jego wewnętrzny motor to właśnie samotność, potrzeba miłości, potrzeba docenienia. Rzeczy w sumie uniwersalne, wszystkim nam brakuje uznania. Ostatnio usłyszałem od kogoś, kto naprawdę odnosi ogromne sukcesy, że czuje się niedoceniany. To jest czasem irracjonalne, jak bardzo potrzebujemy, żeby ktoś przyszedł, poklepał nas po plecach i powiedział: „Jesteś świetny”.
Co jeszcze „1670” mówi o współczesnych Polakach?
Bardzo wiele, natomiast mnie osobiście najbardziej interesuje i dotyka problem klasowego podziału, który pozornie już nie istnieje, a mam wrażenie, że wciąż nosimy w sobie poczucie i dziedzictwo pańszczyzny. Jesteśmy bardzo pracowitym narodem i nadajemy pracy ogromną wartość. Sam przez wiele lat miałem z tym problem, umęczałem się pracą, bo tak zostałem nauczony. Pokoleniowo wynieśliśmy to z domu, dlatego tak często trudno zaakceptować, że młodsza generacja ma już kompletnie inny stosunek do pracy. Klasowość widzę też w poczuciu niższości. „Nie nadaję się, to nie moje miejsce, nie mogę, nie dane mi jest” – tak o sobie myślimy.
To przekonanie o własnej niższości jest wciąż powiązane z pochodzeniem?
Gdy zaczynałem studia w szkole filmowej, też miałem poczucie, że się nie nadaję. Że nie mam takiej wiedzy czy nie obejrzałem tylu filmów, co moi koledzy. Co ja, chłopak z Konstantynowa Łódzkiego, którego ojciec miał zakład dziewiarski, a mama prowadziła sklep, robię wśród artystów? Przez wiele lat towarzyszyło mi przekonanie, że muszę się bardziej starać, nadrabiać, wiecznie coś udowadniać. Na szczęście się z tego wyleczyłem.
Powiedziałeś kiedyś, że potrzebujesz podpisać się nie tylko pod swoją rolą, ale też pod serialem, filmem czy spektaklem, w którym grasz. Cała opowieść jest ważna i wynikający z niej przekaz. Dlaczego?
Zdarzało mi się zrobić w przeszłości rzeczy wyłącznie dla pieniędzy, ale zależy mi na poczuciu sensu. Nie muszę grać wyłącznie w kinie zaangażowanym, chwilę temu skończyłem zdjęcia do komedii romantycznej. Za każdym razem jednak muszę czuć wartość wynikającą ze spotkania z reżyserem czy reżyserką, z innymi aktorami i aktorkami, z wypowiedzi, którą niesie film czy serial, niezależnie od formy.
Jeśli dostaję scenariusz i nie ma we mnie zaciekawienia postacią czy historią albo widzę, że już coś podobnego grałem, to odmawiam. Może ktoś inny będzie miał tę ciekawość. W tym momencie życia zawodowego potrzebuję wyzwań. Robienie dla samego robienia już mnie nie interesuje.
Fizyczne przygotowanie do roli może być wyzwaniem?
Oczywiście, choć zdarza mi się to ostatnio rzadko, a szkoda, bo lubię siłownię, lubię ćwiczyć. Staram się trzymać ciało w gotowości, w energii, mogę się łatwiej transformować, gdy rola będzie tego wymagała. Bardzo wyraźnie czuję, że ciało jest moim narzędziem. Gdy trochę odpuszczam i przestaję ćwiczyć, to w takim rozleniwionym ciele, pozbawionym energii, trudniej wzbudzić emocje. A w filmie, inaczej niż w teatrze, ta permanentna gotowość jest potrzebna. W teatrze dostaje się dwa miesiące na próby. Możesz stopniowo budować rolę i się w niej osadzać. W filmie jeśli są próby, to bardzo krótkie. Wchodzisz na plan i od razu musisz być w pełnej dyspozycji. Na początku mnie to przerażało. Miałem ten nawyk teatralny, potrzebowałem rozbiegu. A teraz sprawia mi ogromną radość to wchodzenie na pstryk.
Gdyby istniał specyfik, który gwarantuje, że ciało pozostanie wiecznie młode, wziąłbyś go? Jak Oskar, którego grasz w innej premierze z twoim udziałem, czyli filmie Julii Rogowskiej „Czas, który nie nadszedł”?
Film wystawia na widok publiczny ciało, które się starzeje, a to wciąż tabu. Wszyscy chcemy być młodzi, piękni, przystojni. Przez cały plan towarzyszyło mi – zresztą nam wszystkim – pytanie, czy pozostalibyśmy wiecznie młodzi, gdyby była taka możliwość. I wciąż nie wiem, jaką decyzję bym podjął.
Film przynosi refleksję, że to, co naturalne, jest piękne i wartościowe, ale rzeczywistość – zwłaszcza ta z Instagrama – przekonuje nas, że trzeba wyglądać jak najlepiej. Tego oczekuje od nas świat.
I na tym też polega dramat mojego bohatera. Albo poddajesz się kuracji, albo wypadasz poza system. On nie chce wypaść. Boi się samotności, wykluczenia, chce pozostać częścią społeczeństwa. Nie każdy ma w sobie na tyle odwagi, żeby powiedzieć: „Fuck off, nie poddam się większości, wyjadę w Bieszczady i będę tam żył sam albo sama, na uboczu”.
Aktorki, zwłaszcza na świecie, sporo mówią o tym, że brakuje wielowymiarowych ról dla dojrzałych kobiet. A co z aktorami? Czy aktor też boi się zestarzeć?
Czasem mi żal, że 20 lat temu nie kręciło się tylu filmów i seriali o młodych ludziach. Dziś każda platforma regularnie wypuszcza jakąś „teenage dramę”, więc młody aktor ma szansę się „wygrać”, a ja i moi rówieśnicy nie mieliśmy aż tylu możliwości. Czuję, że jakaś szansa przepadła i w serialu o nastolatkach czy dwudziestolatkach mogę teraz zagrać co najwyżej ojca głównego bohatera. Ale samej starości się nie boję.
Gdy patrzę w lustro, nie wpadam w panikę, że zaraz mi opadnie połowa twarzy i co wtedy. Czuję się dobrze ze swoim ciałem pomimo oznak starzenia.
Zawodowo też nie mogę narzekać, bo dzieje się u mnie bardzo dużo. Lubię wiek, w którym jestem, nawet jeśli myślę czasem, że na pewne rzeczy już sobie nie mogę pozwolić, bo szalona młodość minęła.
Jakie są zalety?
W tej świadomości śmiertelności, która mnie dopadła przy okazji czterdziestki, jest coś uwalniającego. Jakiś rodzaj przebudzenia. Nie tracę już czasu na zastanawianie się, czy na coś zasługuję, czy nie. Albo czy mi wolno. Robię rewizję. Sprawdzam, gdzie jestem i co już osiągnąłem, a czego jeszcze bym chciał. Na przykład chciałbym zrobić coś swojego. Marzy mi się film dokumentalny. Mam już nawet pomysł i wspaniałych ludzi chętnych do pomocy. Na razie tyle mogę powiedzieć, żeby nie zapeszać. I do znudzenia powtarzam, że chciałbym jeszcze więcej świata zobaczyć. Na przykład wyruszyć sobie w taką długą, może nawet roczną podróż. Tylko trudno się zdecydować, gdy zawodowo jest tak intensywnie i tak dobrze.
Wiesz, że masz opinię człowieka pogodnego?
Pogodnego? Dziwne słowo. Że miły dla każdego? Nawet dla tych, co mi nadepnęli na odcisk? Bo to nie jest prawda. Potrafię się wkurzyć. Na szczęście takich, co się narazili, nie ma zbyt wielu.
Że pozytywnie nastawiony do życia. Optymista.
A to się akurat zgadza. W każdej sytuacji szukam najwyższego potencjału, skupiam się na plusach, zamiast przejmować się minusami. Lubię ludzi. Lubię swoje życie. Nie ma we mnie zgorzknienia ani frustracji. Mam w sobie jeszcze dużo ciekawości świata. I może mógłbym się bardziej rozpychać, ale szkoda mi czasu na rywalizację. Wolę po prostu żyć.
Dobromir Dymecki, rocznik 1985. Absolwent PWSFTviT w Łodzi. Znany z ról w filmach „Kos”, „Noc w przedszkolu”, „Prime Time”, „Sezony” czy „Cicha ziemia”. Można go było zobaczyć w serialach „Porządny człowiek”, „Czarne stokrotki”, „Projekt UFO”. Największą rozpoznawalność przyniosła mu jednak rola Bogdana w serialu „1670”.