1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Kama Wojtkiewicz: „Nadmierne skupienie na sobie paradoksalnie nie prowadzi do pełniejszego życia. Przeciwnie, często kończy się poczuciem pustki”

Kama Wojtkiewicz: „Nadmierne skupienie na sobie paradoksalnie nie prowadzi do pełniejszego życia. Przeciwnie, często kończy się poczuciem pustki”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Kama Wojtkiewicz (Fot. Alicja Kozak)
Kama Wojtkiewicz (Fot. Alicja Kozak)

Odsłuchaj artykuł

Izabela Nowakowska-Teofilak - Kama Wojtkiewicz: „Nadmierne skupienie na sobie paradoksalnie nie prowadzi do pełniejszego życia. Przeciwnie, często kończy się poczuciem pustki”

00:00 19:17
15s
0,5 x
15s
Coraz więcej osób inwestuje czas, pieniądze i energię w nieustanną pracę nad sobą. Problem w tym, że źle pojęte samodoskonalenie prowadzi do utraty sensu i relacji – zauważa psycholożka Kama Wojtkiewicz, twórczyni podcastu „Sznurowadła myśli” i autorka książki „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej”.

Spis treści:

  1. Pułapki samorozwoju. Nadmierne skupienie na sobie może szkodzić
  2. Czy każdą trudność trzeba przepracować na terapii?
  3. Kama Wojtkiewicz: Zachęcam do „uczłowieczania” autorytetów
  4. Kama Wojtkiewicz: nie każda niezgoda czy dyskomfort oznaczają przekroczenie granicy

  • Pracujemy nad sobą, analizujemy dzieciństwo, chodzimy na terapię, warsztaty i kursy. Ale czy można… przesadzić z samorozwojem? Psycholożka Kama Wojtkiewicz mówi o momencie, w którym ciągłe skupienie na sobie zamiast pomagać, zaczyna oddalać nas od świata i innych ludzi.
  • „Nie każdą trudność trzeba przepracowywać w gabinecie terapeutycznym” – przekonuje ekspertka.
  • Kama Wojtkiewicz zwraca też uwagę, że język terapeutyczny coraz częściej staje się „słowem wytrychem”, które zamiast pomagać w rozmowie – może ją ucinać.
  • „Narcyz”, „toksyk” – etykiety zaczerpnięte z psychologicznych infografik weszły do codziennego języka. Jak odzyskać więcej uważności na innych i po prostu „żyć życiem”? O tym również jest ta rozmowa.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 06/2026.

Pułapki samorozwoju. Nadmierne skupienie na sobie może szkodzić

Iza Nowakowska-Teofilak: Zważywszy na to, że funkcjonujemy dziś w kulturze terapeutycznej, pisanie o jej pułapkach może wydawać się kontrowersyjne, tym bardziej że podejmuje się tego psycholożka.

Kama Wojtkiewicz: Na początku myślałam, że skupię się głównie na poppsychologii, czyli na spłycaniu teorii i zjawisk psychologicznych w mediach społecznościowych. Szybko jednak zobaczyłam, że to tylko wierzchołek góry lodowej, bo ten trop prowadzi do takich zjawisk, jak: rozpad więzi, kryzys zdrowia psychicznego, przeterapeutyzowanie, zanik spontaniczności w relacjach na rzecz kalkulowania języka, który z gabinetów przeniknął do codziennych, prywatnych kontekstów.

Ostatecznie wychodząc od duchowego eskapizmu i poppsychologii, doszłam do wniosku, że nadmierne skupienie na sobie i świecie wewnętrznym paradoksalnie nie prowadzi do pełniejszego życia – przeciwnie, często kończy się poczuciem pustki, której nie wypełni żadna liczba warsztatów czy kursów rozwojowych.

Niektórym zrozumienie tego zajmuje lata. W tym czasie tracą majątek na samorozwój. A, jak zauważyłaś, coraz trudniej odróżnić metody oparte na badaniach od tych, które bazują na intuicji, modzie czy wręcz myśleniu magicznym.

Wystrzegam się radykalizmu i nie uważam, że korzystanie z różnych metod rozwojowych, nawet takich, które nie mają jeszcze naukowego ugruntowania, jest zawsze godne potępienia. Oczywiście pod warunkiem, że robi się to świadomie, a praktyki te nie niosą ze sobą negatywnych konsekwencji zdrowotnych. Problem pojawia się wtedy, kiedy takie działania zaczynają być nazywane psychoterapią, bo jest ona jednak formą pomocy, służącą do leczenia zaburzeń zdrowia psychicznego, która powinna opierać się na przebadanych naukowo metodach.

Sygnałem ostrzegawczym, który wzmaga moją czujność, są przede wszystkim obietnice „zbyt piękne, by były prawdziwe”. Na przykład: gwarancja pełnej poprawy kondycji czy objawów w krótkim czasie, „natychmiastowe” wyleczenie noszonych latami problemów za pomocą jednej techniki czy narzędzia.

Niepokojące powinno być również czarno-białe myślenie, brak niuansów i pokory wobec niewiadomych w ludzkiej psychice. Dobry specjalista, pracujący z cierpieniem psychicznym, powinien mieć świadomość, że nie wszystko jest znane, i nie należy rzucać bezrefleksyjnych obietnic, których nie jest się w stanie dotrzymać.

Jednak pokusa, by w nie wierzyć, jest ogromna, bo samorozwój może pełnić też funkcję mechanizmu obronnego, na przykład unikania konfrontacji z realnymi problemami czy naturalnymi ograniczeniami.

Tak, to właśnie jeden z wymiarów tego, co nazywamy duchowym eskapizmem, który przewija się w szeroko rozumianej pracy nad sobą. Warsztaty, festiwale rozwojowe czy nawet niekończące się procesy terapeutyczne mogą być wykorzystywane jako sposób na to, by nie stawać twarzą w twarz z trudami codzienności.

A przecież są stany, które po prostu trzeba przeżyć – nie wymagają one naprawiania, eliminowania ani nadawania im na siłę znaczenia. Bezradność czy bezsilność bywają trudne do wytrzymania, ale stanowią część ludzkiego doświadczenia. Dobrze prowadzona, rzetelna psychoterapia nie polega na „usuwaniu” trudnych stanów, ale na uczeniu się ich znoszenia, wytrzymywania.

Bo są przecież obszary rzeczywistości, nad którymi jako jednostki nie mamy pełnej kontroli: nierówności społeczne, konflikty zbrojne, zmiany klimatyczne. W obliczu takich zjawisk naturalnie pojawia się poczucie bezsilności i żadna terapia, warsztat czy kurs nie sprawią, że ono całkowicie zniknie.

Skąd w nas przekonanie, że tylko dogłębne przepracowanie całego swojego jestestwa doprowadzi nas do poczucia szczęścia i spełnienia?

Nie bez winy jest tu oparta na indywidualizmie kultura zachodnia. To ona każe nam wierzyć, że właściwie wszystko jest pod naszą kontrolą i zależy od siły naszej woli. W konsekwencji przyjmujemy za oczywiste, że za wszystko możemy wziąć odpowiedzialność – zarówno za swoje sukcesy, jak i porażki. Wierzymy, że jeśli tylko wystarczająco się postaramy, jesteśmy w stanie „wymazać” trudności i cierpienie ze swojego życia dzięki nieustannemu samodoskonaleniu. A do tego dochodzi głębokie przekonanie, że to, kim jesteśmy „bez” – bez pracy nad sobą, bez osiągnięć, bez zarabiania, bez ciągłego bycia zajętym – jest z gruntu niewystarczające.

Widać to szczególnie w momentach życiowego zatrzymania, kiedy coś nas wytrąca z systemu: utrata bliskiej osoby, ukochanego zwierzęcia, pracy, doświadczenie kryzysu psychicznego, który sprawia, że na jakiś czas wypadamy z obiegu i przestajemy być produktywni, zajęci, „na bieżąco”. W takich sytuacjach trudno jest otoczeniu i nam samym przyjąć, że ktoś nie pracuje, nie studiuje, nie „osiąga”, tylko na przykład odpoczywa, regeneruje się czy jest na dłuższym zwolnieniu lekarskim.

Sami zaczynamy myśleć o sobie w kategoriach lenistwa, porażki, braku rozwoju. I właśnie z tego wewnętrznego przymusu sięgamy po kolejne e-booki, kursy czy warsztaty, które, pokazując efekt „przed i po”, obiecują szybką i widoczną dla oka przemianę. W ten sposób napędza się mechanizm nieustannej pracy nad sobą.

Ale jest też jeszcze jeden istotny czynnik: współczesne wyjałowienie relacji. Jeśli nie mam poczucia łączności ze wspólnotą – lokalną, sąsiedzką, związaną z pasją czy aktywnością fizyczną – to w pewnym sensie naturalnie zwracam się ku sobie, bo nie mam ku czemu się zwrócić. Jeśli nie zasilają mnie wartości wspólnotowe i nie odnajduję sensu w czymś większym niż ja sama, zaczynam szukać go w sobie: w swojej historii, zranieniach z dzieciństwa, schematach poznawczych czy deficytach. Dlatego mam dużą dozę zrozumienia dla osób, które utykają w nieustannym procesie poznawania i rozgrzebywania swojej przeszłości.

Przychodzi jednak taki moment, w którym okazuje się, że to nie wystarcza, żeby żyć dobrze. W końcu uświadamiamy sobie, że tyle już wiemy o sobie, a mimo to pewne aspekty rzeczywistości wcale się nie zmieniają.

Przepracowanie swojego dzieciństwa nie sprawi, że dostanę pełne zadośćuczynienie za wyrządzone mi krzywdy, za to wszystko, czego moi rodzice nie wiedzieli, kiedy mnie wychowywali, i czego mi nie dali.

Są rzeczy, które pozostają niezmienne i z którymi trzeba się jakoś inaczej ułożyć. Wiele osób właśnie w tym momencie mówi: „Dość, czas zwrócić się ku światu” i kieruje swoją uwagę ku innym ludziom, naturze, pasjom, zwierzętom czy działaniom na rzecz osób marginalizowanych.

Czy każdą trudność trzeba przepracować na terapii?

Mam poczucie, że w pewnym sensie wpadliśmy w błędne koło – współczesna kultura samodoskonalenia z jednej strony pomaga jednostkom, a z drugiej utrwala system, który generuje jeszcze więcej cierpienia.

Na pewno przyczynia się do tego iluzja pełnego przepracowania. To trochę mityczny stan, który w praktyce jest nieuchwytny, bo żaden rzetelny psychoterapeuta czy psycholog nie da ci listy „pięciu oznak”, że masz już „przepracowane” życie. Można mówić o procesie zdrowienia, o zmianach, o większej świadomości – ale nie o ostatecznym punkcie dojścia.

Tymczasem w mediach społecznościowych widzimy historie szybkich przemian – ktoś po 10 sesjach funkcjonuje idealnie, ktoś inny po jednym warsztacie pozbył się wszystkich trudności. To sprawia, że jeśli u nas tak się nie dzieje, pojawia się myśl, że nie staram się wystarczająco.

Uwalniające może być zrozumienie, że nie wszystko da się unieść w pojedynkę, że część naszego cierpienia wymaga zwrócenia się ku innym, niekoniecznie od razu ku specjalistom, ale ku bliskim osobom. Do ludzi, którzy nas znają, którzy mogą zobaczyć naszą sytuację z innej perspektywy, podzielić się swoją refleksją, a przede wszystkim być obecni. To może wydawać się dziś niemodne, ale naprawdę nie każdą trudność trzeba przepracowywać w gabinecie terapeutycznym. Bliska osoba nie da nam diagnozy ani fachowego rozwiązania, ale jej obecność i uważność mogą okazać się wystarczające i kojące.

Kama Wojtkiewicz: Zachęcam do „uczłowieczania” autorytetów

Wielu psychologów i terapeutów jest dziś bardzo aktywnych w mediach społecznościowych i często mówią tam naprawdę wartościowe rzeczy. Problem w tym, że tysiące osób, które ich obserwują, zaczynają patrzeć na nich przez pryzmat wyłącznie tego, co publikują i na tej podstawie bardzo łatwo ich idealizują, co też może wzmacniać u nich poczucie niewystarczalności – bo skoro mimo pracy nad sobą nadal doświadczam bardzo ludzkich reakcji, bywam poirytowana, złośliwa, niemiła, to chyba coś ze mną bardzo nie tak.

Można mieć ogromną wiedzę psychologiczną, ukończone liczne szkolenia, doktorat, a jednocześnie w relacjach prywatnych bywać osobą trudną czy nieprzyjemną. Jedno nie wyklucza drugiego. Wiedza o psychice nie gwarantuje jeszcze kompetencji relacyjnych, jak życzliwość, uważność czy zdolność do współpracy.

Dlatego zachęcam do „uczłowieczania” postaci autorytetów, ekspertów, ikon, które tak łatwo stawiamy na piedestale, ponieważ media pokazują tylko wycinek rzeczywistości.

Idealizowanie psychologów, psychoterapeutów czy coachów może być częścią szerszego zjawiska kulturowego – skłonności do przechodzenia od zachwytu do całkowitej dewaluacji zamiast utrzymania bardziej zniuansowanego spojrzenia. A przecież można jednocześnie uznawać czyjąś wiedzę oraz kompetencje i jednocześnie widzieć, że jako człowiek bywa niedoskonały.

Bezrefleksyjny zwrot ku autorytetom często odbiera nam zdolność trzeźwego osądu i, co ważne, pogłębia poczucie presji.

Porównujemy się do wyidealizowanego obrazu, który w rzeczywistości nie istnieje, i czujemy się jeszcze bardziej niewystarczający. Tymczasem każdy – nawet autorytet – bywa słaby, nieudolny. I to nie czyni go „złym człowiekiem”, tylko człowiekiem, który może się mylić, zachować nie w porządku, a potem wziąć za to odpowiedzialność. I nie stoi to w sprzeczności z byciem dobrym ekspertem.

Kama Wojtkiewicz: nie każda niezgoda czy dyskomfort oznaczają przekroczenie granicy

Coraz więcej mówi się dziś o stawianiu granic – o tym, co jest przekraczające, a co nie, oraz jak chronić siebie i własne potrzeby. I oczywiście jest to bardzo ważne. Zdarza się jednak, że ten język bywa wykorzystywany także do unikania zobowiązań, zaangażowania czy odmawiania pomocy. Nie masz wrażenia, że nadmierne skupienie na własnych granicach zaczyna utrudniać nam funkcjonowanie społeczne?

Warto tu wprowadzić ważne rozróżnienie. Granice są niezwykle potrzebne, szczególnie wtedy, gdy ktoś realnie je narusza. Uczenie się ich stawiania to istotna kompetencja psychologiczna: pozwala nam pozostać w kontakcie ze sobą i jasno, w sposób asertywny, bez ataku, bez przemocy czy etykietowania komunikować, co jest dla nas nie w porządku. Natomiast sytuacje, o których mówisz, czyli na przykład niewywiązywanie się ze zobowiązań i tłumaczenie tego „granicami”, to raczej kwestia odpowiedzialności i elastycznego stosunku do umów. Bo jeśli ktoś zobowiązuje się do wykonania czegoś, a tego nie robi, to nie chodzi o granice, tylko o brak szacunku do danego słowa. Problem pojawia się też wtedy, gdy język „granic” zaczyna być używany jako nieadekwatny skrót.

Na przykład w sytuacji, gdy ktoś mówi nam coś trudnego albo się z nami nie zgadza, a my odpowiadamy: „Przekraczasz moje granice” i ucinamy rozmowę. Tymczasem nie każda niezgoda czy dyskomfort oznaczają przekroczenie granicy. Granice mają nas chronić, a nie upraszczać rzeczywistość czy być słowem wytrychem, które zastępuje rozmowę.

To też rodzi pytanie: jak zmienia się nasze rozumienie odpowiedzialności wobec innych w świecie, który tak silnie akcentuje odpowiedzialność za siebie i za swoje poczucie komfortu?

Miałam kiedyś przyjemność rozmawiać z Tomkiem Stawiszyńskim o świętach Bożego Narodzenia – choć w gruncie rzeczy dotyczyło to wszelkich okazji do rodzinnych spotkań. Omawialiśmy pewną tendencję, którą wzmacniają media społecznościowe, czyli hasła w rodzaju „w tym roku nie jadę na święta”, „odcinam się”, „spędzam ten czas po swojemu”. To, co nas w tym zaniepokoiło, to silny akcent położony wyłącznie na własny komfort, przy jednoczesnym pomijaniu szerszego kontekstu, choćby tego, że istnieje pewna ciągłość pokoleniowa i niepisane zobowiązania.

Żyjemy w świecie, w którym coś innym zawdzięczamy. Od początku funkcjonujemy w określonych strukturach: rodzinnych, społecznych, państwowych, otrzymujemy opiekę, dach nad głową, edukację, jedzenie, często także miłość i akceptację. Oczywiście nie każdy ma takie doświadczenia. Są osoby, które dorastały w trudnych, przemocowych domach i w ich przypadku rezygnacja ze wspólnych, rodzinnych spotkań może być konieczną i zdrową granicą.

Jeśli jednak mówimy o sytuacjach, w których powodem wycofania jest przede wszystkim różnica zdań czy dyskomfort w rozmowie, to warto się zatrzymać, zobaczyć szerszy obraz i przypomnieć sobie, że nasi rodzice czy dziadkowie wiele nam dali w czasie, gdy byliśmy od nich całkowicie zależni, a jako dorośli mamy możliwość coś im oddać.

Na przykład przyjeżdżając na święta i będąc razem, nawet jeśli oznacza to rozmowy na tematy, w których się różnimy – polityczne czy światopoglądowe. Nie wszystkie z nich muszą być dla nas komfortowe, nie o wszystkich musimy chcieć rozmawiać i mamy do tego pełne prawo. Ale sama różnica poglądów nie musi automatycznie oznaczać odcięcia się.

Mam wrażenie, że dziś łatwiej jest nam dać bliskim diagnozę niż czas i uwagę.

W książce piszę o tym, że język terapeutyczny tak silnie przeniknął do codzienności, że stał się wręcz sposobem porządkowania ludzi według łatek diagnostycznych i kryteriów. Diagnozujemy innych tylko dlatego, że coś w ich zachowaniu nam się nie podoba, czerpiąc wiedzę z infografik z mediów społecznościowych: „Po tych pięciu cechach poznasz, że…”. I na tej podstawie nazywamy kogoś „narcyzem” czy „toksykiem”.

Tymczasem rzetelna diagnoza wymaga spojrzenia na człowieka całościowo: w różnych kontekstach, w różnych relacjach, z uwzględnieniem jego historii, sposobów radzenia sobie, tego, co jest trwałe, a co sytuacyjne.

To próba zrozumienia, a nie przypięcia etykiety, która czasem zaczyna działać jak samospełniająca się przepowiednia zarówno dla osoby, która ją słyszy, jak i tej, która ją wypowiada. Dlatego warto ugryźć się w język, zanim użyjemy takich określeń, i spróbować powiedzieć prościej i bardziej precyzyjnie: „To zachowanie było dla mnie trudne”, „Poczułam się zraniona”, „To było dla mnie nie w porządku”. Taki język, choć mniej efektowny, jest dużo bardziej zrozumiały i budujący w relacjach.

We wstępie do książki piszesz: „Mam nadzieję, że przybliży ona czytelników do odpowiedzi na to, jak w tym performatywnym, ja-centrycznym świecie autonomicznie odnajdywać kotwice bezpieczeństwa i przywracać sobie poczucie łączności ze sobą i innymi ludźmi”. Czy tobie się to udało?

Odpowiem dyplomatycznie: po części tak, a po części wciąż się tego uczę. Nie mam poczucia, że wszystko już przemyślałam czy „przepracowałam”. Natomiast faktycznie doszłam do ważnego momentu uświadomienia sobie, że nie jestem już dla siebie aż tak absorbującym tematem. To otworzyło mnie na świat zewnętrzny i sprawiło, że dziś bardziej czuję się jego częścią, a nie tylko osobą skupioną na własnym wnętrzu, osiągnięciach czy porażkach. W codzienności przekłada się to na większą obecność w relacjach zarówno z bliskimi, jak i z zupełnie przypadkowymi ludźmi.

Niedawno adoptowałam psa ze schroniska i to doświadczenie zmieniło moją perspektywę. Dużo czasu spędzamy teraz razem na spacerach w lesie, w parku. Staram się za nim podążać i uczyć się od niego uważności na to, co tu i teraz.

Coraz bardziej dostrzegam, jak wiele umyka, kiedy jesteśmy nieobecni: kwitnące na wiosnę drzewa, drobne, acz znaczące interakcje między ludźmi. Tego nie zobaczymy, scrollując telefon. Staram się więc – na ile potrafię – „zanurzać się w życiu”, jak to mówi Igor Rotberg. Rejestrować rzeczywistość i żyć życiem.

Kama Wojtkiewicz, psycholożka i dziennikarka, właśnie ukazała się jej książka „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej”. Prowadzi warsztaty psychoedukacyjne, konsultacje psychologiczne i psychoedukuje w mediach społecznościowych (@sznurowadla.mysli).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE