Dom Agaty Knorowskiej, projektantki wnętrz i założycielki Branik Studio, jest w ciągłym procesie zmian. Przeobraża się razem z tymi, którzy w nim mieszkają – przesuwa, przestawia, dopasowuje.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 06/2026.
Dom stoi w głębi działki, jest oddalony od drogi. Już wczesną wiosną można spodziewać się przepychu zieleni, która wybuchnie w ogrodzie za kilka tygodni. Bryła jednopiętrowego domu sprawia wrażenie solidnie osadzonej w przestrzeni, a jednocześnie ma w sobie coś niepokojąco efemerycznego. Trudno powiedzieć, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy – ściany nie są prowadzone w linii prostej, tylko miękko skręcają, jakby chciały objąć wszystko, co dzieje się w środku.
– Lubię to, że prawie nie ma tu prostych ścian, nasz dom to kompozycja półkoli i łuków – mówi Agata. – Te łuki nas otulają. Mam poczucie, że takie klasyczne, prostokątne przestrzenie potrafią być ograniczające, a tutaj wszystko jest w ruchu. I rzeczywiście – to dom, w którym nawet po latach jest miejsce na to, by pojawiały się nowe elementy, a te istniejące zmieniały swoje położenie.
Budynek powstał na początku lat dwutysięcznych jako projekt rodzinny – budowany przez rodziców męża Agaty, zaprojektowany przez architekta Tomasza Ziemskiego, przy udziale Tomka Knorowskiego, malarza, męża Agaty. Od początku był pomyślany jako dom dwurodzinny, stąd jego charakterystyczny, lekko „zawinięty” układ, który dopasowuje się do działki. Agata mieszka tu od 16 lat. I choć jest absolwentką architektury wnętrz na warszawskiej ASP, przez lata prowadziła pracownię projektowania wnętrz, a teraz projektuje obiekty kamienne jako właścicielka Branik Studio, to tutaj proces wprowadzania zmian wygląda zupełnie inaczej.
– Od dawna planujemy z mężem remont kuchni, ale zawsze są ważniejsze rzeczy. Na razie ustaliliśmy, że nowa zabudowa będzie w pastelowym, miętowym kolorze. U klientów wszystko idzie szybko. Są potrzeby, decyzje, terminy. A u nas… nie ma deadline’u. Może po prostu lubimy być w tej fazie wymyślania – mówi.
(Fot. Celestyna Król)
To widać od razu: nic nie jest tu przytwierdzone na stałe. Kanapa przez lata wędrowała po salonie, ustawiana w każdą możliwą stronę. Meble pojawiają się powoli, często vintage, wyszukane na aukcjach albo przejęte od znajomych. Duży stół pod oknem w kuchni, przy którym Agata pracuje, a dzieci odrabiają prace domowe, powstał z uratowanego przed wyrzuceniem blatu z ASP. Mniejszy stół przyjechał tu z rodzinnego domu szwagra Tomka, męża Agaty.
– Nasz dom jest miejscem eksperymentów. Każda rzecz coś znaczy, skądś przychodzi, ma swoją historię – mówi gospodyni.
Wnętrze jest jasne i praktyczne, ale nie sterylne, czuć w nim rytm codzienności. Na wprost kanapy na sztalugach stoi ogromny blejtram pokryty białym płótnem. – To jest podobrazie przygotowane dopiero do malowania. Mieliśmy sztalugę, na górze stał blejtram, więc się okazało, że możemy w trzy minuty po prostu zrobić tutaj super kino. Puszczamy na nim filmy z projektora – wyjaśnia Agata.
Improwizacja jest tu raczej zasadą niż wyjątkiem. To podejście stanowi przeciwwagę dla ich pracy. Branik Studio, które prowadzi Agata, pracuje z kamieniem – materiałem, który dojrzewał przez miliony lat, by trwać poza czasem. Przedmioty projektowane przez Agatę i Tomka mają swój ciężar, wyrazistą formę i kolor. Tymczasem dom jest jak pauza. – Tu potrzebujemy mniej. Mniej form, mniej bodźców – tłumaczy.
Dlatego we wnętrzu kolor pojawia się punktowo: w zielonej szafce, w błękitach, które lubią oboje z mężem, w drobnych obiektach. Ale nigdy nie przejmuje kontroli. – Kolor jest dla mnie ważny, ale w konkretnych plamach i bryłach, na jasnym tle – mówi.
(Fot. Celestyna Król)
Był moment, kiedy estetyka zeszła na dalszy plan. – Przez kilka lat to wnętrze, szczególnie salon i kuchnia, było podporządkowane dzieciom. Szczebelki, maty, zabezpieczenia… Nie byliśmy z tego zadowoleni wizualnie, przez chwilę funkcja musiała ustąpić formie, choć i tak staraliśmy się świadomie wybierać możliwie estetyczne dziecięce wyposażenie – wspomina Agata.
Dzieci podrosły, przyszły kolejne zmiany. Kanapa dostała jasną tapicerkę, w salonie stanęło pianino, pojawił się projektor. Dziś to przestrzeń wspólna – taka, która mieści wszystko: dziecięce granie, szkolne projekty plastyczne, powstające na kuchennym stole, znajomych syna oglądających „Władcę Pierścieni”. – Cieszymy się z czasu, który możemy realnie spędzić z naszymi dziećmi. Każde z nich ma swoje pasje i staramy się je w tym wspierać. Pewnie przez to nie mamy czasu usiąść i rozrysować naszych nowych kuchennych szafek, ale codzienne sprawy okazują się ważniejsze – mówi Agata.
(Fot. Celestyna Król)
– Tak się cieszę, że wyszło słońce – to były pierwsze słowa Agaty, zaraz po „dzień dobry”, gdy powitała nas w drzwiach. Już po chwili wiedzieliśmy, dlaczego. Światło jest ważne w tym wnętrzu, a to słoneczne, wpadające przez ogromne okna, które zajmują całą ścianę salonu, zmienia je nie do poznania, dodaje ciepła i życia. Ogród latem zamienia się w coś na kształt prywatnej dżungli: katalpy o dużych liściach w kształcie serca, wysokie trawy, gęstość zieleni. – Nie mamy zasłon. Nie są potrzebne, bo drzewa dają przyjemny cień i terminczną izolację – mówi Agata. Podłoga – kiedyś klasyczna, dębowa – została pomalowana na biało z kroplą szarości. Dziś odbija światło i jeszcze bardziej rozpuszcza granicę między wnętrzem a kamiennym tarasem, który otwiera dom na ogród.
(Fot. Celestyna Król)
Anin to miejsce, które jeszcze kilkanaście lat temu kojarzyło się trochę „sanatoryjnie”, z wysokimi sosnami i czasem aż onieśmielającą ciszą. Dziś stało się bardziej żywe, ale wciąż z tym samym rytmem spacerów, powrotów, oddechu.
– Był moment, że chciałam mieszkać w centrum. Teraz już nie – przyznaje Agata. – Lubię tu wracać z naszego showroomu na Mokotowskiej. Ten czas tutaj – mieszkanie w domu wielopokoleniowym (nasze dzieci dziadków mają tuż za ścianą), chodzenie do lasu, bycie w ogrodzie – jest bardzo kojący.
To właśnie kontrast między intensywnością pracy a ciszą tego miejsca pozwala odzyskać spokój. Wnętrze domu Agaty i Tomka nie jest skończone. I chyba nie ma takiej potrzeby. Zabudowy dopasowywane do łuków wciąż są w planach, decyzje dojrzewają powoli, a przestrzeń zmienia się razem z ich życiem – pracą, dziećmi, rytmem dnia. Bo tutaj nic nie jest ważniejsze od tego, co dzieje się pomiędzy: od rozmów przy stole, dźwięków pianina, wieczorów, kiedy obraz jeszcze nie powstał, ale już może stać się ekranem.