1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Piotr Rypson: „Muzea są jaskiniami zbójców”. Opowiada o dziełach sztuki, które po latach wracają do Polski

Piotr Rypson: „Muzea są jaskiniami zbójców”. Opowiada o dziełach sztuki, które po latach wracają do Polski

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. Mickey Wyrozębski)
(Fot. Mickey Wyrozębski)

Odsłuchaj artykuł

Remigiusz Grzela - Piotr Rypson: „Muzea są jaskiniami zbójców”. Opowiada o dziełach sztuki, które po latach wracają do Polski

00:00 21:46
15s
0,5 x
15s
Krytyk, kurator, ekspert. Piotr Rypson był zastępcą dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie, dziś jest dyrektorem Departamentu Dziedzictwa Kulturowego w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, nadzorującego kilkadziesiąt muzeów i miejsc pamięci, ale też poszukującego zaginionych dzieł.

Spis treści:

  1. Piotr Rypson o odzyskiwaniu zaginionych dzieł sztuki: „To już nie jest lupa Sherlocka Holmesa”
  2. Piotr Rypson o muzeach: „Społeczeństwo jest dziś bezlitosnym krytykiem i sędzią”
  3. Sztuka jako game changer i ratunek duchowy
  4. Piotr Rypson o rodzinnej traumie: „Wszyscy tutaj tracili bliskich”

  • Piotr Rypson opowiada o odzyskiwaniu dzieł sztuki zrabowanych podczas wojny i zdradza, dlaczego szczególnym momentem był dla niego powrót „Pomarańczarki” Aleksandra Gierymskiego do Muzeum Narodowego.
  • Krytyk i kurator wraca też do swoich początków. Pierwsze spotkanie ze sztuką współczesną przeżył jako licealista na wagarach. „Coś tam właśnie się wydarzyło, jak to bywa z miłością, jak to bywa ze sztuką – grom z jasnego nieba” – wspomina.
  • Rypson mówi o chorobie żony, artystki Karoliny Wiktor, która po udarze i afazji na nowo budowała swój język. „Podobnie jak poezja, [sztuka] jest ratunkiem duchowym” – dodaje.
  • W rozmowie pojawia się także historia jego rodziny naznaczonej wojną oraz dzieciństwo spędzone częściowo w Afryce. Rypson tłumaczy, dlaczego do dziś interesują go zapomniane postaci i historie, dzięki którym można „spróbować spojrzeć za horyzont”.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.

Piotr Rypson o odzyskiwaniu zaginionych dzieł sztuki: „To już nie jest lupa Sherlocka Holmesa”

Remigiusz Grzela: Do Polski wraca coraz więcej dzieł skradzionych w czasie wojny. Twoi pracownicy to skuteczni detektywi sztuki?

Piotr Rypson: Absolutnie. Za skutecznością procesów restytucyjnych stoją w moim departamencie profesjonaliści o ogromnym doświadczeniu, znajomości prawa międzynarodowego, z wiedzą na temat utraconych dzieł czy obiektów dziedzictwa kulturowego, także intuicją, gdzie mogą się takowe znajdować i tak dalej.

Mają coraz lepsze narzędzia detektywistyczne. To już nie jest lupa Sherlocka Holmesa, to wyspecjalizowane instrumenty informatyczne przeczesujące internet, gdzie znajduje się coraz więcej wizerunków, co wynika i z cyfryzacji zbiorów, i informacji o wystawach czy aukcjach.

Restytucje nie dotyczą wyłącznie rabunku polskiego majątku prywatnego lub publicznego w czasie wojny, najpierw przez Niemców, później przez Rosjan, a w przypadku tych drugich i w Polsce, i w Niemczech, ale również wszystkiego, co było kradzione po roku 1945 na ziemiach polskich przez kogokolwiek.

Z odzyskania jakiego dzieła cieszyłeś się najbardziej, pracując tutaj, gdzie rozmawiamy, w Muzeum Narodowym?

Wielką sprawą było odzyskanie „Pomarańczarki” Aleksandra Gierymskiego, bo to piękny i ważny obraz – nie tylko dla historii polskiej sztuki, kolekcji Muzeum Narodowego, ale i historii Warszawy. Przedstawia fragment dawnego miasta, malowany przez jednego z najlepszych malarzy, jakich mieliśmy w XIX wieku. Jest to jedna z ikon sztuki dawnej w Polsce, więc radość była duża.

autopromocja
750X300_srodtekst_art 2.webp

Odzyskanie „Pomarańczarki” spowodowało wielką frekwencję na wystawie Gierymskiego, sam stałem w kilometrowej kolejce.

To była jedna z pierwszych wystaw, w których Muzeum Narodowe przebiło 100 tysięcy widzów.

Jedną z odzyskanych ikon jest „Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowiczowej z 1884 roku.

Jej odnalezienie w jednym z niemieckich domów aukcyjnych w 2011 roku i odzyskanie trafiło w zwrot feministyczny w historii sztuki, co znaczy, że odzyskaliśmy ważny obraz malowany przez kobietę, a jednocześnie jego temat daje pole do rozmaitych dociekań, co stoi za emocjami tej czarnoskórej kobiety, kim jest dla malującej ją artystki, a ponieważ niedawno odkryto jej tożsamość, dostajemy więcej niż ładny obraz.

Nadal jesteś człowiekiem tego muzeum? Kiedy tu wchodziłeś na nasz wywiad, wszyscy witali cię jak swojego dyrektora.

Czuję się tu jak w domu, pracowałem w Muzeum Narodowym ponad siedem lat. Schodziłem wszystkie galerie, korytarze, znam konstrukcję instytucji i jej wewnętrzny kręgosłup, to znaczy historię miejsca i wyjątkowych zbiorów.

Przed wojną w muzeum było sto kilkadziesiąt tysięcy dzieł sztuki, w tej chwili jest ich blisko milion. 800 tysięcy plus nie wzięło się z niczego. Wiele pochodzi z ziem zachodnich i północnych Polski. Zwożono je hurtowo z opuszczonych domów, kościołów, budynków publicznych.

Mnóstwo dzieł bezprizornych, porzuconych, które należały do kogoś, kogo już tu nie było w roku 1945, 1946 czy 1947. Zostały objęte dekretem dotyczącym mienia porzuconego i stanowią własność Skarbu Państwa. Warto tu wspomnieć, że niedawno w obecności ministry kultury i dziedzictwa narodowego Marty Cienkowskiej i ministry kultury Grecji Liny Mendoni dokonano zwrotu judaików zrabowanych w czasie wojny w Grecji przez wyspecjalizowane komando niemieckie. Wędrowały po nieznanych nam zakamarkach, aż wylądowały w dużej skrytce na Śląsku, co miało je uchronić przed bombardowaniami. Ten proces restytucyjny trwał blisko 20 lat. Na szczęście państwo polskie nie było w czasie wojny agresorem, więc nie rabowało w innych krajach. A muzea są jaskiniami zbójców.

British Museum czy Luwr są pełne obiektów skradzionych w innych krajach. I teraz, w okresie postglobalizacji, odbywa się bardzo wiele zwrotów restytucyjnych przez państwa, które były imperiami kolonialnymi albo miały takie aspiracje. Przez tysiąclecia łupiono kruszce, wyposażenie świątyń...

Piotr Rypson o muzeach: „Społeczeństwo jest dziś bezlitosnym krytykiem i sędzią”

Czy jako dyrektor Departamentu Dziedzictwa Kulturowego dziś patrzysz inaczej na muzea?

Zdecydowanie. Nasz departament jest odpowiedzialny za wspieranie sześćdziesięciu kilku instytucji w Polsce – muzeów i miejsc pamięci, są wśród nich Wawel, Muzeum Auschwitz-Birkenau, Majdanek, wszystkie muzea narodowe… Patrzę na to, jak państwo zajmuje się swoim dziedzictwem i jeszcze lepiej rozumiem, jak trudnym wyzwaniem jest opieka nad nim – ale także prowadzenie dużej instytucji kultury. Muzeum Narodowe, w którym rozmawiamy, jest kombinatem zatrudniającym kilkaset osób i zarządzającym gigantycznym majątkiem narodowym. To są niepoliczalne miliardy, bo jak to wszystko wycenić? To trudniejsze niż zarządzanie korporacją, bo jednocześnie jest służbą publiczną. A społeczeństwo wyposażone dziś w media społecznościowe jest bezlitosnym krytykiem i sędzią.

Niedawno w kontekście nadzoru nad muzeami zaatakowało cię paru muzealników.

Nie będę się odnosił do poszczególnych wypowiedzi. Ale chciałbym wyjaśnić, że dyrektor departamentu w ministerstwie nikogo w instytucjach kultury nie zatrudnia, nikogo nie zwalnia. Pracodawcą każdego z dyrektorów tych instytucji jest minister kultury, który po procedurze konkursowej bądź innej powołuje i odwołuje dyrektora. Więc obsadzenie mnie w roli Czarnego Piotrusia jest chybione. Natomiast rozumiem, że osoby, które przestają być dyrektorami z różnych powodów (najczęściej znam je dość dobrze), mają żal i pretensje. Mnie również kiedyś zwolniono z tego muzeum.

Był rok 2018 i trwała walka ówczesnego dyrektora Muzeum Narodowego m.in. z ikonicznymi fotografiami Natalii LL, na których ma w ustach banana. Tysiące ludzi na znak protestu robiły sobie zdjęcia z bananami.

Działo się to w określonym momencie polskiej wojny kulturowej. Prace Natalii LL „Sztuka konsumpcyjna” to element Galerii XX i XXI wieku, którą miałem wielki zaszczyt i przyjemność tutaj stworzyć. Zamknięcie jej przez kolejnego dyrektora było aktem cenzury politycznej i czegoś, co w legislacji nazywa się anticipatory obedience, czyli wyprzedzające posłuszeństwo. Nikt nie kazał tej galerii zamykać. Co ciekawe, wcześniej usunięto z galerii wyłącznie prace artystek: Natalii LL, Grupy Sędzia Główny, Katarzyny Kozyry. Bardzo znamienne. Cenzura padła na sztukę, która podnosiła kwestie kobiece.

Jedna z nich, Karolina Wiktor, była twoją żoną.

I na szczęście nadal nią jest. Współtworzyła z Aleksandrą Kubiak Grupę Sędzia Główny, która już dawno zaprzestała działalności performerskiej. Nasze radosne protesty z bananem opisała prasa międzynarodowa, ale dla muzeum to był cios, bo psuły reputację instytucji, ujawniając polityczne sterowanie programem.

Polska w pigułce. Twoją słynną wystawę o niepodległości „Krzycząc Polska” otwierał chocholi taniec z filmu Andrzeja Wajdy „Wesele”.

Wajda był nieodzowny, żeby opowiedzieć cały ten krąg, który rozpoczął się u schyłku XIX wieku. Z jednej strony próba walki o niepodległość, z drugiej otępienie i osłabienie części społeczeństwa, które nie widziało już horyzontu, nie wierzyło, że zmiana jest możliwa. Raczej myślało, jak się poukładać z zaborcami, co było wizualizowane w wielu ówczesnych pracach wybitnych polskich artystów.

Czy dzisiaj w urzędniku jeszcze budzi się kurator?

Bardzo mi tego brakuje. W zeszłym roku nawet popełniłem malutką wystawę w Katowicach. Pokazywała jedno z najlepszych, najbardziej dynamicznych, kapitalistycznych i agresywnych wydawnictw powstałych po wojnie w Polsce, czyli Agencję Wydawnictw i Reklamy AWiR. To była opowieść o self-made manie Zbigniew Mokrzyckim, który stworzył wspaniałe wydawnictwo, a później, gdy już mu bezpieka deptała po piętach i zrujnowano interes, uciekł z Polski i rozpoczął wielką karierę w Kanadzie jako jeden z kluczowych brokerów medialnych. Sięgnął po wszystko i zrealizował to w pełni.

Jako kurator urodziłeś się, idąc na wagary do Galerii Repassage?

Coś tam właśnie się wydarzyło, jak to bywa z miłością, jak to bywa ze sztuką – grom z jasnego nieba. Pierwsza klasa liceum, urwałem się z przyjacielem z lekcji, nie poszliśmy na piwo, tylko w miasto. No i w tej żałosnej Warszawie 1972 roku, choć niby Gierek oferował Coca-Colę i Marlboro, nagle znaleźliśmy się w Galerii Repassage, w niestrzeżonej przez nikogo dużej białej sali, wszystko w niej było białe, i krzesła, i stół – instalacja konceptualnego artysty Pawła Freislera. W tamtym czasie frustracja społeczna wyrażała się często przez wandalizm. Jak można było coś rozwalić, to ktoś to w końcu rozwalał. A tu nikt nie pilnuje. Więc to obudziło fundamentalne pytania o to, czym jest ta przestrzeń. Szalenie mi się ta praca podobała.

Sztuka jako game changer i ratunek duchowy

Czyli sztuka może czyjeś życie zmienić?

Sztuka jest game changerem, nie w polityce, nie w losach państw. Ale przecież ludzie wymyślili sztukę, żeby poszerzać swoją przestrzeń bytu na ziemi, który jest krótki i wcale nie taki radosny, bo z wizją niechybnej śmierci.

A sztuka jest kwestią wiary. Trzeba jej trochę zawierzyć, choć można się przy tym i sparzyć, bo dużo jest sztuki marnej. Natomiast znajdują się w niej przestrzenie genialne. Najkrócej: podobnie jak poezja jest ratunkiem duchowym.

Kiedy zachorowała twoja żona, ratowałeś ją, czytając poezję?

Karolinę dotknęła utrata zdolności mówienia i rozumienia tego, co się czyta. Rozpad języka, nazwany afazją, jest skutkiem różnego rodzaju doświadczeń, może to być wylew, udar, może to być trauma. Powrót do języka okazał się w przypadku Karoliny łatwiejszy, kiedy ten był konstruowany poetycko, kiedy olśniewał, otwierał przestrzenie wyobraźni. I to zadziałało. Karolina zaczęła na nowo twórczość, która miała początek w rekonstrukcji języka.

Twoja żona w książce „Wołgą przez Afazję” napisała, że była „w strefie przygranicznej, szarej strefie”.

Musiała na nowo zmapować rzeczywistość i użyła metafor postkatastrofalnych. Dziś robi warsztaty, żeby uzmysłowić, na czym afazja polega. Prosi na przykład, żeby wszyscy naraz zaczęli mówić. A potem pyta: „Co usłyszałeś z tego wszystkiego?”. To jest rozpad, który jednocześnie jest zgiełkiem.

Właśnie zakończyła się w Zachęcie wystawa Karoliny Wiktor „Kartografia macierzyństwa”, zbiegła się z 15. urodzinami waszej córki, która urodziła się półtora roku po udarze. Była o stawaniu się matką w procesie rehabilitacji, odzyskiwaniu głosu w świecie, który nie zna twojego alfabetu, a więc zanurzona w doświadczeniu powrotu z afazji.

Pokazuje, jak zmieniło się jej myślenie na temat twórczości. Sięgając do neurobiologii, neurolingwistyki, zajęła się mózgiem i tym, w jaki sposób władze poznawcze organizują nasze myślenie, a także jak poprzez twórczość pomóc ludziom, którzy doświadczyli czegoś podobnego, czyli jak projektować różne rozwiązania dla tych, którzy nie umieją mówić, mają afazję, cierpią na alzheimera, doświadczają niedowładu ciała.

Piotr Rypson o rodzinnej traumie: „Wszyscy tutaj tracili bliskich”

Niedawno zamieściłeś na Facebooku poruszający wpis o rodzinnej historii. Zrozumiałem, skąd tematy, jakie poruszasz w pracy kuratorskiej i twórczej. Kiedy doświadczenia rodzinne zaczęły cię kształtować?

Od dzieciństwa trafiają do nas impulsy, gdzieś się odkładają, niekoniecznie muszą się od razu uruchomić. Biografia mojej rodziny jest dość typowa dla tych ziem. Wszyscy tutaj tracili bliskich. Tworzymy połamane społeczeństwo, o czym pisał Michał Bilewicz w książce „Traumaland”. Też odziedziczyłem wiele traum.

Kiedyś obudziłem się w nocy, bo śniło mi się, że wynoszę z getta mojego przyjaciela Żyda, niosę go wśród zgliszcz, bo on, stary, nie może chodzić. Miałem nawroty dziwnych odczuć. I pewnie nadal te impulsy pracują w mojej pamięci i przedpamięci. Moja mama przeszła przez getto, tata w powstaniu warszawskim był chłopcem z poczty harcerskiej.

Jego ojciec siedział w oflagu, był uczestnikiem wszystkich polskich wojen XX wieku. Był lotnikiem, a na końcu go zamordowali strzałem w tył głowy w mokotowskim więzieniu. Niedawno odwiedziłem Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Byłem tam wcześniej z tatą, w piwnicy, gdzie wykonywano wyroki. Mój ojciec ledwie stamtąd wyszedł, tak mocne dlań było to doświadczenie. Kilka lat pracowałem w Żydowskim Instytucie Historycznym, gdzie zrobiłem kilka wystaw i mogłem dociec pewnych historii rodzinnych, których nie znałem. Uważam siebie przy tym za najprawdziwszego Polaka, ponieważ moja rodzina pochodzi od Galicji po Pomorze, od Wielkopolski po Śląsk.

Kiedy mama opowiedziała swoją historię?

Nigdy jej nie opowiedziała. Coś mówiła zdawkowo, dla niej to było zbyt trudne. Natomiast mam jedno niespełnienie – wyjazd do Rudnika nad Sanem i do jeszcze jednej okolicznej wsi, żeby spróbować odnaleźć potomków ludzi, którzy udzielili schronienia jej i jej bratu bliźniakowi.

Jedyna wojna, jaką widziałeś, to ta w Etiopii?

Moi rodzice pracowali przez kilka lat w Erytrei jako lekarze, na słabym kontrakcie. Komunistyczne władze miały organizację Polservice, która „sprzedawała” specjalistów do krajów Afryki Północnej i Azji, głównie inżynierów. Rodzice trafili do Etiopii, wówczas chyba najbiedniejszego kraju na świecie, z dochodem na mieszkańca na poziomie kilku dolarów. Dla mnie to był czas formujący.

Byłem jedynym białym chłopcem w szkole. Miałem mnóstwo kolegów i przyjaciół, muzułmanów, koptyjskich chrześcijan… Mój najbliższy przyjaciel był Gujańczykiem, byli Hindusi.

Ale w 1974 roku wybuchła wojna domowa, rozgrywka na szachownicy między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR. Etiopia była po II wojnie sferą wpływów amerykańskich. W Asmarze, gdzie mieszkaliśmy, była ogromna amerykańska baza wojskowa, obsługiwała radary kontrolujące część Oceanu Indyjskiego i Morze Czerwone. W którymś momencie Amerykanie zainteresowali się Somalią, a Rosjanie Etiopią, dokonując krwawego przewrotu wojskowego. Skutkował zamordowaniem cesarza i jatką w stylu afrykańskim. Myśmy się znaleźli w epicentrum. Mojemu nieżyjącemu już tacie przypomniały się i powstanie warszawskie, i typowo polskie doświadczenia, w kilku krytycznych sytuacjach umiał się zachować znakomicie, niekiedy bohatersko. Przerobiliśmy stanie w kolejce do pompy po wodę, brak prądu, jedzenia, dość brutalną obecność wojsk rządowych w prowincji. Dokonywały się rozmaite barbarzyństwa. Nie mogliśmy wyjechać, ponieważ rodzice jako lekarze musieli uzyskać specjalną zgodę, której nie dostawali.

A ja, przez kilka miesięcy nie chodząc do szkoły, żyłem na marginesie zdarzeń z przyjaciółmi. Piliśmy wino, paliliśmy jointy, staraliśmy się zapełniać czas między szóstą rano a szóstą wieczorem, kiedy zapadał zmrok i rozpoczynała się godzina policyjna, po której żołnierze strzelali do wszystkiego, co się rusza. Bez pytań, zza węgła. Bo to dziadowskie wojsko bało się partyzantów.

Po powrocie umiałeś się odnaleźć w Polsce?

To była katastrofa. Rok 1975, Polska jeszcze tętniła obietnicami Gierka, ale to była zupełnie inna rzeczywistość. W Afryce ludzie zajmują się życiem rodzinnym, społecznym. Stale się spotykają, razem jedzą, bawią się, coś razem robią. Po powrocie do Polski w ogóle nie wiedziałem, o co chodzi. Miałem gigantyczne luki w edukacji, choć chodziłem do szkoły prowadzonej przez zakonników, ojców kombonianów, byli trochę jak z Felliniego. Uczyli dobrze, jednak bardzo praktycznych rzeczy. W Polsce nauczanie było inne, z mnóstwem rzeczy mało przydatnych. Po przyjeździe właściwie nie znałem polskiej literatury.

Jak sobie wyobrażałeś przyszłość?

Cierpię na ADHD, więc miałem wiele pomysłów, chciałem robić wszystko. Pisać wiersze, malować. Poszedłem na studia archeologiczne, ale jednocześnie zacząłem pracować w Galerii Remont, studenckiej galerii sztuki współczesnej. Było w tym dużo sprzeczności. A moja osobowość wymaga czynu.

Jesteś poszukiwaczem?

Tak, zawsze szukałem tropów, które nie są oczywiste. Zawsze też bardzo frapował mnie los rozmaitych postaci. Ich wkład, często zapomniany. Dlatego zajmowałem się Tadeuszem Peiperem, postacią genialną w polskiej kulturze, Henrykiem Hryniewskim, urodzonym w Gruzji malarzem, architektem, który dokonał dużego wkładu w kulturę gruzińską, został zabity przez NKWD. Interesują mnie takie zapomniane, pominięte wątki. Całe życie staram się je łączyć. Bo tak krok po kroku, nawet robiąc coś małego, można na coś realnie wpłynąć, coś zmienić albo po prostu poszerzyć przestrzeń, jak w sztuce, spróbować spojrzeć za horyzont.

Piotr Rypson, krytyk sztuki, historyk literatury i kultury wizualnej, autor książek, m.in. „Nie gęsi. Polskie projektowanie graficzne 1919-1949”, „Piramidy, słońca, labirynty”, „Książki i strony. Polska książka awangardowa i artystyczna w XX wieku”, „Obraz słowa. Historia poezji wizualnej”, „Czerwony monter. Mieczysław Berman – grafik, który zaprojektował polski komunizm”. Był głównym kuratorem Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie (1990-1996), zastępcą dyrektora i kuratorem Zbiorów Sztuki Nowoczesnej Muzeum Narodowego w Warszawie (2011-2018), jest dyrektorem Departamentu Dziedzictwa Kulturowego w MKiDN.

Remigiusz Grzela, w cyklu swoich rozmów prezentuje osoby, które mają odwagę, znajdują siłę i zmieniają świat. Niedawno ukazała się jego książka „Poszukiwany Franz Kafka”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE