Czasy straszne, ale jaka piękna miłość! Nowy film Macieja Sobieszczańskiego z fenomenalną Marią Dębską to z jednej strony wstrząsający obraz stalinowskiego reżimu, a z drugiej autentycznie wzruszające love story, na które tak długo czekaliśmy.
Scenariusz powstawał 7 lat, prawie tyle samo, co trwało narzeczeństwo głównych bohaterów. Jak przyznaje Maciej Sobieszczański, tyle czasu zajęło mu znalezienie klucza do opowiedzenia tej niewiarygodnej, choć przecież prawdziwej historii. Ostatecznie zdecydował się główną uczestniczką wydarzeń uczynić Wiesławę Pajdak, młodą więźniarkę, która w momencie, gdy traci wszystko, znajduje to, co najważniejsze. Przyjęcie jednostronnej, kobiecej perspektywy, zdecydowanie wyszło filmowi na dobre, i to nie tylko dlatego, że w Wiesię wciela się Marysia Dębska – od zawsze najlepsza w rolach kobiet silnych i temperamentnych, a jednocześnie wewnętrznie złamanych.
(Fot. materiały prasowe)
Takie ustawienie narracji pozwala też nam, widzom, stać się częścią tej ekranowej historii, przenieść się w czasie do realiów późnych lat 40., kiedy człowiek nie wiedział, kto jest jego wrogiem, a kto przyjacielem, a jednocześnie niczego tak nie pragnął, jak komuś zaufać. Przede wszystkim jednak jest to opowieść o miłości – niecodziennej, platonicznej, czystej w swojej intencji. Miłości wolnej od uprzedzeń i założeń, nieomal ślepej – zakochani długo kontaktują się jedynie przez tytułową ścianę, a zanim dojdzie do ich spotkania, minie wspomniane prawie 7 lat.
(Fot. materiały prasowe)
Można powiedzieć, że to takie „Love is blind” w wersji stalinowskiej – porównanie wydaje się ryzykowne, ale prawdopodobnie spodobałoby się realnym odpowiednikom postaci – Wiesławie i Jerzemu Śmiechowskim, którzy swojego czasu opowiadali Ewelinie Karpacz-Oboładze, autorce reportażu radiowego „Literka po literce”, a potem (wspólnie z Angeliką Kuźniak) książki „Krótka historia długiej miłości”, że początkowo byli wobec siebie pełni nieufności, w końcu każde z nich mogło opowiadać drugiemu o sobie, co tylko chciało. Nie mówiąc już o tym, że czasy były takie, że nigdy nie było wiadomo, kto znajduje się po drugiej stronie ściany – może szpieg…
(Fot. materiały prasowe)
Mam problem z pisaniem o tym filmie, bo sama doświadczyłam tego komfortu, że oglądałam go w dość sporej niewiedzy o tym, co za chwilę zobaczę. Sądzę, że po części dlatego zakończyłam seans w łzach, ciszy i wielkim wewnętrznym poruszeniu, jakiego dawno nie dał mi żaden film. Dlatego też uważam, że im mniej jesteście na niego przygotowani, tym lepiej. Nie oglądajcie trailera, który zdradza kluczowe sceny, może nawet przestańcie czytać tę recenzję… Pozwólcie porwać się tej opowieści – świetnie napisanej i wyreżyserowanej przez Macieja Sobieszczańskiego, otulonej sugestywną muzyką autorstwa Mary Komasy i Antoniego Komasy-Łazarkiewicza, ale też pięknie sfotografowanej przez Jolantę Dylewską, z ogromnym wyczuleniem na grę światłem i cieniem, która nawet najbrzydszą rzeczywistość, w jakiej przecież toczy się ta historia, potrafi uczynić poezją. Opowieści zachowującej realia historyczne, a jednocześnie tak aktualnej w świecie toczących się wojen międzypaństwowych i międzyludzkich, w których chyba jeszcze bardziej tęsknimy za prawdziwą, czystą miłością.
(Fot. materiały prasowe)
No i wreszcie obsada aktorska, która jest tu na najwyższym poziomie, po raz kolejny udowadniając, że polscy aktorzy i aktorki to światowa czołówka. Maria Dębska gra tu całą sobą – spojrzeniem, uśmiechem, dotykiem, nawet zmęczeniem widocznym na twarzy. Z kolei Jakubowi Gierszałowi udało się dokonać rzeczy niezwykłej – mimo że przez większość czasu nie widzimy go na ekranie, to przecież wiemy – czujemy, słyszymy jego obecność. Wszyscy jesteśmy Wiesią, która czeka na moment, w którym wreszcie go zobaczy. Scena, w której się to dzieje, jest nieomal mistyczna. Na oklaski zasługują też Arkadiusz Jakubik i Agnieszka Grochowska – pierwszy przejmująco grający ojca Jerzego, druga wcielająca się w postać historyczną, niesławną Krwawą Lunę (właś. Julię Brystiger), posądzaną o okrucieństwo i stosowanie tortur podczas przesłuchań.
(Fot. materiały prasowe)
To wszystko sprawia, że „Przez ścianę” jest bardzo wysoko na mojej prywatnej liście nie tylko najlepszych filmów 51. FPFF, ale też najlepszych filmów roku.
A teraz coś dla tych, którzy wolą jednak poznać szerszy kontekst, zanim wybiorą się na film. Wiesława Pajdak, czyli „Mała” i Jerzy Śmiechowski, „Ju” poznali się i pokochali w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Oboje aresztowano w listopadzie 1947 roku. Ją pod zarzutem próby obalenia ustroju państwa, jego za pomoc w ucieczce z kraju Stefana Korbońskiego, ostatniego delegata rządu na kraj i wiceprezesa PSL. Oboje podczas wojny działali w konspiracji. Ona była łączniczką PPS-WRN, ale to działalność ojca – Antoniego Pajdaka, socjalisty, jednego z przywódców Polskiego Państwa Podziemnego najbardziej drażniła stalinowskie władze. On podczas okupacji był żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych, potem Armii Krajowej.
W momencie aresztowania mieli po 24 lata i nie wiedzieli o swoim istnieniu. Ją osadzono w celi nr 43, jego w 42. Pewnej grudniowej nocy Wiesia zastukała w ścianę sąsiedniej celi, po części z nudów, po części z ciekawości, jak przyznała po latach. Wiesia stukała alfabetem Morse’a, próbowała w ten sposób nawiązać kontakt z osadzonymi w sąsiednich celach, co, choć bardzo ryzykowne, było jedynym, co trzymało ją wtedy przy życiu. On po chwili z drugiej strony odpowiedział tym samym. Tak się zaczęła ich znajomość „na odległość”, która trwała przez kolejne siedem lat.
Ojca Wiesi osadzono na Łubiance, jej matka prawdopodobnie popełniła samobójstwo, wyskakując z okna podczas przesłuchania (o czym córka dowiedziała się dopiero po wyjściu na wolność), za murami więzienia nie miała więc nikogo, na kim mogłaby polegać. Jurek odciął się od świata zewnętrznego, bo też jego bliskimi szantażowano go podczas licznych przesłuchań, bicia i tortur. Potem powie jednak Wiesi, by po wyjściu w więzienia skierowała się do jego ojca, pracującego w zakładach tytoniowych.
Wiesia alfabetu nauczyła się od współwięźniarki, która potem okazała się donosicielką, on szczątkowo pamiętał go jeszcze z harcerstwa, ale z pomocą Wiesi szybko opanował na nowo, po jakimś czasie porozumiewali się już skrótami, niemal telepatycznie. Na wiosnę Ju spytał:
„Nie wiem, kiedy wyjdę, czy w ogóle wyjdę. Ale jeśli, czy zechcesz na mnie poczekać i wyjść za mnie za mąż?”.
Mała zgodziła się.
Po procesie, który odbył się pod koniec 1949, Jurek został skazany na 6 lat. Wiesię zwolniono. Obiecała, że będzie czekać. Kiedy ojciec Jurka pokazał jej zdjęcie syna, powiedziała: „Dokładnie tak go sobie wyobrażałam”. Wiesia do więzienia wróciła w 1950 roku, po tym, jak jej ojca zesłano na Syberię, a ona próbowała się czegoś o nim dowiedzieć. Dostała wyrok: 6 lat, taki sam jak Jurek. Przez ten czas porozumiewali się listownie, przez jego ojca. Ju dopytywał, czy pamięta o złożonej obietnicy, a Mała, nie chcąc tłumaczyć, że myśli o nim każdego dnia i każdej nocy, odpowiadała spokojnie: tak, pamiętam. Kiedy w lutym 1953 roku Ju wyszedł na wolność, rozpoczął starania o pozwolenie na ślub z Małą. Ostatecznie odbył się on w więzieniu w Grudziądzu miesiąc później. To wtedy pierwszy raz się spotkali, dotknęli, pierwszy raz się pocałowali. Za kilka tygodni w ramach amnestii Wisia opuściła celę, dwa lata później z zesłania wrócił jej ojciec. Wiesława i Jerzy przeżyli razem 55 lat, on zmarł w 2008 roku, ona – w 2011 roku.
„Przez ścianę” trafi na ekrany kin w pierwszym kwartale 2027 r. Film bierze udział w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.