Marta Waszkiewicz - Jan Borysewicz miał w życiu jedną zasadę: „Nikt nie będzie mną rządził”. „Mniej obcy” pokazuje, ile kosztowała go ta niezależność
00:00
10:34
Bunt zawsze dobrze wygląda na ekranie – pod warunkiem, że jest szczery i wiarygodny. W przypadku „Mniej obcego” mamy jednak do czynienia z jednym z najbardziej konsekwentnych filmowych buntów ostatnich lat, a zarazem z opowieścią o buncie… w odwrocie. Jan Borysewicz przez całe życie szedł bowiem pod prąd i robił wszystko po swojemu oraz na przekór tym, którzy próbowali go kontrolować. Bunt przez lata był jego siłą i motorem napędowym, ale z czasem przyszło mu za tę niezależność zapłacić wysoką cenę. Inspirowany życiem legendy polskiego rocka film jest jedną z najbardziej wyczekiwanych premier tej jesieni. Pytanie tylko, czy za wielką historią idzie równie mocne kino?
„Mniej obcy” to napędzana muzyką opowieść inspirowana życiem legendy polskiego rocka Jana Borysewicza. Film śledzi więc losy zbuntowanego gitarzysty, którego pierwsze spotkanie z rockiem rozpala obsesyjne pragnienie stworzenia zespołu zdolnego dorównać idolom. Dzięki talentowi i bezkompromisowej determinacji bohater przechodzi drogę od skromnych początków do pozycji lidera jednego z najpopularniejszych zespołów rockowych w kraju, którego piosenki znają całe pokolenia. Sukces przychodzi gwałtownie, ale niesie ze sobą wysoką cenę. Rodzinne tragedie, osobiste upadki, konflikty z władzą i przekraczanie kolejnych granic zaczynają podkopywać zarówno jego osobiste relacje, jak i fundamenty zespołu. Napędzany bezkompromisową potrzebą wolności, bohater musi zmierzyć się z ceną buntu i cienką granicą między twórczą wielkością a autodestrukcją.
(Fot. materiały prasowe)
Film rozpoczyna się od wyznania głównego bohatera, który twierdzi, że najbardziej nienawidzi gdy ktoś próbuje go kontrolować. Ten motyw przewija się w zasadzie przez cały seans. W początkowej scenie widzimy również rozmowę zespołu Lady Pank z przedstawicielami władzy, którym wyraźnie nie podoba się ich numer „Mniej niż zero”, co prowadzi do tego, że smutni mężczyźni w szarych płaszczach wydają młodym rockmanom polecenie, aby zaprzestali grania utworu na swoich koncertach. Borysewicz jednak błyskawicznie reaguje na to negacją: „Przecież to nasz największy hit”.
(Fot. materiały prasowe)
W końcu jednak zgadza się na układ, ale gdy tylko staje na scenie przed rozszalałym tłumem, robi coś dokładnie odwrotnego. Słyszymy więc dobrze wszystkim znane akordy, a publiczność wpada w jeszcze większy szał, który udziela się również widzowi (dopiero siedząc w kinowym fotelu można naprawdę odczuć jak potężny jest ten kawałek).
(Fot. materiały prasowe)
Potem przenosimy się do czasów dzieciństwa i od tego momentu narracja toczy się liniowo jak w klasycznym biopiku. Od początku wszyscy chcieli decydować za niego – komuniści, ojciec, duchowni, a on od początku szedł pod prąd. Nie buntował się tylko przeciwko muzyce, która otaczała go od zawsze – nawet ta, której nie chciał słuchać i która mu się nie podobała. Gdy jednak w końcu trafił na taką, która porwała jego serce, nie było już odwrotu.
(Fot. materiały prasowe)
„Choćby cały świat miał mnie powstrzymać i tak będę grał muzykę, która kocham”; „Będę rockmanem. Będę miał swoją kapelę, będę najlepszy w tym, co robię. Będziemy wszędzie: w radiu i telewizji” – oświadcza. Jedyną osobą, która wierzy w jego słowa, jest matka. Okazuje się więc, że aby spełnić swoje marzenia, wystarczy choćby jeden wspierający rodzic i odpowiedni ludzie spotkani na drodze. Borysewicz szybko staje się bowiem sensacją w branży i zaczyna powoli wspinać się po kolejnych szczeblach kariery.
(Fot. materiały prasowe)
Wtedy następuje jednak nagły zwrot akcji, a sam film nabiera powagi i bardziej dramatycznego wydźwięku (to, co widzimy na ekranie szokuje, szczególnie, jeśli nie znamy tej historii), a u Janka pojawia się jeszcze większy gniew i problemy w życiu osobistym. Do tego koncerty z Budką Suflera w Polsce i zagranicą przestają przynosić satysfakcję i znów wracamy do punktu wyjścia: Borysewicz zawsze chciał stworzyć coś swojego.
(Fot. materiały prasowe)
Pojawienie się na ekranie Jana Panasewicza, gościa z wojskowego chóru, to kolejny zwrot akcji, tym razem jednak bardziej ożywczy. Za chwile widzimy więc pierwszy koncert Lady Pank oraz powolne zatracanie się Borysewicza w rock’n’rollowym stylu życia. Ich kariera płynęła wówczas jak Titanic – wielki, imponujący i pozornie niezatapialny – ale tylko Janek nie widział zbliżającej się góry lodowej. Pierwszym, który zauważył kryzys w zespole był tekściarz Andrzej Mogielnicki. I chociaż próbował on ratować zarówno band, jak i samego lidera grupy, Borysewicz i tak ostatecznie dotknął dna. Życie postanowiło dać mu jednak drugą szansę, i o tym właśnie opowiada ten film. Czy zawsze warto iść pod prąd? Na to pytanie widzowie niech odpowiedzą sobie sami.
(Fot. materiały prasowe)
„Mniej obcy” to zatem naprawdę udana biografia oraz kawał naprawdę angażującego kina rozrywkowego dla fanów polskiej muzyki. Być może nie wyróżnia się na tle gatunkowej konkurencji i innych filmów o muzykach PRL-u, ale z pewnością ma kilka wybitnych momentów. To nie jest również ambitne kino artystyczne, a czysta rozrywka, która spełnia swoją rolę i przy której można się dobrze bawić. Nie ma tu także wielkich zwrotów akcji, są za to humor, lekkość (nawet w tych bardziej dramatycznych scenach) i refleksja, która zostaje z widzem po seansie. Muzyka Borysewicza świetnie współgra natomiast z jego historią i jak ulał pasuje do tego, co dzieje się na ekranie, a dzieje się naprawdę sporo.
(Fot. materiały prasowe)
Warto też wspomnieć o obsadzie. Występujący w roli głównej 23-letni muzyk Mikołaj Bukrewicz to obsadowy strzał w dziesiątkę, bo młody aktor stworzył tu naprawdę sugestywną kreację, która pozwala sądzić, że jeszcze niejednokrotnie o nim usłyszymy. Znakomicie wypadli również aktorzy drugoplanowi, w szczególności Patyk Pietrzak grający Mogielnickiego, Konrad Kąkol występujący jako brat Borysewicza oraz wspaniały Mirosław Tomczuk jako młody Janek, a także jak zawsze genialni Kinga Preis i Ireneusz Czop, którzy zagrali rodziców głównego bohatera. Wrażenie robią tu nawet występy epizodyczne m.in. Macieja Musiałowskiego, Mai Pankiewicz, Doroty Pomykały, co tylko potwierdza jak świetnego doboru aktorów dokonali tutaj twórcy.
(Fot. materiały prasowe)
Sam Borysewicz przedstawiony został natomiast przede wszystkim jako rockman, który gra całym swoim sercem, a całe jego życie wypełnione jest rock’n’rollem i buntem przeciwko systemowi. Widzimy go także jako czułego syna rozdartego między miłością do matki a miłością do sceny; toksycznego partnera, który na wszystkie swoje wybryki ma w zasadzie jedną, dość głupią odpowiedź: „Taki jest rock’n’roll, i tyle” oraz nieobecnego, nieodpowiedzialnego ojca, który nie potrafi do końca wyrażać to, co czuje.
(Fot. materiały prasowe)
Widzimy to chociażby w scenie, w której kilkuletnia córeczka muzyka pyta go, dlaczego córka muzyka z pierwszego związku z nimi nie mieszka. Borysewicz zamiast odpowiedzieć zaczyna jednak grać na gitarze, co najlepiej pokazuje sposób, w jaki artysta komunikuje swoje emocje. Lady Pank ukazany jest natomiast jako zespół do bólu wierny swoim wartościom, ale i swojemu krajowi. To jednak dziwny rodzaj przywiązania, bo jego członkowie Polski z jednej strony szczerze nienawidzą (nic dziwnego, skoro władza uważała ich za „zagrożenie dla porządku publicznego”), a z drugiej kochają ją na tyle, że opierają się nawet karierze w Ameryce, gdzie próbowano namówić ich współpracę pod warunkiem, że zmienią repertuar, tekściarza, producenta i wokalistę, czyli w zasadzie... wyrzekną się samych siebie. Borysewicz jednak konsekwentnie odrzucił tę propozycję.
(Fot. materiały prasowe)
Najciekawszym wątkiem filmu nie jest jedna bunt głównego bohatera oraz jego nawrócenie, ale relacja z matką, która wierzyła w niego do ostatnich chwil. To właśnie jej Jan zawdzięcza sukces, co potwierdza teorię, że za każdym mężczyzną sukcesu stoi kobieta, która w niego wierzy. Dzięki niej złapał za gitarę, wyjechał z Wrocławia i stanął na scenie. Owszem, końcowa scena z zadedykowaną jej piosenką może i wypadła nieco patetyczne, ale pasuje do całej konwencji filmu i sposobu w jaki twórcy opowiadają tę historie. W finale dostajemy również cudowne domknięcie historii z nawiązaniem do początkowej sceny.
(Fot. materiały prasowe)
To jednak nie jedyna ważna relacja w życiu Borysewicza, o czym również dowiadujemy się w finale, chociaż bohater przez cały film daje nam o niej znać, szczególnie wtedy, gdy prowadzi wewnętrzny dialog (a może monolog?) z Bogiem, oskarżając go o całe zło, które spotkało go w życiu. Wszystko wydaje mu również się znakiem od Boga, co także wskazuje, że jest on dla niego dość istotny, jednak tym, kim, a raczej czym, tak naprawdę jest dla bohatera owy Bóg, dowiadujemy się na sam koniec. To dość niespodziewana jak na biografię tak charakternego i idącego pod prąd muzyka klamra, ale właśnie dzięki temu historia ta ma happy end, którego przecież w kinie tak bardzo oczekujemy.
„Mniej obcy” trafi na platformę Netflix 7 października. Film w reżyserii Kristoffera Rusa bierze udział w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.