Wierzą w co innego niż my, mają inne poglądy polityczne, hołdują innym wartościom. Jak mimo to mieć dobrą relację z dorosłymi dziećmi, podpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.
- Dorosłe dzieci zaczynają wierzyć w co innego, inaczej patrzą na świat, czasem mają zupełnie inne poglądy polityczne. Wojciech Eichelberger przekonuje, że nie musi to oznaczać wychowawczej porażki rodziców.
- Co zrobić, gdy różnice dotyczą spraw tak ważnych jak wiara i wartości? Psychoterapeuta radzi zrezygnować z roli „wiedzącego lepiej” i zamiast przekonywać, pytać z ciekawością, słuchać i dopuścić możliwość, że sami możemy się mylić.
- W rozmowie pojawia się też polityka, która potrafi podzielić nawet najbliższych. Eichelberger przypomina: „Dyskutujemy z poglądami, a nie z osobą”.
- Czy zdrowa rodzina powinna wyznawać podobne wartości, czy ważniejsze jest utrzymanie relacji pomimo różnic? Zdaniem eksperta fundamentem powinna być umiejętność szanowania różnorodności.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Alina Gutek: Dorosłe dzieci robią często światopoglądową woltę. Rodzice są tym rozczarowani, mówią: „Źle ich wychowaliśmy”. A warto spojrzeć na to inaczej: może właśnie wcale nie źle ich wychowali, tylko całkiem dobrze, skoro dzieci mają odwagę myśleć po swojemu?
Wojcech Eichelberger: Zdecydowanie tak. To, że dorosłe dzieci włączają krytyczne myślenie o przekonaniach i życiu rodziców, może świadczyć dobrze nie tylko o nich, ale także o ich rodzicach. Widocznie ci ostatni nie stłamsili swoich dzieci aż tak bardzo, by pozbawić zdolności do samodzielnego myślenia.
Zważmy, że młode pokolenie jest lepiej poinformowane, mniej dogmatyczne, a także żywo współuczestniczy w tworzeniu kulturowych preferencji środowiska rówieśniczego.
Bo jeśli młodzi odrzucają na przykład wiarę przodków i odchodzą od Kościoła, to przecież nie robią tego bez powodu czy na złość rodzicom. Kościół dzisiaj nie jest dla nich ani sexy, ani trendy. Dużo czytają na ten temat w internecie, wymieniają się informacjami i łatwo dostrzegają zasmucającą hipokryzję wielu przedstawicieli tej instytucji.
A może trzeba zastanowić się, czy nasze dzieci nie odeszły od wiary, bo byliśmy opresyjni w egzekwowaniu praktykowania?
Tak też może być. A to znaczy, że prawdopodobnie byliśmy wobec Kościoła dogmatycznie bezkrytyczni. Z takimi rodzicami młodzi boją się dyskutować. Bo oni nie potrafią uznać zasadności pytań, krytyki i światopoglądowych wątpliwości. W zamian przy każdej okazji walą w dzieci z grubej rury: bluźnisz, grzeszysz, będziesz się smażył w piekle.
Jak rodzice powinni rozmawiać z dorosłymi dziećmi, które zaczynają głosić i wyznawać inne wartości niż te, w jakich były wychowywane? Unikać tych tematów? Tylko czy unikanie to dobry pomysł?
Jeśli mówimy o dorosłych dzieciach, to lepiej się w to nie wtrącać. Światopogląd jest bowiem sprawą bardzo osobistą i delikatną. Można najwyżej delikatnie zapytać: „Dlaczego?”.
Dorosłe lub dorastające dziecko ma prawo wybrać własny światopogląd. Jak mówiliśmy już wielokrotnie, dziecko po 16. roku życia jest już strzałą wystrzeloną z rodzicielskiego łuku, więc wszelkie nasze przemocowe naciski na zmianę światopoglądu czy systemu wartości dziecka będą spóźnione i przeciwskuteczne.
Młodzi często mają na to prostą i gniewną odpowiedź: „Popatrzcie na siebie! Jak praktykujecie swoją wiarę? Czy jesteście bardziej szczęśliwi z tego powodu albo przynajmniej mniej nieszczęśliwi?”. To bardzo ważne pytania ze strony młodych. Oznaczają, że z ich punktu widzenia nie stanowimy dla nich dobrego wzorca ludzi wiary, że grzeszymy pustosłowiem, hipokryzją i arogancją. Jednak jako rodzice na ogół nie podejmujemy w rozmowach z dziećmi tych trudnych tematów. Widocznie niewiele mamy na swoją obronę.
Ale rodzice często żarliwie wierzą, praktykują, więc cierpią, gdy dorosłe dzieci odchodzą od wiary i tak też wychowują swoje dzieci, a ich wnuki. Chcą o tym rozmawiać.
Moim zdaniem częściej naciskają, domagają się, wymuszają. To nie ma nic wspólnego z rozmową. Rozmowa o charakterze dyskusji czy debaty polega przede wszystkim na tym, że chcemy wysłuchać i zrozumieć naszego rozmówcę. Że traktujemy jego poglądy i wybory z szacunkiem. Zakładamy przy tym, że sami możemy się mylić i że nasze stanowisko, a także ocena stanowiska drugiej strony są z zasady subiektywne – szczególnie na temat wiary i światopoglądu.
Więc stanowczo trzeba zrezygnować z postawy wiedzącego lepiej, pouczającego nauczyciela, pamiętając, że nikt nie może być prorokiem we własnym domu i że rozmowa jest możliwa wtedy, gdy obie strony się na to decydują. W przeciwnym razie zamienia się w pouczanie lub nawet w przesłuchanie.
Problem w tym, że my, rodzice, i w ogóle my, dorośli, niezmiernie rzadko potrafimy tak rozmawiać. Nasze rozmowy i dyskusje to najczęściej bezproduktywne, raniące kłótnie, w których chodzi o to, aby rozjechać i upokorzyć przeciwnika. Te pseudorozmowy są, niestety, poszukiwane, prowokowane i promowane przez niemal wszystkie media, stając się przez to wszechobecnym negatywnym wzorcem. Trudno się więc dziwić, że przestaliśmy zarówno w domach, jak i na publicznych forach, prawdziwie rozmawiać o najważniejszych sprawach. Szczególnie dzieci w obawie przed hejtem i wyśmianiem boją się mówić o swoich wątpliwościach i dylematach, o tym, co czują, co myślą, czego naprawdę potrzebują. Trudno więc oczekiwać, że będą to inicjować. W tej sytuacji rodzice mogą jedynie delikatnie, bez presji wyrazić chęć i gotowość do takiej rozmowy. Jeśli jednak mimo niechęci dzieci rodzice będą do tego wracać i naciskać, to jedynym rezultatem będzie usztywnianie i uskrajnianie pozycji dziecka lub jego całkowite zamknięcie i wycofanie.
Wydaje mi się, że całkowite unikanie tych tematów nie jest zdrowe. Bo przecież różnice światopoglądowe mogą nas czegoś nawzajem uczyć. Może kluczem do rozmowy na temat różnic są pytania zadawane właśnie z ciekawością?
Zgoda. Jeśli rodzicielskie pytania zadawane są z ciekawością, życzliwością i z otwartością, to rozmowa oczywiście jest możliwa. Ale przypuszczam, że to się rzadko zdarza, bo rodzice na ogół są przekonani, że to oni mają rację i że dzieci powinny bezkrytycznie przyjąć ich poglądy.
Na szczęście nasze dzieci potrafią patrzeć na rodziców krytycznie, dostrzegać naszą niekonsekwencję, hipokryzję, zakłamanie. Z czasem stajemy się więc dla nich niewiarygodnymi orędownikami wiary. To wprawdzie bywa bardzo przykre i bolesne dla rodziców, ale mimo to warto głęboko docenić to zjawisko.
Bo właśnie dzięki buntowi dzieci i młodych nie zanika mechanizm zmiany społecznej i światopoglądowej w megaskali. A to daje nadzieję, że nasze dzieci i wnuki kiedyś naprawią ten świat, a także odkryją nową i własną duchowość.
Czyli nie namawiać, nie przekonywać, nie wywierać presji, tylko słuchać. To jednak trudne, bo dla rodziców to, co mówią dorosłe dzieci, to „herezje”. Są często rozdarci – chcą mieć z nimi relację, ale nie mogą znieść różnic światopoglądowych. To dotyczy także polityki. Jak rozmawiać o polityce, jeśli jesteśmy po drugiej stronie barykady?
W wielu rodzinach programowo się na ten temat nie rozmawia. I to wcale nie jest pozbawione sensu. Bo każdy ma prawo głosować na kogo chce, nie musimy się z tego ani zwierzać, ani tłumaczyć. Jeśli rozmowy na ten temat zawsze kończą się awanturą, to lepiej ich nie zaczynać. Winę za to ponoszą osoby publiczne i politycy, którzy nie potrafią rozmawiać ze sobą, nie słuchają siebie nawzajem, nie szukają kompromisów ani też nie inspirują się stanowiskiem opozycji.
Politycy uznali, że muszą sprawiać wrażenie zagorzałych fanatyków liderów swojej partii i ich poglądów, bo to im zapewni sukces w wyborach. Ta niefortunna i w gruncie rzeczy niemądra postawa przenosi się, niestety, na dyskusje polityczne w rodzinach.
W Polsce i na świecie nie ma dyskursu między rządzącymi a opozycją, przegranymi i wygranymi. Jest wzajemna nienawiść, pogarda i niechęć, co prowadzi do groźnej dla pokoju społecznego światopoglądowej polaryzacji.
Jeśli nie potrafimy rozmawiać na poziomie rodziny, którą łączą więzy krwi, to co dopiero mówić o politykach.
Ale my się tego uczymy właśnie od polityków! W tak zwanych – pożal się Boże – debatach politycznych politycy wręcz zieją nienawiścią i plują na siebie nawzajem. A ponieważ prowadzący programy polityczne są tym zachwyceni, bo rośnie klikalność i oglądalność, to ludzie uważają, że na tym polega dyskusja polityczna i światopoglądowa. Kogo wtedy wybieramy? Wygadanego pseudowojownika, który celnie i chętnie obraża przeciwników. Trudno się więc dziwić, że podobne pseudorozmowy odbywają się w rodzinach, a także w szkołach i w mediach społecznościowych. W tej sprawie powiedzenie, że ryba psuje się od głowy, okazuje się bardzo trafne.
Dlatego trzeba zacząć od nauki debatowania i dyskutowania już na poziomie wyższych klas szkoły podstawowej. Wspaniałą lekcją jest uczestniczenie w tak zwanych debatach oksfordzkich, które polegają na tym, że przyjmujemy stanowisko drugiej strony i w dobrej wierze robimy wszystko, żeby je obronić.
Warto z reguł takiej debaty skorzystać także w dyskusjach światopoglądowych. W takiej rozmowie zamieniamy się rolami i prowadzimy debatę w taki sposób, że dziecko broni katolicyzmu, a rodzic broni ateizmu. Trzeba się do tego dobrze przygotować, ale warto. Bo to wspaniałe ćwiczenie, które pozwala zobaczyć, że po obu stronach jest wiele słusznych rozwiązań, ważnej wrażliwości, którą można uwzględnić i zasymilować.
Często w wygłaszanych przez jedną i drugą stronę polemikach światopoglądowych pada zdanie: „Nie mogę tego słuchać”. A bez słuchania ani rusz.
To prawda. Podstawową kompetencją w relacjach międzyludzkich jest umiejętność słuchania ze zrozumieniem, szacunkiem i nieprzerywania mówiącemu. Ale dyscyplina sprawiedliwego podziału czasu wypowiedzi jest tutaj bardzo ważna. Tymczasem patrząc na awantury polityków i innych dogmatyków w mediach, uczymy się czegoś kompletnie innego – że rozmowa polega na tym, że ludzie się nie słuchają, nie odnoszą się do argumentów partnera w rozmowie, przerywają sobie co chwila, mówią swoje, nie zważając na nic, czasami jednocześnie, próbując siebie nawzajem zagłuszać.
Nie umiemy słuchać, ale też do siebie nawzajem mówić. Padają wyzwiska, inwektywy.
Tak zwane argumenty ad personam, czyli w istocie obrażanie ludzi na zasadzie „nie masz racji, bo jesteś brzydki, obcy, niewykształcony, młody, stary” itp., są niemądre i niedopuszczalne, świadczą o tym, że obrażający nie ma rzeczowych argumentów i jest bezradny.
Nie zapominajmy, że jesteśmy z zasady subiektywni. Używajmy więc często w naszej narracji zwrotów takich jak: „moim zdaniem”, „według mnie”, „sądzę, że” itp. Pamiętajmy też o tym, że dyskutujemy z poglądami, a nie z osobą. Poglądy nie są osobą, która je kiedyś nabyła i teraz w nie wierzy.
Nasze poglądy na świat i na życie w miarę nabywania przez nas różnorakich doświadczeń z czasem się zmieniają. Możemy też sami je zmieniać, wystawiając je na próby poprzez konfrontowanie ich z poglądami innych ludzi w uczciwych dyskusjach i debatach. Tak więc jako rodzice powinniśmy brać pod uwagę niemożliwą z pozoru możliwość zmiany naszych poglądów pod wpływem argumentacji naszych zbuntowanych dzieci. Pamiętajmy też, że poglądów innych ludzi nie sposób zmienić szantażem ani przemocą. Szantaż i przemoc tylko je usztywnią i zradykalizują.
A jeżeli w dyskusji rodzice czy dzieci mówią nieprawdę, przytaczają fake newsy? Reagować?
Oczywiście, że tak. Ale koniecznie powstrzymać się od dewaluowania i obrażania rozmówcy. Aby zdemaskować jakąś manipulację czy nieprawdę, trzeba mieć mocne dowody i argumenty. Bo największym zagrożeniem dla twórczych debat i dyskusji zarówno światopoglądowych, jak i naukowych jest dogmatyzm, inaczej zwany „ślepą wiarą”. Wtedy po prostu wierzymy w coś, czego ani nie rozumiemy, ani nie doświadczyliśmy. Wierzymy tylko dlatego, że pochodzi ze źródła, któremu z jakichś powodów bezgranicznie ufamy. Wtedy jedynym sposobem na zmianę takiego dogmatycznego poglądu jest podważenie rzetelności źródła – co jednak jest zadaniem delikatnym, trudnym, wymagającym świetnego merytorycznego przygotowania i czasu.
Bo jak to zgrabnie ujął Mark Twain „ludzi jest bardzo łatwo oszukać, lecz bardzo trudno jest ich przekonać, że zostali oszukani”. Co więcej, ci najbardziej oszukani chętnie stają się zagorzałymi propagatorami nieprawdy. Wiedzą o tym dobrze szczególnie psychoterapeuci.
W każdym razie jeśli w dyskusji spotka się dwoje dogmatyków, to nie będzie żadnej konstruktywnej rozmowy. W najlepszym razie jedynie żałosna kłótnia zwana odsądzaniem się od czci i wiary. To w kontekście prowadzenia dyskusji światopoglądowych z dziećmi stawia nas, rodziców, przed arcytrudnym zadaniem, jakim jest zdiagnozowanie siebie co do stopnia dogmatyczności naszych poglądów.
Rodzice głęboko wierzący po prostu przekazują swoim dzieciom to, co przekazali im ich rodzice.
Jeśli jest to bezduszny, rodzinny rytuał, a jedynym argumentem za przyjęciem naszej wiary przez dziecko jest to, że dziadowie i pradziadowie tak wierzyli – to dla współczesnych dzieci dużo za mało. Bo jest to propozycja wiary w imię konformizmu, w imię dostosowania się do najbliższego otoczenia, a nie w imię odnalezienia swojej prawdziwej tożsamości poprzez relację z tym, co nazywane jest Bogiem. Lepiej wtedy pozwolić dzieciom szukać dalej na własną rękę.
Czy zdrowa rodzina polega na tym, żeby wyznawać podobne wartości i poglądy, czy mieć relację pomimo różnic?
Oczywiście, że to drugie. Budujmy więc w rodzinach relacje oparte na szacunku dla różnorodności światopoglądów, płci, wyglądu, koloru skóry, talentów, ograniczeń i życiowych wyborów. W dzisiejszym coraz bardziej zróżnicowanym i podzielonym świecie jest to warunek konieczny do przetrwania instytucji rodziny jako takiej. W przeciwnym razie bowiem coraz więcej młodych będzie uciekać ze swoich pierwotnych, opresyjnych rodzin i z niechęcią myśleć o zakładaniu własnych. Przypuszczam, że jest to istotny czynnik wpływający na coraz częstsze decydowanie się młodych na życie bez rodziny.
Więc nie tylko dla dobra własnej rodziny, ale dla dobra całej ludzkiej społeczności szanujmy różnorodność. Bo to przede wszystkim w rodzinach kształtują się postawy i przekonania przyszłych obywateli świata, którzy będą w stanie różnorodność cenić i korzystać z obfitości, którą ze sobą przynosi.
To przecież prosta analogia do oczywistych zalet różnorodności w przyrodzie. Niestety w obecnych czasach troska o różnorodność i jej docenianie wydają się zanikać nie tylko w rodzinach i w ochronie przyrody, lecz także w życiu społeczno-politycznym w skali świata, na co wskazują budzące się na nowo demony totalitaryzmu, szowinizmu i rasizmu.
Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca Instytutu Psychoimmunologii (ipsi.pl) oraz portalu PositiveLife (positivelife.pl).