Dominika Tworek - Dlaczego im bardziej jesteś „sobą”, tym bardziej przypominasz innych? O złudzeniu „autentyczności”
00:00
13:22
Od znanego w tradycji filozoficznej od dawien dawna „samopoznania” współczesna kultura woli „autentyczność”. Różnica nie tylko w słowach, lecz także w tym, że podczas gdy pierwsze skłania do wysiłku i każe mierzyć się z egzystencjalną niepewnością, drugie promuje poczucie komfortu i spełnienie emocjonalne. O wynikających z tego konsekwencjach dla naszej tożsamości pisze amerykański psychoterapeuta i historyk idei prof. Philip Cushman.
- Współcześnie często słyszymy o poszukiwaniu „własnego ja”, „autentyczności”, „życiu zgodnie ze sobą”. Czy za tymi określeniami nie kryje się jednak konstrukt kulturowy?
- Amerykański psychoterapeuta Philip Cushman zauważa, że ludzka tożsamość kształtuje się pod wpływem kultury, środowiska, w którym dorastamy, historii, polityki.
- Jak pisze w tekście o Cushmanie Dominika Tworek: »W swoim eseju badacz nazywa współczesne „ja” pustym – ale nie w sensie emocjonalnego niedoboru, lecz rezultatu głębokiej przemiany kulturowej: rozpadu wspólnot, zaniku tradycji i dominacji indywidualizmu«.
- W dobie mediów społecznościowych „autentyczność” stała się walutą wiarygodności, choć często oglądamy w nich starannie wyreżyserowany spektakl „normalności”.
- Czym w takim razie jest prawdziwa autentyczność? Może gotowością do uznania własnej niejednoznaczności i odrzucenia masek? – pyta autorka tekstu.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 03/2026.
Dziś mówimy o „autentycznych emocjach”, „autentycznych relacjach”, „prawdziwym ja” czy „życiu w zgodzie ze sobą” – jakby gdzieś głęboko kryła się bardziej prawdziwa wersja nas samych, do której wystarczy sięgnąć, by wszystko nabrało sensu. Tak rozumiana autentyczność zakłada istnienie jakiegoś pierwotnego rdzenia tożsamości: trwałego, spójnego, wolnego od wpływów społecznych. Kluczowe jest jednak pytanie: czy nie jest ona jedynie konstruktem kulturowym? A jeżeli tak – co jeśli rzekoma „głębia” została nam podsunięta przez tę samą kulturę, która uprzednio nas z niej ogołociła?
W pewnym sensie odpowiedzi udzielił już w latach 90. XX wieku prof. Philip Cushman – amerykański psychoterapeuta i historyk idei. W eseju „Why the Self Is Empty. Toward a Historically Situated Psychology” przekonywał, że „ja” wcale nie jest odrębną, samowystarczalną jednostką – bytem niezmiennym i ponadczasowym. Wręcz przeciwnie, nasza tożsamość kształtuje się zawsze pod wpływem historii, społeczeństwa, gospodarki i polityki.
Badanie człowieka nie polega więc – jak pisał – na „czytaniu” ludzi jak książek. Raczej przypomina stanie za nimi i lekturę – przez ich ramię – tekstu kulturowego, który oni sami czytają.
Wszystkie teorie psychologiczne dotyczące „ja” są zatem według autora eseju wytworami kultury i jako takie powinny być analizowane. Cushmanowi bliskie jest podejście konstruktywistyczne, które głosi, że ludzie nie mają żadnej uniwersalnej „natury ludzkiej”. Człowiek jest zawsze osadzony w kulturze, która mówi mu, co należy myśleć i robić, a czego unikać. Przekonanie, że istniejemy poza kulturą, prowadzi nas więc społecznie na manowce.
Jeżeli my również założymy, że nasza tożsamość nie istnieje w oderwaniu, a kształtuje się zawsze w kontekście społecznym, to próba bycia „sobą” – jeśli nie jest tylko performatywnym gestem – może się okazać złudzeniem. Będzie nie tyle powrotem do „prawdziwego ja”, ile raczej formą lojalności wobec narracji, którą uznajemy za własną. Być może to, co uznajemy za „prawdę o sobie”, to po prostu fragment kultury, który najlepiej do nas przylega.
W swoim eseju badacz nazywa współczesne „ja” pustym – ale nie w sensie emocjonalnego niedoboru, lecz rezultatu głębokiej przemiany kulturowej: rozpadu wspólnot, zaniku tradycji i dominacji indywidualizmu.
Ta pustka przeżywana jest wewnętrznie jako niskie poczucie własnej wartości czy brak osobistych przekonań i ujawnia się w postaci chronicznego, trudnego do uchwycenia głodu emocjonalnego. W odpowiedzi na ten stan „ja” nieświadomie próbuje się napełniać: nabywać i konsumować. Możemy tu wymienić chociażby kupowanie coraz to nowych rzeczy, przyjmowanie substancji psychoaktywnych, poszukiwanie duchowych guru (w tym psychoterapeutów) czy wikłanie się w rozliczne romanse.
Philip Cushman nie nas obwinia o ten stan rzeczy. Przeciwnie, tłumaczy, że to kapitalistyczna gospodarka – oparta na ciągłej rotacji zbędnych i szybko starzejących się produktów – potrzebuje ludzi, którzy będą odczuwać chroniczny niedosyt – i szukać jego zaspokojenia na rynku. W związku z czym w konsumpcyjnym społeczeństwie zakorzeniła się nowa etyka, którą nazywa terapeutyczną.
O ile jeszcze 100 lat temu dominował etos samokontroli i powściągania własnych popędów, o tyle dziś na pierwszy plan wysuwają się ekspresja siebie, emocjonalne spełnienie oraz nieustanny rozwój osobisty.
Ta etyka była kształtowana i wzmacniana od dekad: przez reklamy, poradniki czy wypowiedzi terapeutów, którzy przekonywali, że dostęp do szczęścia i poczucia spełnienia zapewnia określony styl życia – oparty na ciągłym samodoskonaleniu.
Dziś autentyczność coraz częściej utożsamiana jest właśnie z rozwojem osobistym: dążeniem do bycia w pełni sobą, życia w zgodzie z własnymi wartościami i realizowania swojego potencjału. Stała się wręcz projektem tożsamościowym – czymś, co należy wypracować i stale udoskonalać. Jest tutaj jednak pewien paradoks: jeśli autentyczność to coś, co można osiągnąć – to wcale nie jest nam dana. A jeśli nie jest dana, lecz tworzona – na jakiej podstawie uznajemy ją za „prawdziwą”? Czy „lepsza wersja siebie” to jeszcze autentyczność, czy już autokreacja?
Kiedy autentyczność staje się celem, przestaje być odruchowym doświadczeniem. To „prawdziwe ja” wcale nie wyłania się w spontanicznym akcie – ono ma być efektem rozwojowego, dobrze zaprojektowanego procesu. Wtedy autentyczność przestaje być wartością samą w sobie, a zaczyna funkcjonować jak towar: coś, co można wyprodukować, wypromować i sprzedać.
Bycie „sobą” zostało wpisane w rynkową logikę produktywności i widzialności: „autentyczne” emocje muszą być komunikowalne, styl życia – rozpoznawalny, a „prawdziwe ja” – odpowiednio sformatowane. Rynek nie tylko oferuje narzędzia, które mają pomóc w dotarciu do „głębi siebie” (terapie, kursy rozwoju, literaturę motywacyjną), lecz także wyznacza standardy tego, jak ta „głębia” powinna wyglądać.
W tym sensie autentyczność może być postrzegana jako nowa wersja dawnego ideału doskonałości – tyle że nieodwołującego się już do porządków religijnych czy społecznych, lecz do wnętrza samego człowieka. Choć język się zmienił, presja pozostała wciąż ta sama: bądź sobą, ale takim sobą, jakiego można zaakceptować i pokazać.
Wystarczy przejrzeć kilka losowych wpisów na Instagramie. Znajdziemy tam wezwania do: „pokochania siebie”, „życia w zgodzie z wewnętrzną prawdą”, „odkrycia tego, kim naprawdę jesteś”. Ten przekaz opiera się de facto na schematach marketingowych: obietnica głębi zostaje opakowana w estetykę dostępności i natychmiastowego efektu. Mamy tu do czynienia z językiem miękkich poleceń: „pozwól sobie być sobą”, „odpuść to, co ci nie służy”, „zaufaj intuicji”. Hasła te, choć brzmią łagodnie, narzucają określony typ „właściwego” bycia sobą, który należy osiągnąć.
Tym samym autentyczność stała się nową walutą wiarygodności i wpływu. Dziś nawet najbardziej intymne przeżycia podlegają formatowaniu, by mogły zostać „sprzedane” – metaforycznie lub dosłownie. Influencerzy nie tylko dzielą się codziennością – przekształcają ją w starannie wyreżyserowany spektakl „normalności”, który musi być jednocześnie naturalny i estetyczny, spontaniczny i kontrolowany, intymny, lecz idealnie opakowany.
Główną funkcją coraz popularniejszych formatów „bez makijażu” czy „szczerych wyznań” rzadko kiedy jest czysta ekspresja. Zazwyczaj stanowią one narzędzie budowania osobistej marki i wzmacniania lojalności odbiorców.
Podobnie działają kampanie reklamowe, w których marki nie oferują już tylko produktów, lecz emocje, wartości i tożsamości. Zachęcają: „bądź sobą”, „zaufaj sobie”, „żyj autentycznie” – pod warunkiem że uczynisz to w sposób rynkowo akceptowalny i z odpowiednim produktem w ręku. Można odnieść wrażenie, że w tej rynkowej logice wcale nie chodzi o to, aby rzeczywiście być sobą – ale by przekonująco wyglądać na kogoś, kto „jest sobą”. Sęk w tym, że im bardziej „jesteśmy sobą”, tym bardziej przypominamy innych, którzy „są sobą” w ten sam sposób. Kultura, przekonując o naszej wyjątkowości, wtłacza nas non stop w te same formy. Unifikuje i tworzy seryjne tożsamości.
„Autentyczność” okazuje się więc nie tyle ucieczką od pustki, o której pisał Cushman, ile jej elegancką, lecz równie powierzchowną kompensacją. Zamiast odpowiadać na nasze zagubienie – staje się częścią systemu, który nieustannie je produkuje. Bo czy naprawdę możemy tu mówić o wyzwoleniu? Czy raczej o samozarządzaniu, rozumianym jako forma uległości, w której sami dbamy o to, by spełniać społeczne oczekiwania, podając je jako własne pragnienia? Czyż nie działa to tym skuteczniej, im bardziej wydaje się dobrowolne?
Oczywiście, można powiedzieć, że nie ma nic złego w tym, by żyć według reguł podsuwanych przez kulturę. Choć tak rozumiana autentyczność może mieć jedną groźną właściwość: służyć egocentryzmowi – stanowić pretekst do scenicznego eksponowania siebie, niezależnie od kontekstu czy obecności drugiego człowieka. A wtedy staje się narzędziem emocjonalnej dominacji. Mówienie o „prawdzie o sobie” zyskuje wymiar absolutu, który ma prawo zdominować każdą relację.
W imię bycia sobą można ignorować drugiego człowieka, unieważniać jego przeżycia lub usprawiedliwiać własną agresję. Z tej perspektywy „autentyczność” przestaje być wartością – staje się formą przemocy.
Czy istnieje jakaś przestrzeń dla autentyczności poza tymi mechanizmami?
Warto dostrzec różnicę pomiędzy samopoznaniem w sensie filozoficznym a tym, co współczesna kultura nazywa autentycznością. Dla tradycji filozoficznej poznanie siebie było zadaniem wymagającym wysiłku i odwagi do konfrontacji z własnym lękiem, wewnętrzną sprzecznością czy ludzką skończonością. Słowem, aktem zanurzenia się w egzystencjalną niepewność. Czy współczesna „autentyczność” zakłada w ogóle ryzyko psychicznej ambiwalencji? Bierze pod uwagę fakt, że człowiek jest pełen wewnętrznych konfliktów? Wydaje się, że w jej popularnym wydaniu wcale nie chodzi o dramatyczną relację z samym sobą, ale o to, by czuć się lepiej we własnej skórze. W tym sensie jest to raczej proces kosmetyczny niż egzystencjalny.
A może prawdziwa autentyczność to raczej gotowość do uznania własnej niejednoznaczności i odrzucenia wygodnych masek? Również tych, które na co dzień nosimy w imię „bycia sobą”. Co gdyby przyjąć, że autentyczność jest nieunikniona? Że każda nasza decyzja, gest, słowo – choćby udawanie – są wyrazem naszego „ja”? Bo nawet gdy gramy rolę, robimy to przecież „po swojemu”.
O ile łatwiej byłoby nam wtedy zaakceptować własne pęknięcia. Nie jako dowód braku autentyczności, lecz nieusuwalny element bycia człowiekiem. Może prawdziwym wyzwaniem dzisiejszych czasów wcale nie jest „stać się sobą”, lecz zobaczyć, że od dawna sobą jesteśmy?