1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psycholożka: te 3 momenty w życiu kobiety są przełomowe. Kiedy kończy się stary scenariusz i pora obrać nową drogę?

Psycholożka: te 3 momenty w życiu kobiety są przełomowe. Kiedy kończy się stary scenariusz i pora obrać nową drogę?

(Fot. Lori Andrews/Getty Images)
(Fot. Lori Andrews/Getty Images)
Długo gonimy zajęte tysiącem pilnych spraw do załatwienia, a potem przychodzi taki dzień, kiedy nagle się zatrzymujemy. Mimowolny zwrot głowy w tył, szybka analiza ostatnich kilku lat i pytanie: Czy chcę tak dalej? O życiowych bilansach, które robi każda kobieta, choć rzadko która to planuje – na podstawie obserwacji ze swojego gabinetu pisze psycholożka Ewa Klepacka-Gryz.

Spis treści:

  1. „Nie wiem, czego chcę”. O kryzysie tożsamości po 30.
  2. Wypalenie emocjonalne kobiet po 40. „Koniec scenariusza: najpierw inni, potem ja”
  3. Kobieta po 50. Co sny mówią o lęku przed utratą siebie?

Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 04/2026.

Rozwój kobiety przebiega od wchodzenia w kolejne role narzucone przez społeczeństwo, poprzez zwątpienia, kryzysy i próby buntu, aż do pragnienia odrzucenia wszystkich ról i powrotu do kontaktu z własnym brzuchem, który jest symbolem autentyczności, tożsamości. Przewodnikiem w tym rozwoju jest intuicja, która komunikuje się językiem snów. Każdy znaczący sen sprawia, że kobieta zatrzymuje się, zaczyna zadawać sobie ważne, egzystencjalne pytania.

Te symboliczne zatrzymania zwykle dzieją się tuż po urodzinach. To najlepszy czas na życiowy bilans. Pojawia się refleksja, że to, co działało do tej pory, już nie działa. I co teraz? Ile razy można zaczynać wszystko od początku?

„Nie wiem, czego chcę”. O kryzysie tożsamości po 30.

– Tydzień po 30. urodzinach miałam sen – opowiada Ania. – Byłam pianistką, wygrałam konkurs chopinowski. Ludzie na widowni wstają, zaczynają bić brawo. Zatykam uszy, bo dźwięk braw jest przytłaczający. Nie potrafię nazwać tego, co czuję. Zaczynam płakać.

Widzę, że Ania jest poruszona. Czuję, że z trudem hamuje łzy. Mam wrażenie, że po raz pierwszy zdała sobie sprawę z tego, w którym miejscu jest w życiu.

– Chcesz opowiedzieć o sobie czy porozmawiamy o twoim śnie? – proponuję. – Chyba żaden mój sen wcześniej nie był tak mocny i tak bardzo mnie nie poruszył. Wydawało mi się, że nie wierzę w sny. Przyszłam do ciebie, bo dostałam propozycję awansu. Bardzo się ucieszyłam… – Były owacje na stojąco? – No właśnie, a zaraz potem tysiące przytłaczających myśli. Nie zdawałam sobie sprawy, że ten sen jest taki prawdziwy – mówi Ania z półuśmiechem.

Zaczynamy rozmawiać o symbolice snu. Konkurs chopinowski to jeden z najbardziej elitarnych konkursów muzycznych na świecie. Ale może być też symbolem rygoru, żelaznej dyscypliny, lat ćwiczeń, konieczności wyrzeczeń, rezygnacji z innych sfer życia.

– Przypomina mi się koleżanka z podstawówki, która grała na skrzypcach – zaczyna Ania. – Kiedy my biegaliśmy po dworze, ona musiała ćwiczyć. Pamiętam, że kiedyś zapytałam ją, czy chce zostać skrzypaczką. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i odpowiedziała, że to całe jej życie. Po latach dowiedziałam się, że złamała rękę na nartach i musiała zrezygnować z gry, a była na szczycie kariery. Było mi jej żal, ale nasza wspólna znajoma powiedziała mi, że to rodzice zmuszali ją do grania, a ona tak naprawdę wolała narty. – Może więc granie wcale nie było jej całym życiem? – pytam ostrożnie. – Tak jak mój awans? Wydaje mi się, że bardziej chodzi o lęk, że na niego nie zasługuję.

Około trzydziestki często po raz pierwszy zaczynamy zastanawiać się nad rolami, które odgrywamy w życiu.

Niektóre z nas są w tym wieku młodymi żonami albo zaczynają mieszkać z partnerem, inne rodzą dziecko albo doświadczają zewnętrznego przymusu, że to już najwyższa pora zostać matką. Jeszcze inne odnoszą znaczące sukcesy zawodowe.

I kiedy pozornie wydaje się, że świat stoi otworem, wszystko układa się po naszej myśli, sukces jest na wyciągnięcie dłoni, inni ludzie dopingują: dalej, jeszcze odrobina wysiłku, już prawie to masz – przydarza się zatrzymanie. Czasami jest to jakaś nagła dolegliwość somatyczna, innym razem podpowiedź intuicji. Może też pojawiać się zwątpienie: czy ja dam radę? Albo dewaluacja: czy naprawdę mi na tym tak bardzo zależy i czy w ogóle jestem tego godna?

Z moich doświadczeń gabinetowych wynika, że najczęściej w takich chwilach odzywa się ciało. Wiele trzydziestolatek trafia do mnie z rozpoznaniem tężyczki, hashimoto, nerwicy lękowej czy innej „choroby ze stresu”. Niestety, w tak młodym wieku nie potrafimy słuchać swojego ciała i symptomy wydają nam się jedynie przeszkodą na drodze do sukcesu.

– Łatwiej jest stwierdzić, że nie zasługujesz na awans, że nie dasz rady, niż zastanowić się, że może ten awans w tym momencie nie jest dla ciebie tak ważny? – Że praca nie jest całym moim życiem? A jeśli nawet, to co nim jest? Wszyscy moi znajomi robią karierę zawodową, może z wyjątkiem tych, którzy od zawsze byli freakami i od matury włóczą się po świecie.

Proponuję Ani, żeby stanęła na środku pokoju i wyobraziła sobie, że stoi na podium, na pierwszym miejscu. – Wygrałaś, czujesz to? – Nie. – Co czujesz w ciele, stojąc w tym miejscu? – Chce mi się płakać. – Pozwalasz sobie na to? – Nie. Wstydzę się. – Czego się wstydzisz? – Tego, że ludzie pomyślą, że jestem wariatką. – Bo nie cieszysz się ze zwycięstwa? – Bo nie wiem, czego chcę.

„Nie wiem czego chcę, ale to, co mam w tej chwili, nie do końca jest moje”– to sedno bilansu trzydziestolatki.

Po raz pierwszy tak wyraźnie zaczyna pękać identyfikacja z rolami przydzielonymi przez otoczenie. Sukcesy w tym wieku są często realizacją społecznego scenariusza i porażką na drodze samorealizacji. Intuicja szepcze: „Nie bierz tego. To nie twoje”. A świat reaguje: „To co w takim razie jest twoje?”. W tym wieku powodzenie zawodowe nie wystarcza jako źródło tożsamości. Ciało wie o tym wcześniej niż głowa. Płacz często oznacza wewnętrzne przebudzenie, w którym „nie wiem” jest pierwszym ważnym krokiem.

Na zakończenie sesji proszę, żeby Ania, nadal stojąc na podium, zaprosiła z widowni kogoś, komu ufa. Kiedy jest gotowa, pytam: – Co chciałabyś usłyszeć od tej osoby? – Masz prawo płakać. Masz prawo nie wiedzieć.

Powtarzam za nią i do niej te dwa zdania. Czuję, że na dziś to wystarczy.

Wypalenie emocjonalne kobiet po 40. „Koniec scenariusza: najpierw inni, potem ja”

– Już nie pamiętam, kiedy mi się ostatnio coś śniło, ale ten sen mnie przestraszył – opowiada 40-letnia Małgosia. – Od dawna czekam na jakąś ważną przesyłkę. Już nie pamiętam co w niej jest, ale wiem, że to najważniejsza przesyłka w moim życiu. Za każdym razem, kiedy próbuję ją otworzyć, coś mi przeszkadza. Wreszcie przychodzi moment, kiedy załatwiłam już wszystkie ważne sprawy i mam chwilę dla siebie. Otwieram paczkę, a w środku… jest pusto.

W ujęciu jungowskim to sen środka życia. Opowieść o sensie życia i konfrontacji z archetypową pustką. Paczka we śnie często oznacza coś, co ma przyjść z zewnętrznego świata. Z długo oczekiwaną przesyłką wiążą się: obietnica spełnienia, rozwiązanie czegoś trudnego, nagroda za wysiłek. Małgosia nie pamięta, co jest w przesyłce, ale wie, że to coś niesamowicie istotnego.

Kiedy pytam, co zwykle czuje, kiedy nie może zająć się czymś ważnym dla siebie, bo ciągle coś albo ktoś jej przeszkadza, Małgosia uśmiecha się, ale na jej twarzy widzę żal i trochę złości. – Bardziej mam tu na myśli potrzeby, a nie przyjemności. Twoje potrzeby kontra potrzeby innych – dodaję. – Ci inni to moje dzieci, co prawda nastolatki, ale też nieustannie czegoś chcą. To moja chora matka, zapracowany mąż, przyjaciółka, która się rozwodzi… – Stop. Słyszę, że cały świat jest na twojej głowie, a twoje potrzeby, a już na pewno przyjemności, spokojnie mogą poczekać choćby w nieskończoność – mówię i sama czuję złość, bo doskonale pamiętam ten etap życia u siebie. Mówię jej o tym.

– Czy w twoich przesyłkach też niczego nie było, kiedy wreszcie miałaś czas do nich zajrzeć? – pyta mnie. – Nie, w moich przesyłkach było mnóstwo rzeczy, które wcale nie koiły mojej wściekłości na siebie samą, że wypełniam wszystkie superważne obowiązki i powinności, łudząc się, że zawartość paczki mi to wszystko wynagrodzi. Pustka w twojej paczce nie jest wcale „niczym”.

Jungowskie znaczenie pustki to rozpad starej identyfikacji, koniec projekcji, moment śmierci fałszywego sensu, początek prawdziwej indywiduacji. To konfrontacja z odkryciem, że to, na co czekałaś, nie przyjdzie.

Dzieci doskonale poradzą sobie bez ciebie, mąż, przyjaciółka, chora matka i cała reszta chętnie wezmą od ciebie to, co im dajesz, często kosztem siebie, ale niekoniecznie oddadzą tyle samo i akurat wtedy, kiedy będziesz potrzebować.

Czterdziestka to dla wielu z nas koniec scenariusza pod tytułem: „Najpierw inni, potem ja”. Tylko trudno jest się z tym pogodzić, dopóki nie powstanie nowy. A ten rodzi się powoli, z wnętrza, z miejsca autentyczności. Sny doskonale prowadzą nas na tym polu.

– Twoja paczka jest pusta, bo to, co ważne, nie przyjdzie z zewnątrz. Ty masz już w sobie wszystko, czego potrzebujesz. Teraz musisz znaleźć czas, żeby rozpakować swoją wewnętrzną przesyłkę – zachęcam Małgosię.

W opiekowaniu się całym światem kosztem siebie i stawianiu własnych potrzeb na ostatnim miejscu w tym łańcuszku osób do zaopiekowania najbardziej szkodliwe jest poczucie niesprawiedliwości. „Nie potrafię odmówić, wiem, że powinnam to dla niej zrobić, przecież nie zostawię jej z tym samej”, a w głębi serca: „Dłużej już tego nie wytrzymam, ona by tego dla mnie nie zrobiła, co jeszcze spadnie na moje barki”. Takie myśli i przekonania powodują wewnętrzne rozdarcie i impas: „Cokolwiek zrobię, i tak ktoś będzie się czuł pokrzywdzony”. Ktoś – to znaczy albo inni, albo ty. Kto jest dla ciebie ważniejszy?

Proponuję Małgosi, żebyśmy odegrały scenki, w których odbiera swoją przesyłkę w różnych momentach: tuż po jej otrzymaniu, po kilku godzinach, w ciągu których była zajęta innymi, następnego dnia. Okazuje się, że im wcześniej ją otwiera, tym jej rozczarowanie brakiem zawartości jest mniejsze.

– Rzeczywiście chyba nakręciło mnie to, że tak długo nie miałam czasu na zajęcie się paczką. – Raczej na zajęcie się sobą. Paczka była tylko pretekstem, dlatego przeceniłaś jej wartość.

Przychodzi do mnie wiele kobiet po czterdziestce, które muszą mieć bardzo ważny powód, by zająć się sobą. „Przecież nie mogę nie odwieźć córki na basen tylko dlatego, że mam umówioną wizytę u lekarza”; „Nie mogę nie pojechać do matki tylko dlatego, że boli mnie głowa. Ona tak na mnie czeka”.

Konfrontacja z egzystencjalną pustką, przeżycie, choćby w fantazjach, a nierzadko w świecie rzeczywistym, doświadczenia, że jak sama o siebie nie zadbasz, to nikt tego za ciebie nie zrobi – to bardzo ważny punkt życiowego bilansu. Zdaniem Junga druga połowa życia nie może być budowana na tym samych zasadach co pierwsza. W tej pierwszej jest czas na: zdobywanie, staranie się, osiąganie, spełnianie oczekiwań. Druga to przestrzeń: integrowania, odpuszczania, odkrywania wewnętrznego sensu.

Na zakończenie sesji zadałam Małgosi zadanie domowe: poprosiłam, żeby każdego dnia rano, tuż po obudzeniu, wysłała do siebie symboliczną paczkę, a w niej coś, czego najbardziej danego dnia potrzebuje. Taką przesyłkę od siebie dla siebie.

Kobieta po 50. Co sny mówią o lęku przed utratą siebie?

Magda jest 55-letnią kobietą, pracuje jako psychoterapeutka i dziennikarka. Od lat łączy obydwa zawody. Przyszła do gabinetu po serii niepokojących snów o pracy.

– Ten sprzed tygodnia naprawdę mnie poruszył – opowiada. – W redakcji gazety, z którą współpracuję, zmienia się redaktor naczelna. Nowa naczelna ma prawie 70 lat, jest chuda i z jej twarzy nie schodzi groźna mina. Nigdy nie siedzi przy biurku, ciągle jest w biegu. Z osób mi znanych, w moim śnie, są jeszcze dotychczasowa naczelna i jakiś młody chłopak, z którym kiedyś pracowałam w innej redakcji.

Była naczelna jest milcząca. Pytam ją, czy powinnam poprosić „nową” o rozmowę, czy poczekać, aż mnie zaprosi. Ona wzrusza ramionami, je sernik. Potem wychodzi z pokoju na papierosa, a ja wybiegam za nią i próbuję ją znaleźć. Nie udaje mi się, ale nagle obok mnie przechodzi nowa naczelna, jesteśmy na warszawskiej Starówce. Podchodzę do niej i pytam, czy możemy porozmawiać.

Przyspiesza kroku, nie odpowiada. Zadaję kolejne pytanie o to, ile razy w miesiącu muszę być w redakcji. Dodaję, że oprócz pisania do gazety przyjmuję też pacjentów. Naczelna zatrzymuje się i pyta: ilu masz tych pacjentów dziennie? Odpowiadam, że dwóch albo trzech. Ona prycha: moi znajomi psychoterapeuci przyjmują dziewięciu.

Zaczynam się tłumaczyć, że tylu pacjentów to nieetyczne, a ona śmieje mi się w twarz i odchodzi. Gonię ją i dopytuję, kiedy możemy porozmawiać o nowych tematach. Nie odwraca się i nie odpowiada. Myślę, że muszę poszukać sobie nowej pracy. Nagle dociera do mnie, że biegnąc za szefową, zostawiłam małego synka. Boję się, że go nie odnajdę.

Zgodnie z jungowską interpretacją to nie jest sen o pracy, ale o konfrontacji z archetypem Surowej Mędrczyni/Wielkiej Matki oraz o lęku przed utratą wewnętrznego dziecka.

Sny kobiet po pięćdziesiątce są bardzo cenną wskazówką, informacją od nieświadomości.

Redakcja pisma to przestrzeń słowa, publicznej tożsamości, osobowości zawodowej. To także obszar twórczej ekspresji i zawodowej pozycji pacjentki. Zmiana naczelnej to symbol zmiany wewnętrznego autorytetu. Nowa naczelna to stara kobieta – wysuszona, surowa, bez uśmiechu, w ciągłym biegu, trudno za nią nadążyć, zatrzymuje się po to, żeby porównać, ocenić, wyśmiać, pokazać swoją władzę. To symbol Surowego Krytyka: „Nie robisz wystarczająco dużo. Nie jesteś wystarczająco wydajna. Moi ludzie są od ciebie lepsi”.

Poprzednia naczelna milczy, wychodzi, unika, nie daje rad ani wskazówek. Jest symbolem wcześniejszej struktury bezpieczeństwa, które przestało wspierać. Ten czas już się kończy. Najważniejszy symbol snu to synek, może reprezentować wewnętrzne dziecko, spontaniczność, wrażliwość, energię twórczą. Magda ma do wyboru: biec za autorytetem czy pilnować dziecka.

– Który moment snu był dla ciebie najtrudniejszy?

Magda milknie na dość długo, aż w końcu znajduje odpowiedź.

– Wiesz, ten sen pokazuje mój realny kłopot, który mam od lat. Chodzi o właściwą proporcję pomiędzy pracą z pacjentami i pracą twórczą. Na przestrzeni lat to się wiele razy zmieniało. Kiedyś wydawało mi się, że muszę zdecydować się na jedną z prac. Od kilku lat jestem pewna, że w obydwie mogę wkładać tyle samo czasu, energii, zapału.

– Nowa naczelna to podważa. Twierdzi, że przyjmujesz za mało pacjentów, nie daje ci też odpowiedzi, ile razy powinnaś być w redakcji, nie umawia się na planowanie nowych tematów. Czujesz się przez nią zignorowana, oceniana, nieszanowana? – próbuję uściślić. – Jestem na nią wściekła, bo z poprzednią naczelną świetnie mi się współpracowało. To dzięki niej mogłam pogodzić obydwie prace. – Liczyłaś, że pomoże ci w tej nowej sytuacji? – Czułam, że mimo wszystko mam jej wsparcie, ale nic więcej nie może zrobić.

Ten sen doskonale pokazuje merytoryczną zawartość bilansu po pięćdziesiątce.

Niemal każdego dnia tracimy coś, co jeszcze do niedawna działało, a nowych rozwiązań jeszcze nie ma. Wyczerpują się stare scenariusze niemal w każdej sferze: odpadają stare relacje, dotychczasowy styl pracy przestaje być efektywny, zmieniają się nasze priorytety, pojawiają się lęki, że możemy stracić wszystko.

Zupełnie jakby zaczynały się próby do ostatniego spektaklu pod tytułem „Koniec życia”. W głowie, niemal każdego dnia, pojawia się pytanie: Chcę być sprawcza czy autentyczna?

– Kto w twoim realnym życiu decyduje, ile czasu przeznaczasz na pracę z pacjentami, a ile na pisanie? – To chyba samo się dzieje, zwłaszcza jeśli chodzi o pacjentów. Pisanie jest bardziej przewidywalne, choć bywa, że mam za mało czasu, żeby dopieścić jakiś tekst, bo akurat do późna pracuję z pacjentami. – Czy ktoś mógłby ci pomóc w tej sprawie? A może tak, jak jest teraz, jest okej?

Magda nie zna odpowiedzi. Próbujemy w wyobraźni odegrać zakończenie jej snu.

– Biegam po Starówce i szukam mojego małego synka – opowiada wyraźnie zaniepokojona. – Boisz się, że mogło mu się coś stać? – Chyba bardziej martwię się, że już go nie znajdę. – I jak ci będzie bez niego? – To tak jakbym straciła część siebie, najważniejszą. – Ważniejszą niż prace, autorytety, wyniki, osiągnięcia? – Jasne – rzuca bez chwili wahania.

Magda doskonale wie, czego symbolem jest zgubione dziecko. Kiedy odzywa się do mnie po kilku tygodniach, opowiada ze śmiechem, że dostała propozycję trzeciej pracy. – Przyjęłaś ją? – pytam. – Już nigdy nie zostawię mojego dziecka na Starówce.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, trenerka warsztatów rozwojowych, autorka poradników psychologicznych, z których ostatni to „Gdy emocje ranią ciało. O psychosomatycznych źródłach chorób”

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE