Wiele przyjaźni pada ofiarą biznesu. Ich zaczęła się rozkręcać dopiero wtedy, kiedy otworzyły wspólnie firmę. Justyna Przygońska i Brygida Handzelewicz-Wacławek dekadę temu powołały do życia markę The Odder Side, która dzisiaj posiada kilka butików w Polsce i za granicą oraz liczącą 200 tysięcy osób, zaangażowaną społeczność na Instagramie.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2024.
Gabriela Czerkiewicz: Zaczynałyście w momencie, kiedy w naszym kraju panował trend na modę z polską metką. Na tej fali co chwilę pojawiała się kolejna „obiecująca młoda marka”. O wielu z nich dziś już nie pamiętamy. Co zadecydowało o tym, że wam się udało?
Justyna Przygońska: Od początku byłyśmy bardzo zdeterminowane, czułyśmy, że to coś na życie. Wtedy w polskiej branży odzieżowej wiele osób miało podejście charakterystyczne dla start-upów: mam pomysł, rozkręcam firmę i albo się uda, albo nie. A my podeszłyśmy do tego staroświecko, chciałyśmy, żeby to miało solidne fundamenty.
Brygida Handzelewicz-Wacławek: I byłyśmy w tym autentyczne. Chciałyśmy tworzyć dostępne cenowo ubrania na co dzień, które same będziemy nosić. Tworzymy kolekcje, wymyślamy koncepcje i produkujemy kampanie, poszukujemy nawet mebli do kolejnych butików. Dodatki, akcesoria i kosmetyki marek, które są dostępne na naszej stronie i w butikach, znalazły się tam, bo same ich używamy. The Odder Side to część naszej tożsamości.
Kiedy zorientowałyście się, że dziewczyn takich jak wy, które niekoniecznie chcą ubierać się w sieciówkach, jest więcej?
Brygida: To było chyba półtora roku po założeniu TOS, kiedy w naszym pierwszym sklepie na Rozbrat w Warszawie urządziłyśmy wyprzedaż. Na 40 metrach kwadratowych pojawiło się 100 osób, a na zewnątrz ustawiła się długa kolejka dziewczyn. Zobaczyłyśmy, że ludziom zależy na tych rzeczach, że one im się naprawdę podobają. To było niesamowite uczucie.
Justyno, ty skończyłaś historię sztuki, Brygida – psychologię. Czy wasze wykształcenie przydaje się w prowadzeniu marki odzieżowej?
Justyna: Od początku myślałam o nas jak o marce. Nie umiem projektować ani nawet dobrze rysować, ale tworząc kolekcje, daję upust swojej kreatywności. Znajomość historii sztuki, wrażliwość na piękno, na kolor są w tym procesie bardzo pomocne.
Brygida: Psychologia jest o relacjach, a my, prowadząc firmę, pracujemy z ludźmi. Studia psychologiczne pomogły mi w pracy nad sobą w różnych momentach rozwoju naszej firmy.
Staramy się być uważne i dostrzegać potencjał w osobach, które dla nas pracują. Każdy chce być wysłuchany, każdy ma jakiś pomysł.
Kiedyś nasz zespół liczył sześć osób, dziś w biurze pracuje 30 osób, a łącznie zatrudniamy 70 pracowników. Cały czas uczę się bycia szefową tak dużego zespołu. To ogromne wyzwanie kierować tym wszystkim w sposób przemyślany.
Stworzyłyście rozpoznawalną i spójną wizerunkowo markę. Jako jedne z niewielu możecie pochwalić się aż siedmioma butikami w Polsce, do tego otworzyłyście butik w Amsterdamie. Nie bałyście się, że ta skala może was przerosnąć?
Justyna: Wraz z rozszerzaniem oferty i otwieraniem kolejnych butików pojawiały się nowe wyzwania i trudności. Jesteśmy zależne od podwykonawców, logistyki i wielu innych czynników, które mogą wpłynąć na naszą pracę. Kryzysy, takie jak opóźnienia w dostawach czy problemy produkcyjne, są częścią tego biznesu. Odczułyśmy to szczególnie mocno w trakcie i po pandemii.
Brygida: Pamiętam taką scenę w naszym poprzednim biurze na Żoliborzu. Siedzimy z Justyną zamknięte w pokoju, zestresowane staramy się znaleźć rozwiązanie dla kolejnej awaryjnej sytuacji. Dotarło do nas wtedy, że nie chcemy dalej tak funkcjonować.
Poszukałyście wsparcia?
Justyna: Zrozumiałyśmy, że aby nasza firma mogła przetrwać, musi przejść przez proces dojrzewania. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne. W końcu zdecydowałyśmy, że potrzebujemy wsparcia specjalisty z zewnątrz. Iza, która do nas dołączyła, wprowadziła nowe struktury, które nadały naszej pracy lepsze ramy. Dzięki niej każdy w zespole wie, za co odpowiada. Wcześniej zdarzało się, że coś było zaniedbane, a my nie miałyśmy pojęcia, kto jest za to odpowiedzialny. Teraz czujemy się dużo bardziej zorganizowane i skuteczne.
Brygida: Same w pewnym sensie do tego doprowadziłyśmy. Od początku istnienia The Odder Side zależało nam na stworzeniu firmy, w której same chciałybyśmy pracować.
Bardzo lubimy nasz zespół, zawsze dużo rozmawialiśmy, tematy zawodowe mieszały się z prywatnymi. Ale kiedy zaczęło przybywać obowiązków i odpowiedzialności, poczułyśmy, że trzeba wyraźnie oddzielić pracę od życia prywatnego.
Iza wypracowała nowy język komunikacji w zespole, po raz pierwszy użyła słowa „zarząd”. Ustaliłyśmy różne schematy działań i akceptacji. Stałyśmy się bardziej asertywne. Potrafimy powiedzieć „nie”, kiedy ktoś przerywa nam ważną rozmowę z prawnikiem, bo potrzebuje „tylko jednego podpisu”.
Justyna: Kiedy prowadzisz własną firmę, budujesz ją od początku, trudno się wyłączyć. Mówiłam do zespołu: „Słuchajcie, wyjeżdżam, ale jestem. W razie czego piszcie, dzwońcie”. Wreszcie dojrzałam do tego, by mieć wakacje w trybie offline. Chcę tworzyć piękne ubrania, robić fajne rzeczy wokół naszej marki, ale chcę mieć też czas na odpoczynek i przewietrzenie głowy, nie martwić się, czy jak mnie nie ma, to firma nadal dobrze funkcjonuje.
Czego nauczyło was 10 lat pracy w branży mody?
Justyna: Żeby ufać intuicji i robić swoje. Nigdy nie podążałyśmy za trendami, tylko robiłyśmy rzeczy, które czujemy, w które wierzymy i które sprawiają nam przyjemność. Tym przekonałyśmy do siebie klientki. To dzięki nim wzrastałyśmy, to one tworzą zaangażowaną społeczność wokół marki.
Brygida: Z drugiej strony cały czas pamiętamy, że to jest biznes. Wielu osobom praca w modzie kojarzy się z pokazami, pierwszymi rzędami i towarzyskimi spotkaniami. A jeśli prowadzisz własną firmę, to wcale tak nie wygląda. To, co widać na Instagramie, to niewielki ułamek czasu i energii, jakie musisz poświęcić, żeby to wszystko się zadziało.
Jak się zmieniła dziewczyna The Odder Side?
Justyna: Pierwsza nasza kolekcja liczyła osiem modeli. W sezonie jesień–zima 2024 było ich już 120. Nasze klientki mają różne rozmiary, dlatego projektując, dbamy o to, by uwzględnić więcej typów sylwetek i oferować szerszą rozmiarówkę. Dziś już możemy sobie na to pozwolić. Ale nic na siłę, punktem wyjścia cały czas jest to, co my chcemy nosić na co dzień w danym sezonie.
Z czego jesteście najbardziej dumne?
Justyna: Z tego, w jakim kierunku się przez te lata rozwinęłyśmy. Tworzymy naprawdę dobre jakościowo, uniwersalne produkty z certyfikowanych tkanin. Wiem, że będą długo służyć, bo same mamy w szafie modele sprzed siedmiu, ośmiu lat.
Brygida: Cały czas naszym priorytetem jest dbanie o środowisko. Pamiętam, jak wiele lat temu podpisywałam oświadczenie dla jednego z podwykonawców, że świadomie rezygnuję z pakowania zamówionych swetrów w opakowania foliowe, co może skutkować ich mechaceniem się podczas transportu. Dziś w naszym magazynie zewnętrznym nie ma ani jednego skrawka plastiku. Wszystko przechowywane jest w kartonach lub w firmowych pokrowcach, wisi na wieszakach. To pokazuje, że zmiana mentalności jest możliwa. Wystarczy chcieć.