Paryżanka w perfekcyjnie skrojonym beżowym trenczu, koszulce w bretońskie paski i czerwonej szmince to prawdziwy paradoks. Oczyma wyobraźni (i na Instagramie) widzimy ją na okrągło. W prawdziwym życiu – tylko z rzadka. Jej quasi-istnienie zupełnie nam jednak nie przeszkadza. Wystarczy spojrzeć na to, jak wiele z nas chce ją naśladować.
Jak ubierają się więc dojrzałe Paryżanki? Na to pytanie nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. To, co postrzegamy jako „typową” mieszkankę miasta świateł, jest bowiem maleńkim wycinkiem rzeczywistości zarezerwowanym dla zamożnych kobiet z prestiżowego 16. okręgu. – To sztucznie podtrzymywany produkt popkultury, który z paryską ulicą ma niewiele wspólnego – mówi o micie Paryżanki stylista i autor przewodników Adam Chowański. – Jeśli miałbym na siłę szukać wspólnego mianownika dla tak niezwykle różnorodnej grupy kobiet, byłaby to nie tyle konkretna część garderoby, ile określony stan umysłu [...] Gdy porównam ulicę paryską z polską, rzuca się w oczy inne podejście do wykończenia wizerunku. Polki często dążą do perfekcji: dopracowany makijaż, staranna fryzura, przemyślany każdy detal. Francuzki sprawiają wrażenie, jakby poświęcały na to ułamek tego czasu – dodaje.
Czytaj także: Dlaczego Francuzki starzeją się tak pięknie i z klasą? 6 zasad dojrzałego stylu, których możesz się od nich nauczyć
Jak więc uszczknąć sobie kawałek tej słynnej nonszalancji? Najlepiej byłoby popracować nad pewnością siebie i poczuciem własnej wartości, a nie od razu kopiować stylizacje znanych Francuzek z mediów społecznościowych. Wolisz „zacząć od końca”? Spróbujmy więc zajrzeć do szaf Paryżanek 40+, 50+, 60+, skupiając się nie na tym, co rzekomo się w niej znajduje, lecz na tym, czego raczej próżno w niej szukać. Oczywiście pamiętając, że od każdej reguły zawsze znajdzie się stylowy wyjątek.
1. Kiczowata biżuteria
„Zanim wyjdziesz z domu, zdejmij z siebie jedną rzecz” – miała mawiać rzekomo Coco Chanel. Stereotypowa Paryżanka nadal hołduje tej regule, dlatego nigdy nie zobaczymy jej przesadnie obwieszonej błyskotkami. Kilka ogromnych łańcuchów, wielkie kolczyki i zgodne z najnowszymi trendami pierścionki naraz? To raczej nie przejdzie. Nie znaczy to rzecz jasna, że nad Sekwaną pudełka na biżuterię świecą pustkami, ale królują w nich raczej ponadczasowe dodatki, których nie nosi się w nadmiarze. Po prostu zamiast kompletnego zestawu Francuzki wybierają jeden, maksymalnie dwa charakterystyczne akcenty. Najlepiej takie, które wyglądają, jakby towarzyszyły im od lat.
Za przykład niech posłuży nam pisarka i dziennikarka Sophie Fontanel, która wie, że do minimalistycznego T-shirtu i bermudów wystarczy dobrać pojedynczy sznur pereł i bransoletkę, a całość uzupełnić szerokim paskiem, by być wyglądać na wystylizowaną, a nie przestylizowaną.
2. Krzykliwa torebka
Torebka ma przede wszystkim pomieścić wszystkie przedmioty, jakich możesz potrzebować poza domem, i spójnie uzupełniać look, a nie jedynie „wyglądać” i dominować nad całością. Dojrzała Paryżanka chętniej postawi więc na klasyczny model o prostej formie niż na sezonowy hit. Nie oznacza to jednak, że w jej garderobie brakuje miejsca na odrobinę fantazji. Wręcz przeciwnie. Ciekawy kolor, nietypowy kształt czy wyrazista faktura mogą być świetnym akcentem, jeśli reszta stroju pozostaje stonowana. Chodzi raczej trzymanie się zasady: jeden mocniejszy element wystarczy. Torebka ma współgrać z ubraniem, a nie ściągać na siebie całą uwagę.
3. Niepraktyczne buty
Wysokie szpilki prezentują się dobrze w reklamach perfum, ale bieganie w nich po paryskim bruku nie jest zalecane. Gdy przed nami długi dzień na nogach, naprawdę lepiej postawić na wygodniejsze obuwie, w którym nie połamiemy sobie nóg. Słynne Paryżanki wybierają zarówno klasyczne baleriny, jak i eleganckie mokasyny, loafersy czy sneakersy (których według wielu źródeł wystrzegają się jak ognia). Kluczową kwestią nie jest dla nich wysokość obcasa, lecz to, by but pozwalał swobodnie poruszać się od rana do nocy.
Przykładowo, kochająca eklektyczny styl ze sklepów vintage i lumpeksów redaktorka mody Karina Vigier pokazała, że sandały rybaka jak ulał pasują do błyszczącej torebki i marynarki.
4. Ubrania z dużym logo
Wielkie logo? Na co to komu? Wprawione oko i tak pozna, że masz na sobie projekt topowych domów mody. Nie musisz wybierać modeli, które z daleka informują, że zostawiłaś w butikach w Galeries Lafayette małą fortunę. Francuska elegancja lubi dyskrecję. Zamiast ostentacyjnie eksponować metkę, pozwala mówić krojowi, materiałowi i jakości wykonania. Logo może oczywiście pojawić się na ubraniu czy dodatku, ale lepiej, by nie było pierwszą rzeczą, którą zauważa każdy przechodzień. W końcu codzienna stylizacja nie powinna przypominać słupa reklamowego.
5. Fasony niedopasowane do figury
Nie każda Paryżanka musi mieć na sobie przypominającą gorset taliowaną marynarkę na wzór diorowskiego „New Looku”. Ubrania oversize nie gryzą się z ideą „paryskości”, ale pod warunkiem, że właśnie taki był zamysł projektanta. Dla dojrzałych Francuzek ważne jest to, by fason odpowiadał ich proporcjom i rzeczywiście służył sylwetce. Dobrze wiedzą one, że nie ma sensu wciskać się w rybaczki czy przykrótkie kurtki tylko dlatego, że akurat ogłoszono je hitem sezonu. Zamiast pytać, co jest teraz modne, lepiej zastanowić się, w czym naprawdę dobrze wyglądamy i czujemy się sobą.
6. Dresy na każdą okazję
Tak, legginsy, sportowy top i bluza na suwak są wygodne. Ale może lepiej chodzić w nich na siłownię lub po domu, a nie na ulicach? Swobodny styl wcale nie musi oznaczać odzieży athleisure. Równie dobrze mogą to być proste T-shirty, koszula narzucona na top, miękki sweter czy dżindowe spodnie z szeroką nogawką. A do zapewniające komfort buty na płaskiej podeszwie.
Senegalsko-francuska blogerka Fatou N'Diaye udowadnia, że w zestawie tego typu brakuje już tylko nieśmiertelnej plecionej torebki.
7. Ubrania ze sztucznych tkanin
Umówmy się – niemal każda z nas ma w szafie coś z paliw kopalnianych. Marki odzieżowe – od budżetowych sieciówek po zdecydowanie wyższą półkę cenową – ochoczo zalewają planetę rzeczami z poliestru czy akrylu. Francuzki nie są tu żadnym szlachetnym wyjątkiem. Jeśli jednak mają taką możliwość, bacznie przyglądają się metkom i starają się dobrze wydawać pieniądze: na bawełnę, len, wełnę czy jedwab, a nie na kolejny sezonowy ciuch z kiepskiego materiału. Nie chodzi o to, by demonizować każdą domieszkę syntetycznych włókien. Czasem mają one swoje praktyczne zalety i trudno całkowicie ich uniknąć. Raczej o świadomość, że lepiej mieć w szafie mniej rzeczy, ale takich, które dobrze się noszą i posłużą nam przez więcej niż jeden sezon.