1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Między talerzem ptysiów, a niedożywieniem. „Violetta Villas” z Sandrą Drzymalską, to historia Marii Antoniny odartej z piór [Recenzja]

Między talerzem ptysiów, a niedożywieniem. „Violetta Villas” z Sandrą Drzymalską, to historia Marii Antoniny odartej z piór [Recenzja]

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe)
„Całuję Was w samo serduszko!” – świergoli Violetta Villas do tłumu zgromadzonego na warszawskim lotnisku. Do Polski przybyła cała na biało, w futrze, okularach muchach, z trzema pudlami. Rozdaje autografy, przyjmuje prezenty. Łaskawie obdarza miłością bezimienną masę. Przez aurę amerykańskiego splendoru bezskutecznie próbuje przebić się syn polskiej divy. Ten, który nie zjawił się dla Violetty Villas, a dla Czesławy Gospodarek. Film Karoliny Bielawskiej pokazywany na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni próbuje skupić się na relacji matki i dziecka, konflikcie między ciepłem domu, a podbojem świata, żywym człowiekiem, a sceniczną personą.

Problemem naszych rodzimych biopików jest notoryczny brak zaufania. Twórcy nie wierzą, że polska widownia jest w stanie zrozumieć szerszy kontekst bez chronologicznej dosłowności, odnaleźć się w życiorysie bez prowadzenia za rączkę. W rezultacie każdy pean na cześć znanego Polaka wygląda jakby był robiony na szablonie ogólnego użytku. Czarna plansza na początek, czarna plansza na koniec – niedopowiedzenie byłoby przecież niepotrzebnym ryzykiem – po środku wikipedyjny wsad, podążający ścieżką biografii, bez rozglądania się na boki.

Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe)

Karolina Bielawska podejmuje próbę zejścia z utartego szlaku. Jej „Violetta Villas” odziera polską divę z kolorowych piór, zamiast umacniać legendę, nieśmiało chybocze jej posadami. Film rozpoczyna się, gdy Czesława Gospodarek porzuca niemowlę, niechcianego męża i rodzinną wieś, do której nigdy nie pasowała, by zdobyć szturmem stolicę. Po kilku latach powraca, jako Violetta, studentka szkoły muzycznej, znajoma hrabiego, modna i światowa. Bielawska nie skupia się na długiej i wyboistej drodze do sukcesu. Jej bohaterce, talencie obdarzonym ponad 4 oktawami, wszystko przychodzi łatwo i niemal natychmiastowo. Bardziej interesuje ją stan rozdarcia – między instynktem macierzyńskim, a pragnieniem samostanowienia. Przywiązaniem, a rozwinięciem skrzydeł. Historię Villas wpisuje w powojenną rewolucję obyczajową, kiedy kobiety zaczynały zarabiać pieniądze i mogły pozwolić sobie na odrzucenie oświadczyn. Stan zawieszenia dotyczy także tożsamości bohaterki, która utknęła gdzieś w połowie drogi między wiejską izbą, a warszawskimi salonami. Talerzem pełnym kremowych ptysiów, a niedożywieniem. Jak Maria Antonia, której chleb zastępują ciastka.

Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe)

Historia gwiazdy estrady jest opowiedziana głównie z perspektywy jej syna. Fabuła opiera się na intymnych wspomnieniach Krzysztofa Gospodarka, który przy filmie pełni także funkcję producenta. Villas widziana jego oczami to istota nieziemska i nieuchwytna. Migająca na scenie wśród cekinów i piór, zasłyszana w radiu. Mitologiczna postać, która przysyła paczki z gumą balonową i zjawia się od czasu do czasu, by zatrząść jego światem. Zamiast nudnego bezpieczeństwa Krzysiu otrzymuje od swojej mamy chwile euforii zwieńczone nieuniknionym rozczarowaniem. Spojrzenie zmienia się w miarę jak chłopiec staje się młodym mężczyzną. Egzotyczna kraina szczęśliwości, do której tak tęskno jego mamie okazuje się kartonową atrapą. Rozrywki Las Vegas stają się opersją. Naiwną romantyzację zastępuje palące poczucie braku, którego nie da się nadrobić. Zamiast trzymać się konsekwentnie tego spojrzenia Bielawska, jak jej bohaterka, szarpie się w niezdecydowaniu. Momentami wskakuje do głowy Villas, jakby brak jej punktu widzenia był startą, na którą twórczyni nie była gotowa. Scenariusz także utyka w impasie – między kinem autorskim i oryginalnym, a biograficzną sztampą.

Chociaż Sandra Drzymalska stosuje lip-sync – i to niestety widać – nadrabia sepleniącą manierą głosu, melancholią i egzaltacją godną divy. W jej pogubioną, miotającą się, zrywającą się ze społecznego i socjalistycznego łańcucha Violettę łatwo mi uwierzyć. Aktorka przeobraża się też wizualnie. Za sprawą kostiumów Małgorzaty Fudaly i kreacji scenicznych Tomasza Ossolińskiego, charakteryzacji autorstwa Anne Cathrine Sauerberg, Thomasa Foldberga i Anety Brzozowskiej aktorka staje się wiarygodną reinkarnacją wybitnej sopranistki z dymnym spojrzeniem i tapirem wysokości framugi.

Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Violetta Villas” (Fot. materiały prasowe)

„Violetta Villas” najlepiej działa w onirycznych sceneriach Las Vegas, kiedy syn obserwuje swoją mamę omamioną amerykańskim snem, a następnie jej brutalne przebudzenie. Kiedy chłopiec błąka się za kulisami pełnymi roznegliżowanych tancerek, uczy się palić z kasynowym gangusem, podziwia błękit prywatnego basenu, napycha poliki słodkim arbuzem. Trzyletni epizod z życia gwiazdy spokojnie wystarczyłby za cały film. Podobnie jak maniakalne, ostatnie lata życia artystki, które spędziła samotnie, w otoczeniu psów, walcząc z uzależnieniem i fobiami. Pałac, w którym brakuje na chleb – to metafora, która spokojnie mogłaby zastąpić ponad 2-godzinny metraż filmowej biografii zrobionej „jak należy”.


„Violetta Villas” bierze udział w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE