Dojrzałe Francuzki przypominają nam, że moda po pięćdziesiątce nie powinna być zbiorem nakazów i zakazów, które mają pozornie zatrzymać czas i pomóc sprostać społecznym oczekiwaniom. Nie znaczy to jednak, że nie przydadzą nam się drogowskazy pozwalające poczuć się w ubraniach swobodniej i śmielej.
O tym, czy prezentujemy się w czymś dobrze, decyduje znacznie więcej niż wiek. Liczą się sylwetka, typ kolorystyczny, ale przede wszystkim to, jak czujemy się w danym ubraniu. Czy nosimy je z radością i pewnością siebie, czy przeciwnie – obsesyjnie poprawiamy dekolt lub rąbek spódnicy w obawie, że odsłonią zbyt wiele? A może kurczymy się w sobie, ponieważ podświadomie uznajemy strój za nieodpowiedni do okazji? Sama metryka nie powinna więc w żadnym wypadku przesądzać o tym, co możemy, a czego nie możemy nosić. Nie należy więc postrzegać jej jako bariery.
Ba, 51-letnia francuska modelka Caroline de Maigret twierdzi wręcz, że wiek jest naszym sprzymierzeńcem. – Jedną z dobrych stron starzenia się jest to, że lepiej poznajemy same siebie. Zaczynamy rozumieć, jakie kolory, fasony i kroje nam służą. Z czasem nauczyłam się, co się u mnie sprawdza, ale także uświadomiłam sobie, że warto słuchać ludzi spoza modowego mikrokosmosu. Jeśli kiedy zakładam biel, przyjaciele pytają mnie, czy dopiero co wróciłam z wakacji, zapamiętuję tę reakcję. Wiedza to siła. Wiek daje wolność… – mówiła w rozmowie z brytyjskim „Vogue'iem”.
Czytaj także: Co sprawia, że dojrzałe Francuzki wyglądają tak „drogo”? Nie chodzi o markowe ubrania
Te elementy garderoby optycznie dodają lat. Francuzki 50+ rzadko po nie sięgają
Stylistki zwracają jednak uwagę na to, że niektóre elementy garderoby i sposoby ich zestawiania faktycznie dodają nam lat, a my niekoniecznie zdajemy sobie z tego sprawę. O ile w młodości czasem świadomie dążymy do takiego efektu, w późniejszym życiu zazwyczaj wolimy optycznie odjąć sobie kilka wiosen lub po prostu wyglądać na swój wiek, a nie poważniej, niż wskazywałby na to dowód osobisty. Jakie błędy popełniamy najczęściej? I jak najmodniejszym Francuzkom 50+ udaje się ich unikać? Oto odzież i akcesoria, na które warto uważać.
Bezkształtne ubrania, które mają wszystko ukryć
To naturalne, że nasze ciała zmieniają się wraz z upływem czasu. Normalne jest więc, że po pięćdziesiątce możemy nie pałać już równie dużą sympatią do fasonów, które nosiłyśmy bez przerwy jako dwudziestolatki. Jednak to, że przybyło nam centymetrów w obwodzie, a skóra nie jest już tak jędrna i jednolita jak kiedyś, nie oznacza, że jedyną dostępną opcją jest oversize. Ubrania wyglądające tak, jakby były o kilka rozmiarów za duże, mogą zaburzać proporcje i optycznie obciążać sylwetkę – zwłaszcza gdy luźna jest zarówno góra, jak i dół zestawu.
Nie oznacza to jednak, że dojrzałe Francuzki całkowicie unikają obszernych fasonów. Francuska dziennikarka modowa Sophie Fontanel wręcz je uwielbia. W jednym z wywiadów zdradziła, że często kupuje ogromne męskie koszule na targach staroci i nawet nie sprawdza ich rozmiaru. Kluczem jest jednak świadoma gra proporcjami. – Lubię paski. Przy szerokich spodniach i dużych koszulach potrzebny jest piękny pasek, który pokaże talię – tłumaczyła. Fontanel łączy też bardzo obszerną koszulę z wąską ołówkową spódnicą midi American Apparel. – Uważam, że połączenie czegoś bardzo małego z czymś bardzo dużym jest niezwykle interesujące – mówiła.
Strój, który ma za wszelką cenę wyglądać seksownie
Ze skrajności w skrajność. Nie chodzi o to, aby zakrywać się od stóp do głów ze strachu, że ktoś za plecami nazwie cię „dzidzią piernik”. Dojrzała kobieta może oczywiście nosić minispódniczki, głębokie dekolty i dopasowane sukienki, jeśli to właśnie w nich czuje się najbardziej sobą. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy strój zupełnie nie odpowiada jej osobowości, lecz mimo to ubiera się tak w odpowiedzi na powszechny kult młodości. Inès de la Fressange podkreśla, że jej rodaczki znacznie bardziej cenią sobie własny komfort i samopoczucie. – Francuzki nie mają obsesji na punkcie tego, żeby wyglądać seksownie i modnie. Wolą wyglądać dobrze i tak samo dobrze się czuć – twierdzi modelka.
Czasem wystarczy jeden zmysłowy akcent: odsłonięte plecy, rozcięcie w spódnicy, transparentny rękaw albo koronkowy top widoczny spod rozpiętej koszuli. Dzięki temu całość nie będzie sprawiała wrażenia sztucznego kostiumu mającego udowodnić wszystkim wokół, że czas się dla ciebie zatrzymał.
Czerń w okolicach twarzy
Oczywiście są osoby, które mają urodę wprost stworzoną do noszenia czerni. Jest jednak również spore grono tych, których najciemniejszy z kolorów wyraźnie przytłacza. Mimo to idą w zaparte, ponieważ utarło się, że czerń jest zawsze elegancka i wyszczuplająca. I przede wszystkim uniwersalna. Tymczasem umieszczona tuż przy twarzy może uwydatniać cienie pod oczami, zmęczenie i nierówny koloryt skóry, a na tym nieszczególnie nam zależy. I to niezależnie od liczby świeczek na urodzinowym torcie.
Caroline de Maigret przyznała w rozmowie z „The Telegraph”, że z wiekiem zaczęła nosić mniej czerni. – Nie mogę już nosić zbyt dużo czerni. Wolę kolory, ale muszą być intensywne… Pod wieloma względami znacznie odważniej podchodzę dziś do tego, co zakładam – mówiła.
Nie stworzyła jednak listy odcieni obowiązkowych dla wszystkich dojrzałych kobiet. Jej metoda jest znacznie prostsza: zamiast automatycznie sięgać po czarny golf, obserwuj własną twarz oraz reakcje otoczenia. Warto w ramach eksperymentu przyłożyć do twarzy ubrania w kilku odcieniach i porównać efekt w naturalnym świetle. Czerń można przecież z powodzeniem zastąpić granatem, czekoladowym brązem, burgundem albo ciemną zielenią. Jeśli zaś nie chcesz z niej rezygnować, wystarczy „odsunąć ją” od twarzy, na przykład za pomocą białego kołnierzyka, kolorowej apaszki czy hiszpańskiego dekoltu.
Torebka, buty i pasek idealnie dobrane pod kolor
Przez lata kompletowanie dodatków w identycznym odcieniu uchodziło za oznakę dobrego gustu. Dziś takie zestawienie może jednak uchodzić za zbyt formalnie. Problemem nie jest harmonia kolorów, ale raczej wrażenie, że stylizacja powstała według z góry narzuconej instrukcji i nie ma w niej przestrzeni na wyrażenie osobowości właścicielki. Tak jakby wejść do sklepu i z marszu wykupić całą nową kolekcję w najmodniejszym aktualnie kolorze. Tymczasem pożądany efekt to ten nieco nonszalancki, jakby poszczególne elementy trafiały do szafy w wyniku najróżniejszych życiowych okoliczności, a potem zostały zmyślnie ze sobą zeswatane.
– Francuzki nie noszą wielu luksusowych marek i nie lubią się przesadnie popisywać. Chętnie mieszają różne rzeczy – łączą nowości z ubraniami vintage bez żadnych uprzedzeń – mówi Inès de la Fressange. Jej zdaniem styl wymaga przede wszystkim wyobraźni. Jeśli nie mamy pod ręką paska, możemy nawet przewiązać talię krawatem. Ważniejsze od ceny i idealnego dopasowania jest to, czy efekt wygląda interesująco i ma w sobie element słynnego je ne sais quoi.