Beata Pawłowicz - „Nawet zły związek jest w Polsce lepiej widziany niż realizowanie siebie jako singla”. Psycholożka wyjaśnia, skąd bierze się ten wzorzec
00:00
14:14
Nadużywanie alkoholu, przywiązanie do życia w ciągłym lęku, chęć kontrolowania bliskich, narracja cierpienia. A może za tym wszystkim stoi jeden mechanizm? O matrycy kulturowej, która odbiera nam poczucie sprawczości rozmawiamy z psychoterapeutką i kulturoznawczynią Renatą Pająkowską-Rożen.
- Psychoterapeutka Renata Pajączkowska-Rożen mówi o „polskiej osobowości uzależnionej” – wzorcach, które mają swoje źródła m.in. w doświadczeniach wojen, okupacji i wielopokoleniowego lęku.
- Ekspertka wyjaśnia, jak trauma transgeneracyjna może wpływać na nasze codzienne życie – poczucie sprawczości, stosunek do sukcesu, odpoczynku i opinii innych.
- Psycholożka zwraca też uwagę na silne przywiązanie do rodziny i potrzebę jej akceptacji. Jak mówi, ceną poczucia bezpieczeństwa bywa ograniczenie własnej autonomii.
- Rozmówczyni opowiada również o tym, jak odziedziczone wzorce ujawniają się w związkach i dlaczego młodsze pokolenia zaczynają je zmieniać, stawiając większy nacisk na własne potrzeby i dobrostan.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 04/2026.
Beata Pawłowicz: Czy możemy mówić o mentalności osoby uzależnionej jako dominującej w naszym kraju? Czy nosimy w sobie jej elementy, nawet gdy nie mierzymy się z żadnym nałogiem?
Renata Pajączkowska-Rożen: Powiedziałabym, że uzależnienie to kulturowa matryca, według której funkcjonujemy, i że istnieje polska osobowość uzależniona, którą możemy rozumieć jako zespół wzorców społeczno-kulturowo-historycznych. Jej źródłem jest nasza historia: rozbiory, powstania, wojny, okupacja, stan wojenny.
Wiemy też, że istnieje coś takiego jak trauma transgeneracyjna, która przenosi te doświadczenia na kolejne pokolenia, nawet gdy żyją w czasach pokoju. Mimo to często nie potrafimy rozpoznać wpływu tej matrycy na nas samych.
Uważamy, że te polskie traumy dotyczą tylko tych rodzin, których dotknęły jakieś katastrofy. W gabinecie często słyszę: „Oczywiście, była wojna, był stan wojenny, ale w mojej rodzinie nie wydarzyły się żadne tragedie”. Tylko że wszystkie rodziny funkcjonowały w kontekście kulturowo-społecznym, w którym te traumy się wydarzały.
Nikt z nas nie żyje, choćby nawet bardzo chciał, poza społeczeństwem. Wszyscy jesteśmy kształtowani, choć w różnym stopniu, przez te same wzorce. Mogą się one wyrażać choćby w poczuciu bezradności, opartym na przekonaniu, że pojedynczy człowiek niewiele może.
„To nie ode mnie zależy”, „Co ja tam mogę” – często słyszymy tego typu stwierdzenia. Z czego one wynikają? Mamy przecież za sobą wielowiekowy wysoki poziom niepewności związany z doświadczeniami utraty niepodległości i życia pod obcą okupacją, a trudno z takim dziedzictwem wierzyć, że decyduje się o sobie, że ma się wpływ na to, co człowieka otacza.
Jak jeszcze może się wyrażać ta „matryca uzależnieniowa”?
Wielopokoleniowa niepewność spowodowała silne przywiązanie do rodziny. We wrogim świecie tylko ona dawała poczucie bezpieczeństwa. Pojawia się to w narracji: „zostań w domu, po co tam się pchasz, gdzie cię niesie”, czyli: „tylko tu, z nami, jesteś bezpieczny”.
Lęk traktujemy jako naturalną emocję, uważamy nawet, że nie powinniśmy być spokojni, bo to głupota. To dlatego, że emocjonalność naszych rodziców była lękowa, bo nawet jeśli sami traumy nie przeżyli, wychowywali ich żyjący w lęku rodzice.
Podcinający nam skrzydła lęk, który jest naszym dziedzictwem, wyraża się w rodzinnych mądrościach: „nie wychylaj się”, „nie chwal się”. Nasza osobowość na nich wyrasta.
Uważamy też, że mamy prawo kontrolować dorosłych bliskich z powodu naszego lęku, zamiast sobie z nim poradzić. „Boję się, że zmarnujesz sobie życie…”; „Spóźniłaś się i zaczęłam się bać, że stało się coś złego!”. Ponieważ nie nauczono nas radzić sobie w konstruktywny sposób z lękiem, zawsze mamy go pod skórą. Nawet kiedy jesteśmy zadowoleni, odczuwamy napięcie.
Nasze polskie przywiązanie do rodziny wynika z lęku i traum?
Wielowiekowy brak niepodległości odcisnął się w postaci naszej nieufności wobec władzy, służb państwowych i urzędów czy pracodawców. Dziś to dziedzictwo wyraża się w przekonaniach: „Oni wszyscy chcą nas tylko oszukać, okraść, nie dbają o zwykłego człowieka”.
Rodzina jest więc jedyną oazą we wrogim świecie. Cena tego schronienia bywa jednak wysoka, a jest nią ograniczenie autonomii. To rodzice wybierają studia, zawód, ingerują w życie dzieci, nawet gdy te mają już własne rodziny.
W gabinecie często słyszę: „Wiele osiągnęłam: sukces zawodowy, finansowy, byłam na Kilimandżaro, co było moim marzeniem! A jednak kiedy jadę do rodziców, nadal czuję, że na nic nie zasługuję, bo dla nich liczy się tylko to, że nie mam męża i dzieci”. Nadal to rodzina wyznacza wzór udanego życia.
Sukces zawodowy nie jest tak ważny jak to, żeby mieć rodzinę, do tego stopnia, że nawet zły związek jest lepiej widziany niż realizowanie siebie jako singla.
Trudno nam czuć radość z tego, co osiągnęliśmy, gdy innym to się nie podoba?
Właśnie, bo kolejny objaw uzależnionej osobowości to lęk przed oceną, potrzeba aprobaty ze strony innych, ciągłego potwierdzania, że jesteśmy ważni i że dobrze robimy. To przywiązywanie ogromnej wagi do opinii innych pozbawia nas motywacji i sprawczości. Nawet jeśli zrobimy coś dobrego i ważnego dla siebie, ale zostanie to ocenione negatywnie, tracimy satysfakcję z tego, że nam się to udało. Tracimy też chęć do podejmowania kolejnych starań, do wytrwałości w realizacji swojego potencjału, rezygnujemy z prawa do samorealizacji. Ta rezygnacja wyraża się w przekonaniach: „Nigdy ich nie zadowolę, nie mam się więc po co starać”.
Traumy historii powodują małe, codzienne traumy utraty siebie?
Powiedziałabym, że jesteśmy uzależnieni od traumy, ale nie w sensie klinicznym, tylko społeczno-kulturowym. Z tego powodu regulacji emocji często dokonujemy przez kompulsywne zachowania, ich rodzajem jest poświęcanie siebie, przekonanie, że trzeba cierpieć, że trzeba się męczyć, rezygnować z siebie dla dobra…
No właśnie, kogo? Moja nowa klientka przyznała podczas sesji, że w tym roku była pierwszy raz w życiu na dwutygodniowym urlopie, a ma blisko 40 lat i odniosła sukces zawodowy. I ona nie jest wyjątkiem! Podstawowa oferta biur podroży to tygodniowe wycieczki.
Rządzi nami nowoczesna „pańszczyzna”?
Raczej ofiarnictwo. Każda przyjemność, nawet seks, możliwa jest dopiero wtedy, kiedy wszystko jest zrobione, zmywarka wyładowana. Kobieta myśli o zaplanowaniu wszystkich obowiązków, ale nie o zaplanowaniu chwili bliskości fizycznej z partnerem. Kulturowa matryca: „muszę cierpieć, żeby zasłużyć”, wchodzi nawet do naszego łóżka.
Uzależnieni to tyle co uwięzieni w nieszczęściu?
Możemy mówić o cyklicznym powtarzaniu narracji cierpienia. Moja identyfikacja: jestem ofiarą. Muszę cierpieć. Muszę się natrudzić, żeby na coś zasłużyć.
Bez cierpienia, bez zaharowania się nie jesteśmy w stanie odpocząć. Idealne tło do pracy ponad siły, a przecież jesteśmy jednym z najdłużej pracujących narodów w Europie.
Cierpienie, trud jest rodzajem waluty moralnej. Z tego powodu kieruje nami mechanizm uzależnienia: napięcie, ulga, wstyd. Kręcimy w głowie czarne scenariusze, pracujemy nad siły. A potem wpadamy w złość albo sięgamy po alkohol czy pornografię. Później pojawia się wstyd. Męczymy się, ale nie możemy się zatrzymać, bo czujemy, że żyjemy, tylko kiedy zmagamy się, cierpimy, walczymy.
Bohater naszych czasów to zarobiony uzależniony?
Nasz bohater jest zmęczony i poraniony, więc po prostu bierze butelkę i pije. Z badań wynika, że spożycie alkoholu wciąż wzrasta i sięga 12 litrów spirytusu na głowę.
Alkohol to nadal narzędzie wyciszania bólu. Polski alkoholik jest postacią kulturową, dobrze go znamy, rozumiemy. Wiemy, że jemu jest tak trudno, że pije. Nie jest aniołem, jednak alkohol staje się jego usprawiedliwieniem. Zdejmuje odpowiedzialność („Nie byłeś sobą, byłeś pijany!”).
Podobnie historyczne traumy dają nam usprawiedliwienie dla zaniechań i niepowodzeń. „Nie udało się, bo oni…”, albo: „Odpuściłem sobie, bo i tak by nic z tego nie wyszło”. Powodem zawsze są inni, źli, ale też silniejsi od nas. Dziś historia to fałszywe usprawiedliwienie i rozgrzeszenie dla przemocy, nieuczciwości, zaniedbań. Ta matryca ofiary pozbawia nas, jak już wspominałam, sprawstwa. Uciekamy w różne nałogi, ale też w znieczulenie, jakie dają różnego rodzaju leki, których spożywamy najwięcej w Unii.
A jak w związkach romantycznych przejawia się ta matryca uzależnieniowa?
Mamy ogromną potrzebę bliskości, ale nie potrafimy mówić o uczuciach, nie umiemy mówić o tym, czego pragniemy. Boimy się, bo: „Nie wiem, jak on moje słowa odbierze. A nuż powie, że myślę tylko o sobie”. Kiedy schodzimy z poziomu społeczno-kulturowego na poziom jednostki, okazuje się, że relacja to oczekiwanie, że partner się domyśli.
Ponieważ nie odsłaniamy się, nie znamy tej drugiej osoby, z którą żyjemy. Idealizujemy ją na początku, a potem z byle powodu dewaluujemy. Dlaczego? Nie umiemy być szczerzy, bo się szczerości boimy.
Szczerość kojarzy się nam z krytyką. „Kto jak nie matka powie ci prawdę, że mądra nie jesteś i brak ci urody”. Szczerość to częsta maska dla ranienia bliskich. Być szczerym to tyle, co komuś dokopać.
Ten kulturalno-historyczny przekaz jednak powoli się zmienia. Osoba z młodego pokolenia już inaczej myśli o swoich potrzebach, mówi: „Mogę szanować rodziców, ale nie kosztem swojego zdrowia i pasji. Nie rezygnuję z wyjazdu w góry, spotykam się z rodziną przed świętami”. Nie ma już narracji tożsamościowej opartej na cierpieniu, ale na dobrostanie. W gabinecie widać ten proces transformacji.
Jeśli nasza rodzina utknęła w przeszłości, to co możemy zrobić?
Rodzina nas rani, ale zerwanie relacji jest także bardzo raniące. Nie ma prostego rozwiązania. Ograniczając kontakt z rodziną i dokonując samodzielnie życiowych wyborów, spotykamy się z cierpieniem, jakie wywołuje brak bliskości i akceptacji z ich strony. Praca wtedy polega na tym, aby uznać ten smutek, pogodzić się z tym, że w życiu są dobre i złe chwile. Czasem jest cierpienie, a czasem radość. Dzięki temu będziemy mogli czuć się dumni z siebie mimo braku akceptacji ze strony bliskich. Odzyskamy nasze życie dla siebie, ale też nie stracimy relacji z rodziną.
No dobrze, te zmiany jednak wciąż zachodzą na poziomie prywatnym. A czy możemy coś powiedzieć o narodzie?
Wydaje mi się, że małe indywidualne zmiany w końcu odbijają się na całości. Chcę wierzyć, że proces tej zmiany jest już zaawansowany.
Przede wszystkim od 30 lat jesteśmy mocno zakotwiczeni w świecie Zachodu. To bardzo ważne zabezpieczenie, na tyle mocne, że pozwalające wyrwać się z zaklętego kręgu wspominania porażek i wyszukiwania błędów, i zacząć myśleć przyszłościowo, planować nasze przyszłe sukcesy.
Dzięki temu naocznie mogliśmy się przekonać, że ciągłe rozpamiętywanie klęsk i traum nie poprawia nam jakości życia. Oczywiście, trzeba o nich pamiętać, ale też zamknąć tę szufladę z przeszłością i zacząć tworzyć nowe wzorce.
Wychylenie w przyszłość, gotowość do zmian to postawa, która jest po prostu lepsza od zamknięcia w starszej, znanej rzeczywistości.
Renata Pajączkowska-Rożen, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka TSR, kulturoznawczyni. Specjalizuje się w terapii kobiet, szczególnie 50+. Pracuje pod marką osobistą Psychoterapia Zmiany.