1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. „Wolę to, niż żeby je przywiązywać do drzewa”. Dorota Sumińska i Marta Stachowiak o psieckach, spaniu ze zwierzętami i miłości bez umiaru

„Wolę to, niż żeby je przywiązywać do drzewa”. Dorota Sumińska i Marta Stachowiak o psieckach, spaniu ze zwierzętami i miłości bez umiaru

Dorota Sumińska i Marta Stachowiak (Fot. Paulina Pawłowska)
Dorota Sumińska i Marta Stachowiak (Fot. Paulina Pawłowska)

Odsłuchaj artykuł

Joanna Derda - „Wolę to, niż żeby je przywiązywać do drzewa”. Dorota Sumińska i Marta Stachowiak o psieckach, spaniu ze zwierzętami i miłości bez umiaru

00:00 22:14
15s
0,5 x
15s
Od czterech lat co sobotę na YouTubie można obejrzeć nowy odcinek ich podcastu „Sumińska – Zwierzę Ci się”. Traktują to jak edukacyjną misję, a jednocześnie obie mówią, że same sporo dzięki temu programowi dostały. Przede wszystkim to, że spędzają ze sobą więcej czasu. Dorotę Sumińską i jej córkę Martę Stachowiak pytamy o sekret dobrych relacji. Tych międzyludzkich i tych międzygatunkowych.

Spis treści:

  1. Dorota Sumińska i Marta Stachowiak o relacji matki i córki
  2. „Chodzi o to, żeby szanować każdego robaczka”. Dorota Sumińska i Marta Stachowiak o ekologii
  3. Jak wychować dziecko, które szanuje zwierzęta i przyrodę?
  4. Psiecko, czyli czy antropomorfizowanie zwierząt jest czymś złym?
  5. Dorota Sumińska: „Regularne spotkania z Martą. To najważniejsze”

  • Dorota Sumińska i Marta Stachowiak od czterech lat wspólnie prowadzą podcast „Sumińska – Zwierzę Ci się”. Jak mówią, wspólna praca stała się także sposobem na regularne spotkania i „terapią” dla ich matczyno-córczanej relacji.
  • Choć nie zawsze patrzą na wszystko tak samo, łączą je fundamentalne wartości. „Jak jest więź, miłość i sympatia, to się zawsze w końcu zjedziemy” – mówi Dorota Sumińska.
  • W rozmowie dużo miejsca poświęcają także ekologii i edukacji najmłodszych. Zdaniem Marty dzieci powinny przede wszystkim nauczyć się „szanować każdego robaczka”, bo właśnie od takiego podejścia zaczyna się troska o cały ekosystem.
  • Dorota Sumińska i Marta Stachowiak opowiadają też o życiu ze zwierzętami, antropomorfizowaniu psów i kotów oraz o tym, dlaczego ich program daje im nie tylko wiedzę, lecz także poczucie wolności i pretekst, by spędzać ze sobą więcej czasu.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.

Dorota Sumińska i Marta Stachowiak o relacji matki i córki

Joanna Derda: Dorota Sumińska – mama, Marta Stachowiak, córka. Tak zaczynacie wasze programy. Skąd pomysł, żeby robić je w duecie?

Dorota: Kiedy po 25 latach wyleciałam z radia TOK FM, co wydarzyło się dwa czy trzy miesiące po śmierci mojego męża, byłam w bardzo złej formie. Wyjechałam na urlop z przyjaciółką i ona w pewnym momencie mówi: „Słuchaj, przecież jest internet, dlaczego nie miałabyś przenieść się tam?”. Pomyślałam: okej, ale jak już mam być panią siebie, to chcę z córką. Zróbmy to razem. A równolegle ona, nie wiedząc o moich pomysłach, doszła do tego samego wniosku. I zaczęłyśmy.

Marta: My dwie i komputer. Było nie tylko o zwierzętach, ale i o życiu.

Dorota: Było o różnych rzeczach, tak jak teraz.

Marta: Ale teraz jednak głównie jest o sprawach natury i oczywiście o zwierzętach towarzyszących człowiekowi. Pierwsza nasza rozmowa była o matkach i córkach w świecie zwierząt.

Dorosła córka z matką nieczęsto biorą się za wspólną pracę, zwłaszcza jeśli nigdy wcześniej jej nie próbowały.

Marta: Mamy, jak wszyscy, swoje problemy, ale poza tym myślimy podobnie o świecie i o tym, co ludzkość z tym światem robi.

Dorota: Poza tym to jest świetna terapia na te matczyno-córczane problemy, bo trzeba się dogadać, trzeba mówić jednym głosem.

Jednak musi być bazowa bliskość.

Dorota: Ale ona jest, to jasne, w końcu jesteśmy z jednej bazy.

Coś się w waszej relacji zmieniło po kilku latach wspólnej pracy?

autopromocja
750x300_srodtekst_artykul (4).webp

Marta: Spotykamy się regularnie, to na pewno.

Dorota: Ale poza tym chyba niewiele...

Marta: Wcześniej byłam pięć lat za granicą, prawie się wtedy nie widywałyśmy. Wróciłam, ale jak nie miałyśmy wspólnych spraw, czyli nagrań, spotykałyśmy się rzadziej. A teraz – co tydzień. I tak zostanie, póki widzowie będą nas chcieli. Często się nie zgadzałyśmy, ale zawsze się bardzo kochałyśmy.

Bywa, że jest miłość, ale nie ma sympatii i porozumienia.

Dorota: U nas jest na pewno i to, i to. Ale, co ciekawe, ludzie, którzy nas dobrze znają, potrafią zauważyć, jak coś między nami nie gra, już kilka osób mi mówiło, że wtedy widać napięcie, choć nam się oczywiście wydaje, że świetnie to maskujemy.

Marto, ty nie masz wykształcenia przyrodniczego, ale siedzisz w temacie przyrody, świata zwierząt.

My się dzielimy – mama jest ekspertką, a ja „głosem ludu”, w imieniu tego ludu zadaję pytania. Zresztą zawsze w świecie przyrody byłam. Do pewnego momentu w ogóle nie wiedziałam, że są domy, w których nie ma zwierząt. Albo że ktoś ma tylko jednego pieska.

A ile teraz masz zwierząt?

Marta: Kota, jednego, bo on na widok innego zwierzęcia dostaje szału. Jak odejdzie, a jest starowinką, będą koty ze schroniska, na pewno dwa.

Dorota: Powinny być minimum dwa koty albo dwa psy. A najlepiej dwa psy i dwa koty!

Podobno spędziłaś dzieciństwo w gabinecie mamy?

To było jeszcze na uczelni, na SGGW, najpierw oddział zakaźny, potem położnictwo. Robiłam tampony do operacji.

Dorota: Bardzo fachowo.

Marta: Znałam na pamięć opowieść o tym, jak pielęgnować szwy po kastracji i potrafiłam to wyłożyć.

Dorota: Ludzie siedzieli zdenerwowani w poczekalni, a ta, taka malutka, wychodziła i dokładnie im tłumaczyła, jak się wszystko odbywa, co trzeba robić po zabiegu. Była absolutnie kompetentna.

Nie miałaś myśli, że może jednak weterynaria?

Marta: Od pewnego momentu nie mogłam patrzeć na, że tak powiem, flaki. Teraz znowu mogę.

Dorota: Marta często mi asystowała przy operacjach, wchodziła na stołeczek, żeby widzieć, co robię. Pewnego dnia, była już wtedy nastolatką i nie potrzebowała stołeczka, odwracam się, a Marty nie ma. Wcześniej widziała tych operacji mnóstwo, a tu nagle zjechała po ścianie. Patrzę, a ona na podłodze.

Co zrobiłaś?

Dorota: Nie mogłam się oderwać od operacji, inni ją poratowali. Ale skończyło się asystowanie.

To, co robicie, to edukacja. Doroto, ty edukujesz od lat, a świat, jakby to delikatnie ująć, nie zmierza w dobrą stronę.

Nie, jest coraz gorzej.

Jak to jest ciągle walić głową w mur?

Spowodowało to u mnie fatalną rzecz – przestałam umieć się cieszyć. Bo przychodzi moment, kiedy piana zapału zaczyna opadać i zostaje pustka, poczucie, że to jest bez sensu. Z drugiej strony mamy coraz większą rzeszę widzów i ja to robię dla nich. Już wiem, że świata nie zmienię, choć kiedyś miałam nadzieję.

Marta: Może to nieskromne, ale uważam, że nasze programy powinny być obowiązkowe.

W sprawie edukacji zdrowotnej nie ma u nas konsensusu, podejrzewam, że w sprawie ekologicznej też nie będzie.

Marta: Przez pięć lat pracowałam z dzieciakami w Irlandii. Irlandzka edukacja jest nastawiona na to, żeby ukierunkować człowieka na wąską dziedzinę. A leży wiedza ogólna, jaką ja kiedyś wyniosłam ze szkoły i która rozwijała wiele połączeń mózgowych.

Dorota: Ja się zupełnie nie odnajduję w tym świecie i on mnie, prawdę mówiąc, nie interesuje. To okropne, bo świat zawsze mnie interesował.

Uważam, że rozwój technologii jest nikomu niepotrzebny, powoduje zgnuśnienie. Jesteśmy zdemoralizowani dobrobytem, mamy wszystko, nic nie musimy, a jest nam gorzej.

Marta: I tu wchodzi piękne zdanie, że każdy gatunek jest na tyle głupi, na ile pozwala mu środowisko. Ponieważ mózg kosztuje ciało bardzo wiele energii, robimy wszystko, żeby tę energię zaoszczędzić. I jeżeli mamy predyspozycje do tego, żeby nic nie robić, nie będziemy nic robić. To nie dotyczy tylko ludzi, ale wszystkich gatunków ziemskich. Jesteśmy na takim właśnie etapie w historii ludzkości, kiedy głupiejemy, bo nic nie musimy.

Dorota: Ja bym chciała, żeby grono widzów, którzy nas słuchają, zyskało szersze horyzonty. Dlatego te spotkania nie są skupione na jednej komórce żywego świata, tylko rozchodzą się na różne tego świata aspekty.

„Chodzi o to, żeby szanować każdego robaczka”. Dorota Sumińska i Marta Stachowiak o ekologii

Z jednej strony mamy technologie, których nie lubisz, z drugiej są jednak coraz mocniejsze ruchy ekologiczne.

Marta: Za późno.

Dorota: Słowo „ekologia” ostatnio spsiało, choć to nieładne określenie, kocham psy, a nawet sama emocjonalnie jestem psem.

Ekologia kojarzy się źle i rozumiem, dlaczego. Powinna być edukacją, a nie reżimem, zbiorem zarządzeń. Chodzi o to, żeby ludzie sami z siebie nie chcieli robić pewnych rzeczy. Powinno się tego uczyć już małe dzieci.

Marta: I nie ma to nic wspólnego z papierowymi słomkami czy zakrętkami na plastikowych butelkach. Chodzi o to, żeby szanować każdego robaczka. To trzeba dzieciom przekazywać. Że szanujemy robaczka na polu, w lesie czy kiedy wejdzie do naszego domu.

Ale ekolog ci powie, że słomka jest po to, żeby ratować żółwie.

Marta: Nie tak się ratuje żółwie.

Dorota: To jest dla mnie niepojęte – likwidujemy plastikowe słomki, a torebki foliowe są w powszechnym, codziennym użyciu. Setki miliardów torebek. Są cudowni młodzi ludzie, którzy mają genialne pomysły i robią genialne rzeczy, choćby w sprawie oczyszczania wód, ale stanowią konkurencję dla tych, którzy mogą na plastiku zarobić. Dać im dojść do głosu, niech działają – to jest ekologia. Nie miałabym żadnych pretensji do rozwoju technologii, gdyby dawała światu szanse na przetrwanie bez cierpienia.

Powtarzasz, że nienawidzisz ludzkości, choć kochasz człowieka.

Dorota: Kocham człowieka, oczywiście, ale jako masa ludzkość to śmiertelna choroba planety, a miasta – cieknące wrzody na jej ciele.

A my uważamy, że osiągamy szczyty rozwoju cywilizacyjnego.

Dorota: I to też mnie przeraża, bo to jest brak edukacji. Jak powiedziała Marta – trzeba uczyć dzieci kochać robaczka i szanować robaczka.

Marta: Bo za tym jednym robaczkiem pójdzie wszystko inne. Jeżeli będziemy szanować robaczka, to nie będziemy betonować swojej działki, będziemy pilnować, żeby miejsce, w którym żyjemy, nie było wyjałowione, nie będziemy wyrzucać robaczków z ogródka, a tym samym ekosystem będzie mógł trwać.

Widzimy często, jak ludzie na działkach w lesie wycinają drzewa, kładą kostkę brukową…

Dorota: Jak coś takiego widzę, to mi się płakać chce.

Marta: I liście ludzie grabią, bo to brzydko, jak tak leżą. Naprzeciwko przedszkola mojego synka stoi willa, ogród wypielęgnowany jak w Watykanie, każdej jesieni wywalają setki worków z liśćmi. Ma być „porządek”.

W miastach się to robi odgórnie.

Dorota: Pogłębiamy w ten sposób suszę, liście chronią przecież przed utratą wilgoci. Zielenią miejską zajmują się ludzie, którzy nie mają o tym najmniejszego pojęcia. Tyle się mówiło, żeby w miastach była trawa łąkowa, to jeden ze sposobów na utrzymanie choć minimalnej populacji owadów, których potrzebujemy.

Marta: Ale przecież my wcale owadów nie chcemy. Jak jest gniazdo os, to trzeba te osy natychmiast zabić, to samo z szerszeniami.

Siedziałam kiedyś w barze szybkiej obsługi, było późne lato i przez okno zobaczyłam, że paru chłopaków, 14, 15 lat, zrywa się z obłędem w oczach, zaczynają biegać, krzyczeć, rzucać papierowymi kubkami – osa przyleciała. Pięciu chłopaków na widok osy dostało kompletnego kociokwiku. Usiadłam i zaczęłam tłumaczyć, że ona naprawdę nie chce ich zamordować.

Dorota: U mnie kiedyś przy skrzynce na listy było gniazdo os, niestety, się wyprowadziły, bardzo żałuję, ale tyle czasu listy się wrzucało, wyjmowało i nigdy się nie zdarzyło, żeby kogoś użądliły.

Marta: Chodzi o to, by im dać być. A tu na widok drobiazgu latającego ludzie zaczynają wrzeszczeć, tupać, bić, machać rękami… Zamieńmy się rolami – ja jestem małym bzykaczem i nagle ktoś wielkości słonia macha na mnie kończynami i jeszcze chwila, a mnie zamorduje. To co mam robić? Używam żądła, żeby przeżyć. A wystarczyłoby nie wrzeszczeć.

Jak wychować dziecko, które szanuje zwierzęta i przyrodę?

Ty byłaś wychowywana w trosce o robaczka?

Marta: Tak.

I tak wychowujesz syna?

Marta: Oczywiście. Zeszłego lata nauczył się, że jak jemy lody na świeżym powietrzu, to dzielimy się z osami. Ponoć wprowadza to do przedszkola, wychowawczyni wie, że u nas tak jest. I żaden rodzic do mnie nie zadzwonił, że dziecku brednie wkładam do głowy.

Poruszacie kontrowersyjne tematy, jak inwazyjne gatunki...

Dorota: Jedynym inwazyjnym gatunkiem jest człowiek. Innych nie ma. Gatunki zawsze się przemieszczały.

Marta: Poza tym to nie jest wina tego gatunku, że nagle znalazł się tam, skąd nie pochodzi. Szop sam nie przepłynął Atlantyku, nie powiedział: dobra, to ja wam teraz pokażę, czekajcie tylko!

Dorota: Musimy się pogodzić z tym, że nasze rozpełzanie się po całej planecie powoduje to, że z nami rozprzestrzeniają się inne gatunki, na przykład hodowane na futra. I część z nich ucieka, to dotyczy wszystkich rodzin zwierzęcych.

Takiego masowego wymierania gatunków jeszcze nie było na tej planecie. I teraz jedynym ratunkiem dla przyrody jest zostawić ją w spokoju, odczepić się od niej.

Twoje zalecenie jest nierealizowalne.

Marta: Jest realizowalne, tylko wtedy bardzo dużo ludzi straci bardzo dużo pieniędzy. Kolejny kontrowersyjny temat – likwidacja myślistwa. Znowu: kasa przepadnie.

Dorota: I tu jest pogrzebany robaczek. Pieniądz to bóg, który opanował świat. To niesamowite, walczymy ze sobą, muzułmanie, żydzi, chrześcijanie – a wszyscy posługują się tym samym dolarem i jakoś na niego nikt się nie obraża.

Czy wobec tego, że odczepienie się od przyrody raczej się nie wydarzy, możemy coś zrobić, tak realnie?

Dorota: Realnie i od zaraz możemy przestać jeść mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego. Każdy może to zrobić w tej sekundzie.

Marta: Tylko ludzie nie lubią wychodzić ze strefy komfortu.

Dorota: Ale gdyby to zrobili, okazałoby się, że wszystko bardzo szybko się odnawia. Nagle woda by się znalazła tam, gdzie jej nie ma, produkcja mięsa to ogromne ilości wody, którą można by napoić tysiące ludzi, wyhodować rośliny, skończyłby się głód. Czemu świat nie idzie w tę stronę?

Czemu głowy ludzi, którzy decydują o tym, co się dzieje, bardziej są zaangażowane w wojnę niż w to, żeby ich dzieci i wnuki miały czysty i piękny świat? Przemysł mięsny i mleczarski to potęga. Wiesz, ile się zabija zwierząt w rzeźniach świata? Około stu miliardów ssaków rocznie.

Marta: Plus ptaki i ryby – je liczy się w tonach.

Dorota: To są potworne pieniądze okupione potwornym cierpieniem. Tylko my nie chcemy tego cierpienia widzieć.

Psiecko, czyli czy antropomorfizowanie zwierząt jest czymś złym?

Z jednej strony tak, a z drugiej mamy psiecka, co jest powodem do nieustannych żartów. Co myślicie o antropomorfizowaniu zwierząt?

Dorota: Wolę to, niż żeby je przywiązywać do drzewa w lesie.

Marta: Kiedyś się o pewnych rzeczach nie mówiło, a przecież zawsze byli ludzie, którzy ponad wszystko kochali swojego pieska czy kotka, karmili go łyżeczką, spali z nim w jednym łóżku i okej – póki ktoś tego nie nazwał psieckiem, nie przedstawił w prześmiewczej perspektywie.

Nie jecie mięsa?

Marta: Ja od kilkunastu lat.

Dorota: Ani mięsa, ani produktów odzwierzęcych.

Względy etyczne czy zdrowotne?

Marta: Wyłącznie etyczne.

Zdrowo jest spać z psem czy kotem?

Dorota: Bardzo zdrowo!

Uzasadnienie poproszę.

Dorota: To szczepionka. Jest w mikrobiologii pojęcie „odporność krzyżowa”. Polega na tym, że bakterie i wirusy tworzą rodziny, są „kuzynami”. Takim przykładem jest ospa krowia i czarna ospa ludzi. Ospa krowia nie wywołuje u człowieka czarnej ospy, ale uodparnia przeciw niej – i w drugą stronę: ospa ludzka uodparnia krowę przeciw ospie krów. Dojarki w dawnych czasach miały gładką cerę, bo nie chorowały na ospę. Kolejna para: nosówka psów i odra. Kontakt z wirusem nosówki daje człowiekowi odporność na odrę, kontakt psa z odrą daje mu odporność na nosówkę. Poza tym każdy ma swoją florę bakteryjną i wirusową charakterystyczną dla gatunku.

Bliskość z drugim gatunkiem daje nam odporność. Francuska lekarka odkryła, że ludzie, którzy mają zwierzęta, psy, koty, jakoś się do niej nie zgłaszali z koronawirusem – dlatego że zarówno psy, jak i koty mają swoje koronawirusy, więc bliski z nimi kontakt uodparniał przeciw temu, który powodował dolegliwości u człowieka.

Marta: My jesteśmy bardzo uodpornione!

Dorota: Pamiętam, że w sezonie infekcji do przedszkola przychodziło troje dzieci, w tym Marta. Reszta chorowała.

Marta: Teraz przychodzi mój syn i jeszcze jeden chłopczyk. To naprawdę działa.

A co z jedzeniem z jednego talerza?

Dorota: Bardzo proszę. My się cały czas wymieniamy mikroorganizmami. Jak kot czy pies wsadzą nam nos w talerz, nie ma problemu. Czasem daję psu coś z ręki, jeśli obwącha i nie chce, ja dojadam. Jakby to był obcy człowiek, to bym miała obiekcje, przy psie nie mam żadnych.

Rzeczywiście mówicie jednym głosem.

Marta: Wyrastałam w domu, w którym były takie, a nie inne poglądy, zainteresowania, obyczaje, na lodówce kurował się ranny zając, były chore jeże, był kanarek na krzywych nóżkach. To, jak patrzę na świat, jest naturalną kontynuacją tego, w czym wyrosłam. Jeśli to jest dziwne, to świat matek i córek musi być smutny.

Często się rozjeżdża z różnych powodów.

Dorota: My się też rozjeżdżamy, to normalne, ale jak jest więź, miłość i sympatia, to się zawsze w końcu zjedziemy.

Marta: Okej, patrzę na wiele spraw inaczej, ale są pewne rzeczy, najważniejsze, fundamentalne, i one są wspólne.

Co ci ta praca dała?

Dowiaduję się więcej o świecie. Ciągle. Ciągle coś mnie zaskakuje. Teraz będziemy robić odcinek o śluzowcach.

Dorota: Dobrze, że podrzuciłaś ten temat, bo to fascynujące stworzenia, prawdziwa magia przyrody.

Jak ustalacie tematy?

Marta: Na ogół wychodzą od mamy, choć nie zawsze, akurat śluzowce były moim pomysłem. Czasem też widzowie o coś proszą.

Dorota Sumińska: „Regularne spotkania z Martą. To najważniejsze”

Zyskujesz wiedzę, co poza nią?

Marta: Nie powiem, żebym miała wielkie parcie na szkło, ale lubię się pokazać i powiedzieć coś od siebie. Czasem widzowie zadają pytanie, które jest tylko do mnie, głównie dotyczące świata dźwięków, muzyki, bo to jedno z moich wykształceń.

Lubię mówić do ludzi. Nie mogłam występować na scenie, trema mnie wykańczała, ale mówienie to moja działka – no i mam pretekst, żeby odwiedzić mamę, a przy okazji zwieźć przyjaciół, którzy się stali także przyjaciółmi mamy, pomagają realizować program, ale nie tylko – zrobiła się cała obiadowa klika, jest fajnie.

Dorota, a co ty dostałaś?

Dorota: Regularne spotkania z Martą. To najważniejsze. A poza tym cały czas się muszę douczać, czytam, przypominam sobie dawną wiedzę, szukam nowej. Uwielbiam się uczyć.

Czyli to, że pożegnali się z tobą w radiu, nie było takie złe?

Dorota: Przeżywałam to jak małą śmierć, jak strzał w samo serce, a okazało się najlepszym, co mogło się wydarzyć.

Marta: Mamy coraz więcej słuchaczy. Nie musimy się naginać do wymagań wydawców i dyrektorów. Ten program to wolność.

Dorota Sumińska, lekarka weterynarii, autorka książek, a także, jak o sobie mówi, profesjonalna służąca zwierząt zabranych z niedoli. Poza służbą w psio-kocim domu zajmuje się publicystyką i edukacją. Jej motto to: żyj i daj żyć innym, nie zabijaj.

Marta Stachowiak z wykształcenia muzyczka i polonistka, z zawodu nauczycielka, tłumaczka i specjalistka zajmująca się ekonomią społeczną. Dokarmicielka myszy piwnicznych, wiewiórek i jeży. Pragnie, by ludzie pojęli, że nie są na Ziemi najważniejsi.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE