To, co wydaje nam się idealnym sposobem na skarcenie psa, często przynosi odwrotny skutek. Jeśli chcemy, by zwierzę rozumiało, czego od niego oczekujemy, najpierw musimy nauczyć je reguł gry, a dopiero potem pozwolić mu ponosić konsekwencje swoich wyborów – zwraca uwagę behawiorysta Jacek Gałuszka.
- „Karanie” psa bardzo często jest wylewaniem na niego własnych emocji. Behawiorysta Jacek Gałuszka tłumaczy, dlaczego krzyk zwykle nie działa i może jedynie wprowadzać chaos.
- Czy psy naprawdę czują winę? „Winna mina” po zniszczeniu mieszkania może być raczej reakcją na zdenerwowanego właściciela niż oznaką skruchy.
- „Kto zaczyna trening od kary, zaczyna go od końca” – mówi ekspert i wyjaśnia, jak skutecznie budować posłuszeństwo poprzez jasną komunikację oraz pozytywne skojarzenia.
- Dlaczego nie wolno karać psa za warczenie i jak reagować, gdy ignoruje komendę „do mnie”? Behawiorysta wyjaśnia najczęstsze błędy właścicieli.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 05/2026
Agnieszka Radomska: Gdy pies robi coś, czego nie akceptujemy, chcemy jakoś go skarcić. Szkoleniowcy pozytywni mówią, że lepiej sprawdza się nagradzanie i wzmacnianie pozytywnych zachowań. Karanie psów to przeżytek?
Jacek Gałuszka: Gdy słyszę słowo „karanie” lub „karcenie”, zawsze się obawiam, że ktoś może przez to rozumieć przyzwolenie na przemoc.
Wyraźnie więc zaznaczę, że każda forma kary, która wiąże się ze stosowaniem przemocy, jest w moim odczuciu niedopuszczalna. Wolałbym raczej mówić o karze rozumianej jako konsekwencja wyborów dokonywanych przez psa.
Najważniejsze, by pies wiedział, co wolno, a czego nie wolno, co jest zachowaniem pożądanym, a co nieakceptowalnym przez właściciela. Jeśli ten zbuduje psu świat, w którym obowiązują jasno i wyraźnie postawione granice i zasady, to ten świat będzie dla zwierzęcia przewidywalny, będzie czuło się w nim bezpiecznie. To jednak oznacza, że jeżeli naruszy obowiązujące zasady czy przekroczy granice, będzie musiało ponieść konsekwencje.
Dokładnie tak samo jest z ludźmi. Kierowca musi wiedzieć, że jeśli przekracza prędkość, może złapać go policja i wlepić mu mandat. To jest wprawdzie kara, ale rozumiana jako konsekwencja wykroczenia.
Zatem włóżmy słowa „karanie”, „karcenie” w cudzysłów.
Myślę, że karcenie często się ludziom kojarzy z ekspresją ich własnych emocji przelewanych na psa – pies zrobił coś, co mnie zdenerwowało, więc wylewam na niego tę złość, na przykład krzycząc, i w ten sposób go karzę. To ślepy zaułek, bo pies często nie widzi związku pomiędzy gniewem właściciela a swoim zachowaniem, zwłaszcza gdy emocjonalna reakcja i konkretne przewinienie są od siebie oddalone w czasie.
Gdy wejdę do mieszkania po kilku godzinach nieobecności i zastanę tam rozszarpane na strzępy buty, wściekłość wylana na psa nie będzie dla niego żadną karą, a tym bardziej nie nauczy go niczego na przyszłość, bo nie połączy już swojego zachowania i tych nieszczęsnych butów z moją reakcją.
Jeśli kara ma być skuteczna w sensie behawioralnym, a więc wpływać na zmianę zachowania, to musi spełniać równocześnie cztery funkcje. Musi być: idealnie wymierzona w czasie, związana tylko z zachowaniem, odpowiednio mocna i wystarczająco konsekwentna – pies nie musi natknąć się na konsekwencje absolutnie za każdym razem, ale na tyle często, żeby nie opłacało mu się ryzykować. Tylko wtedy ma sens.
Poda pan przykład takiej kary?
Zanim podam przykład, muszę zaznaczyć, że bardzo ważne jest, by rozróżniać trzy rzeczy: awersję, presję i karę. Przy czym używam tu własnych, uproszczonych pojęć – w podręcznikach behawiorystyki to, co opisuję jako „presję”, występuje pod nazwą negatywnego wzmocnienia przez unikanie. Wolę jednak operować językiem, który jest zrozumiały dla właściciela psa, a nie dla akademika. Gdy wyjdę z domu i sopel spadnie mi na głowę, to jest to przykre, a nawet bolesne, ale w żaden sposób niepowiązane z moim zachowaniem, nie jest jego konsekwencją. To jest awersja. Z kolei w przypadku presji wzmocnienie jakiegoś zachowania następuje wtedy, gdy presja ustąpi. Wyobraźmy sobie psa, który idzie po nagrzanym chodniku i jest mu bardzo gorąco. To pewien rodzaj nieprzyjemnej presji ze strony słońca. Gdy pies wchodzi do cienia, odczuwa ulgę. Presja ustąpiła, a zwierzę uczy się wybierać cień w upalne dni. To jest typowe uczenie przez unikanie, które nie jest związane z awersją. Kara natomiast jest wszystkim tym, co prowadzi do wygaszenia zachowania.
Załóżmy, że mój pies podkrada jedzenie z kuchennego blatu, a ja zamontuję „pułapkę”. Pudełko wypełnię pustymi puszkami metalowymi i przyczepię do niego kawałek listewki, na której położę kanapkę. Gdy pies po nią sięgnie, całą zawartość pudełka zwali się na podłogę, robiąc mnóstwo hałasu. Pies wystraszy się tego dźwięku i najpewniej opuści kuchnię, przy czym nic mu się przy tym nie stanie.
To idealny przykład kary rozumianej jako konsekwencja zachowania. Została wymierzona dokładnie w momencie podkradania kanapki, jest związana tylko z zachowaniem, a nie na przykład z emocjami właściciela, jest nieuchronna, bo za każdym razem, kiedy pies tę kanapkę będzie chciał ukraść, wydarzy się to samo, i jest odpowiednio mocna, skoro w efekcie pies się wystraszył i uciekł.
Muszę tu jednak dodać jedno ważne zastrzeżenie: taki mechanizm może zadziałać zupełnie inaczej u psa, który jest z natury lękliwy albo ma już za sobą traumatyczne doświadczenia. Nagły hałas może u niego wywołać reakcję nieproporcjonalną do sytuacji i zamiast wygasić jedno konkretne zachowanie, zaszczepić ogólny lęk przed kuchnią albo przed zostawaniem samemu. Zanim zastosujemy cokolwiek, co ma psa przestraszyć – nawet łagodnie – warto dobrze poznać swojego psa.
Mówi pan, że wydzieranie się na psa za pogryzione buty jest bezskuteczne. Ale chyba komunikat werbalny typu „nie wolno!” jednak sens ma?
W sytuacji ze zniszczonymi butami pies może po prostu nie rozumieć, z jakiego powodu człowiek na niego krzyczy. Z jego perspektywy wygląda to tak: Coś tam zrobiłem, już dawno przestałem to robić, a ten się awanturuje. Nie wiadomo, o co mu chodzi... To nie jest jasna komunikacja, tylko chaos. Jeżeli chcemy zakomunikować zwierzęciu, że coś nam się nie podoba, to powinniśmy to teatralnie zagrać, nawet ocierając się o przesadę w intonacji, a nie wchodzić w emocje. Gdy tak zrobimy, możemy szybko przejść od „nie” wypowiedzianego obniżonym tonem jako skarcenie, do „super” na wysokich tonach odbieranych przez psa jako nagroda. Taka jasna komunikacja, czytelna dla psa, jest możliwa tylko wtedy, gdy nie angażujemy się za mocno emocjonalnie.
Niektórzy właściciele twierdzą, że ich psy rozumieją, iż coś zrobiły źle, bo gdy po powrocie do domu zastają armagedon, bo pies się nudził i niszczył, co popadło, to widzą, że on kuli uszka i ogon – przeprasza, jakby się tego wstydził i przyznawał do winy.
Myślę, że czasem wpadamy w pułapkę przypisywania psom emocji czy intencji, których one nie mają. W wielu przypadkach psie reakcje można sprowadzić do o wiele prostszych mechanizmów niż emocje wyższego rzędu.
Gdy wchodzimy do mieszkania i widzimy zniszczoną kanapę, ogarnia nas złość. Pies podkula ogon czy unika nas, ale nie dlatego, że się wstydzi i czuje skruchę.
Dla niego sytuacja jest dużo prostsza: oto w jednym pomieszczeniu funkcjonują rozwalona kanapa i wściekły właściciel, a to oznacza kłopoty. Lepiej więc się oddalić, by kłopotów uniknąć. Nie ma tu świadomości winy, łączenia faktów w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Jest prosta reakcja unikania problemów. Szczeniak, który nasika na podłogę pod nieobecność właściciela, gdy ten na niego nakrzyczy za to po powrocie, może tę sytuację odebrać tak: właściciel plus kałuża na podłodze równa się kłopoty, następnym razem nasikam więc na kanapę, by kłopotów uniknąć...
Jest tu jeszcze jedna pułapka. Pies może nauczyć się przewidywać naszą reakcję na podstawie samego kontekstu – rozwalona kanapa plus wracający właściciel to sygnał kłopotów, niezależnie od tego, co pies robił chwilę wcześniej. To nie jest przyznanie się do winy, tylko klasyczne warunkowanie. Pies łączy elementy obrazka, nie czyny z konsekwencjami.
Badania Alexandry Horowitz pokazały zresztą, że ta „winna mina” pojawia się u psów nawet wtedy, gdy nic nie zrobiły – wystarczy, że właściciel zachowuje się, jakby był zły.
Wiele razy słyszałam, że czyjś pies jest złośliwy, bo w kółko podkrada kapcie albo gania kota. To też chyba nadinterpretacja? Karcenie za to ma sens?
Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że dla psów duże znaczenie ma nasza uwaga, bo jest ona bardzo silnym wzmocnieniem. Więc jeżeli pies się nudzi i zaczyna z tych nudów robić jakieś głupie rzeczy, a my zwrócimy na niego wtedy uwagę, to pies prawdopodobnie będzie powtarzać to zachowanie, bo to przynosi mu korzyść.
Lepiej więc to ignorować?
Najlepiej się zastanowić, czy pies ma spełnione podstawowe potrzeby, bo często te „złośliwe” zachowania wynikają z frustracji, nadmiaru niespożytkowanej na porządnym spacerze energii – i właśnie tu trzeba szukać rozwiązania. Co do ignorowania zaś – ono nie będzie działało w przypadku zachowań instynktownych.
Jeśli pies na spacerze coś wyjada z krzaków, a właściciel zignoruje ten fakt, pies na pewno nie przestanie tego robić.
Inny przykład to warczenie. Często słyszy się rady, by absolutnie nie karcić psa za warczenie i tu akurat zgadzam się w pełni z tym zaleceniem – karanie warczenia jest po prostu niebezpieczne, bo eliminujemy sygnał ostrzegawczy, a pies nie przestaje czuć tego, co czuł. Następnym razem zamiast warczeć, zaatakuje bez uprzedzenia.
Problem w tym, że ignorowanie warczenia też niczego nie rozwiązuje. Jeżeli pies już warczy, to znaczy, że coś przegapiłem trzy kroki wcześniej, gdy mogłem zareagować spokojnie i bez żadnego konfliktu. To może być sygnał z drabiny agresji obrazującej stopniowo narastające napięcie u psa w odpowiedzi na stresujące lub niepokojące bodźce, ale psy warczą także z bólu albo w ramach ostrzeżenia przed zbliżeniem się, wejściem na ich terytorium. Warczenie wcale nie musi być związane z zagrożeniem typu ofensywnego. Na pytanie, czy to ignorować, odpowiedziałbym: nie ignorować, tylko zarządzić sytuacją wcześniej.
Lubię powiedzenie, że jeżeli będziemy uważnie komunikować się ze swoim psem, to wystarczy, że on będzie szeptał, nie będzie musiał krzyczeć.
Jak to wykorzystać w sytuacji nieposłuszeństwa na spacerze? Czasem obserwuję, że gdy pies, wołany dziesięć razy „do mnie!”, nie wraca, gdy w końcu podejdzie do właściciela, dostaje reprymendę, a czasem jest wręcz ciągnięty za obrożę do domu „za karę”. To chyba właśnie klasyczne działanie awersyjne, prawda?
Zarówno awersyjne, jak i kompletnie głupie. Taka sytuacja najpewniej spowoduje zmieszanie u psa, bo dla niego związek będzie taki: wróciłem i zrobiło się nieprzyjemnie, więc następnym razem... nie będę wracał.
Dlatego tak podkreślam, że kara, jeśli ma być skuteczna, ma być idealnie wymierzona w czasie, bo jeśli nie jest, powoduje chaos.
Po pierwsze i najważniejsze: pies musi wiedzieć, co to znaczy „do mnie!”. Gdy widzę, że pies nie wraca, to nie zaczynam od karcenia go za to, ale od porządnego nauczenia go tej komendy – etapami, bo pies uczy się nowych zachowań, przechodząc przez kolejne fazy.
Najpierw buduję pozytywne skojarzenia z przyjściem do mnie i zawsze, kiedy pies podchodzi, to dostaje nagrodę – przysmak czy zabawę. W kolejnym etapie biorę psa na długą linkę i uczę go ustępowania od presji, czyli na przykład napinam delikatnie smycz, mówię „do mnie!”, pies luzuje smycz, podchodzi. Zaznaczę tylko, że presja pojawia się w tym procesie celowo i w odpowiednim momencie – nie na początku, lecz wtedy, gdy pies ma już dobrze zbudowane pozytywne skojarzenia z przyjściem do właściciela. Dopiero wtedy dokładam negatywne wzmocnienie w postaci nacisku smyczy i jego ustąpienia. Pies ma dwa powody naraz, żeby podejść: ulgę, gdy smycz przestaje być napięta, i nagrodę, gdy dotrze do właściciela. Nazywam to strategią podwójnego wzmocnienia. Kolejny krok – etap naprawdę zaawansowany – to nauka reagowania na komendę bez smyczy, gdy pies biega luzem. Dopiero tu pojawia się miejsce na warunkowy sygnał kary, na przykład „nie”, i ewentualny bodziec awersyjny jako konsekwencja odmowy wykonania dobrze już znanego polecenia. Ktoś, kto zaczyna trening od kary, zaczyna go od końca.
Uczę tej metody na konsultacjach i w trakcie szkoleń, ale przy okazji zadaję sobie pytanie, na ile pies powinien zawsze przychodzić właściciela, gdy ten go zawoła. Zasada bezwzględnego posłuszeństwa jest niekwestionowana u psów pracujących, ratujących ludzi spod gruzów, gdy nie można ryzykować życia czy bezpieczeństwa ludzi dlatego, że pies nie wykona komendy. Jednak w codziennym życiu, gdy ktoś chodzi z psem na spacery mniej więcej tą samą, znaną trasą, gdzie nie ma szczególnych zagrożeń, naprawdę myślę, że to, czy pies od razu przyjdzie, a więc zadziała niczym szwajcarski zegarek, nie jest aż tak ważne. Czasem warto dać i sobie, i psu więcej luzu.
Jacek Gałuszka, instruktor szkolenia psów, behawiorysta, wykładowca i autor książek o wychowaniu psów, założyciel Szkoły Przyjaciół Psów „Wesoła Łapka”, wesolalapka.pl