Podczas streamu Łatwoganga młodzi ludzie pokazali, że działając w przestrzeni cyfrowej, potrafią w kilka dni zebrać miliony złotych na leczenie dzieci chorych na raka i zaangażować w tę akcję niemal wszystkich Polaków – niezależnie od wieku czy poglądów politycznych. Co to o nich mówi? Ale i co to mówi o nas? Pytamy psycholożkę Joannę Flis.
- Akcja Łatwoganga pokazała, jak bardzo stereotypowy obraz młodych jako biernych i skupionych na internecie rozmija się z rzeczywistością.
- Joanna Flis zwraca uwagę, że generacja Z jest wyjątkowo wyczulona na fałsz i coraz częściej wybiera w sieci autentyczność, relacyjność i wspólne działanie.
- Skąd bierze się potrzeba pomagania i dlaczego nawet altruizm przynosi korzyść osobie, która pomaga? Psycholożka tłumaczy, jak rozwijają się zachowania prospołeczne.
- Sama empatia nie zawsze wystarcza. Kluczowe jest poczucie sprawczości – świadomość: „nie tylko czuję, ale wiem, co mogę zrobić”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026. Artykuł powstał w ramach cyku „MŁODE GŁOWY i wszystkie nasze pierwsze razy”.
Iza Nowakowska-Teofilak: Akcja Łatwoganga i Bedoesa z kwietnia tego roku zapisze się chyba złotymi zgłoskami w historii internetu. Jaka była twoja pierwsza myśl po jej zakończeniu?
Joanna Flis: To wydarzenie pokazało, jak bardzo dorośli nie doceniają generacji Z i jak mocno upraszczają obraz internetu, skupiając się głównie na jego negatywach.
Często słyszy się, że młodzi są bierni i roszczeniowi, a internet to dla nich głównie rozrywka. Tymczasem wielu z nich traktuje go jako przestrzeń rozwoju i inspiracji, śledząc twórców pokazujących projekty, podróże czy działania społeczne.
Problemem nie jest internet sam w sobie, lecz dostęp do niewłaściwych treści i wzorców – dokładnie tak samo jak w każdej innej przestrzeni życia społecznego.
Zastanawiam się jednak, jak to się stało, że ten 23-letni chłopak przekonał do swojego przedsięwzięcia tylu ludzi.
Kluczowym elementem tej historii okazała się autentyczność. Zadziałały wartości, które dziś stały się deficytowe: pokora, szczere intencje, zaangażowanie, wytrwałość i poczucie wspólnoty. W tej akcji nie było gwiazdorzenia ani budowania własnej marki kosztem celu.
Organizatorzy świadomie oddzielali zbiórkę od typowej gry o zasięgi, lajki czy rozpoznawalność. Widać to było również w ich późniejszych działaniach – w ogromnej uważności i dojrzałości komunikacyjnej. Po streamie nie było nadmiernego udzielania wywiadów ani „pompowania” własnego wizerunku.
Tam, gdzie pojawiało się zainteresowanie mediów czy propozycje współpracy, konsekwentnie powracała jedna narracja: „To nie jest o nas, to jest o celu i o wspólnym działaniu”. Sukces był przedstawiany jako efekt wspólnoty, a nie zasługa jednej osoby. I to ciekawie kontrastuje z wieloletnimi obawami o pokolenie Z – że młodzi wychowani w mediach społecznościowych będą skupieni wyłącznie na sobie, na lajkach, followersach i autopromocji. Tymczasem dla wielu z nich „lajki” są dziś czymś neutralnym, wręcz przezroczystym – elementem codzienności, a nie walutą prestiżu. Coraz częściej widać też dystans wobec mechanizmów internetowej atencji i większą ostrożność wobec budowania sztucznego wizerunku niż u starszych pokoleń.
Młodzi bardzo dobrze potrafią oddzielać ziarno od plew, są wyjątkowo wyczuleni na fałsz i sztuczność. Zmęczeni treściami tworzonymi wyłącznie po to, by generować uwagę i monetyzację, przesuwają się w stronę autentyczności.
Z analiz wynika, że zetki używają w sieci mniej filtrów niż milenialsi, którzy dorastali w kulturze silnie promującej „wyjątkowość jednostki” i perfekcyjny wizerunek. Częściej wybierają szczerość, relacyjność, współtworzenie i inkluzywność. Być może właśnie dlatego potrafią tak skutecznie jednoczyć ludzi wokół czegoś naprawdę ważnego.
Dla mnie szczególnie poruszające było to, jak prowadzący stream angażował widzów, którzy z biernych odbiorców stawali się częścią wspólnoty. Ich głos był słyszany, pytano ich o zdanie, współtworzyli atmosferę wydarzenia. Nie bez znaczenia był też bardzo konkretny i jasno określony cel zbiórki. Ludzie dokładnie wiedzieli, komu pomagają i na co przeznaczane są środki. A obecność chorych dzieci i ich historii nadała całej akcji wymiaru niezwykle osobistego i emocjonalnego. Dzięki temu było jasne, dla kogo to wszystko się dzieje.
Mimo to w komentarzach w trakcie streamu i po jego zakończeniu, wiele osób wyrażało wątpliwości, na co tak naprawdę zostaną przeznaczone te środki.
Obsesyjne doszukiwanie się nieczystych intencji w pomaganiu mówi zwykle więcej o osobach, które wątpią, niż o tych, które działają. Zazwyczaj wynika to z ograniczonego zaufania do ludzi i potrzeby nieustannego oceniania cudzej moralności.
W naszej kulturze dość silna jest tendencja do rozliczania innych z pozycji wyższości moralnej – i dotyczy to nie tylko działań społecznych, ale wielu innych obszarów życia. W takim podejściu łatwo jednak „wylać dziecko z kąpielą”. Zamiast zauważać realne dobro i skuteczność działania, uwaga przesuwa się na podejrzliwość i szukanie ukrytych motywów.
Oczywiście nie chodzi o bezkrytyczny zachwyt ani o rezygnację z refleksji nad działaniami młodych. Jednak sposób, w jaki reagujemy na ich inicjatywy, ma znaczenie. Dlatego takie komentarze – często nieoparte na rzetelnej wiedzy, dezinformujące i deprecjonujące – budzą we mnie sporą irytację. Być może jako psycholożka powinnam reagować na nie większym dystansem, ale odbieram tę irytację jako granicę, którą moja psychika stawia wobec niezdrowych reakcji na sprawczość młodych ludzi.
Co istotne, często te same osoby, które dziś krytykują, wcześniej narzekały, że młodzi „nic nie robią”, „siedzą tylko w internecie”, są „roszczeniowi”, „nie poradzą sobie w pracy” i „świat przez nich upadnie”. Kiedy jednak pokazują organizację, zaangażowanie i skuteczność działania, pojawia się umniejszanie, podważanie intencji i szukanie dziury w całym. To klasyczny mechanizm podwójnego wiązania: z jednej strony oczekujemy od młodych sprawczości i inicjatywy, a z drugiej – gdy ją pokazują, odbieramy im ją albo deprecjonujemy, bo trudno nam czasem zaakceptować, że są odrębni, samodzielni i doskonale radzą sobie bez nas.
Czy pytanie o intencje osób angażujących się w pomaganie ma sens, skoro zachowania prospołeczne z natury wiążą się z obopólną korzyścią? W świecie ptaków altruizm jest skuteczną strategią ewolucyjną, zwiększającą szanse na przekazanie genów. „Opłacalność” pomagania jest wpisana w samą logikę natury.
I nie dotyczy to wyłącznie świata zwierząt. Kiedy antropolodzy i psychologowie ewolucyjni próbują wyjaśnić, dlaczego to właśnie Homo sapiens – jeden z wielu gatunków człowieka – przetrwał, bardzo często wskazują na rozwój zachowań altruistycznych i prospołecznych jako jedną z kluczowych przyczyn naszego sukcesu ewolucyjnego.
W znaleziskach archeologicznych pojawiają się szczątki osób z wyraźnymi niepełnosprawnościami czy chorobami, które to osoby przeżywały znacznie dłużej, niż byłoby to możliwe bez opieki innych członków grupy. To sugeruje, że w pewnym momencie historii gatunku ludzie zaczęli obejmować troską osoby słabsze i zależne, zamiast je wykluczać.
A rozwój empatii, współpracy i opieki nad innymi zwiększał szanse przetrwania całych grup.
Można więc powiedzieć, że zachowania prospołeczne nie są „dodatkiem” do człowieczeństwa, lecz jednym z jego fundamentów. Altruizm, aktywizm, dzielenie się, wspieranie innych zgodnie z własnymi wartościami, reagowanie na cierpienie drugiego człowieka czy zwykłe pocieszanie – wszystkie te formy działania wzmacniają więzi społeczne i budują wspólnotę. W tym sensie rzeczywiście trudno znaleźć zachowanie prospołeczne całkowicie pozbawione jakiejkolwiek korzyści dla osoby pomagającej. I dobrze, że tak jest, bo dzięki temu takie odruchy w ogóle istnieją.
Oczywiście zdarzają się również działania instrumentalne – podejmowane dla wizerunku, korzyści biznesowych czy kapitału społecznego, ale nawet wtedy pomoc pozostaje pomocą. Nie oznacza to oczywiście, że cel uświęca środki i że wszystko jest dopuszczalne.
Właśnie dlatego tak istotne było to, że Łatwogang konsekwentnie dbał o granice swojej akcji charytatywnej i odrzucał działania czy propozycje, które były nieetyczne albo mogły wypaczyć sens całego przedsięwzięcia.
Największym zaskoczeniem było to, jak stanowczo odciął się od polityki. Jak myślisz, czy taka postawa to kwestia tożsamości pokoleniowej? A może reakcji na wcześniejsze rozczarowania?
Mam poczucie, że przede wszystkim stoi za tym bardzo duża świadomość tego, że w działalności charytatywnej nie ma miejsca dla polityki. Rządzący mają swoją przestrzeń, w której mogą działać, podejmować decyzje i realnie wpływać na sytuacje różnych grup społecznych. To pokolenie wydaje się doskonale rozumieć, że polityka często bywa przestrzenią walki o władzę, interesy, że jest źródłem polaryzacji i właśnie dlatego młodzi coraz częściej nie chcą dawać się wciągać w te mechanizmy. Rzadziej identyfikują się bezwarunkowo z konkretnymi partiami, raczej przyglądają się rzeczywistości z dystansu. Myślę, że wynika to również z dostępu do różnorodnych źródeł informacji.
Dorastali w świecie internetu, gdzie treści nie są już wyłącznie filtrowane przez tradycyjne media czy telewizję. Mają możliwość konfrontowania różnych perspektyw, podważania narracji, zadawania pytań i formułowania własnych opinii. Wbrew stereotypom pokolenie Z myśli bardzo krytycznie, ma świadomość, co w tym kraju nie działa.
I właśnie temu dali wyraz w akcji Łatwoganga, na zasadzie: „Widzimy, że system zawodzi, ale nie będziemy tylko narzekać ani wpisywać się w kolejną wojnę plemienną. Po prostu zrobimy to po swojemu”. To jasne stawianie granic i niechęć do podpierania się jakimikolwiek „autorytetami”, pokazuje też, że młodzi ludzie nie są już tak podatni na efekt halo, czyli fascynację bliskością znanych i wpływowych osób, jak wcześniejsze pokolenia. Nie potrzebują ogrzewać się w blasku celebrytów czy politycznych liderów, by ich działania nabrały znaczenia.
A skąd właściwie u młodych ludzi bierze się ten pierwszy impuls do pomagania innym? Rodzimy się z taką gotowością czy jest to kwestia temperamentu, wychowania albo wpływu środowiska?
Do pomagania trzeba w pewnym sensie dorosnąć. Pierwsze zachowania prospołeczne pojawiają się dość wcześnie – już około drugiego roku życia: dziecko „karmi” lalkę, przytula misia, podaje dorosłemu przedmiot czy próbuje coś „naprawić” dla drugiej osoby. W wieku przedszkolnym dochodzi dzielenie się, pocieszanie i pierwsze reagowanie na emocje innych. Kluczowe jest wtedy wsparcie dorosłych – bo zachowania prospołeczne utrwalają się wtedy, gdy dziecko widzi, że jego gest ma znaczenie.
W wieku szkolnym rozwija się bardziej świadoma empatia, poczucie sprawiedliwości i rozumienie norm społecznych. Dzieci zaczynają dostrzegać, co jest fair, a co nie, oraz uczą się troski także o osoby spoza najbliższego kręgu. Tu ogromne znaczenie mają środowisko i doświadczenia, na przykład szkoły integracyjne czy sytuacje, które uczą wrażliwości na różnorodność i słabszych.
Dopiero w okresie dojrzewania altruizm może stać się elementem tożsamości. I myślę, że pokolenie milenialsów bardzo mocno to przeżyło m.in. dzięki WOŚP. Charakterystyczne serduszko stawało się komunikatem: jestem osobą, która pomaga, reaguję na krzywdę, jestem częścią czegoś większego.
To był ważny element społecznego dojrzewania. A stream Łatwoganga dobrze wpisuje się w ten kulturowy wzorzec.
Warto podkreślić, że była to akcja międzypokoleniowa. Młodzi ją stworzyli, ale starsi obdarzyli ją zaufaniem i dali wsparcie. Obecność osób publicznych działała jak sygnał: „Wierzymy wam i temu, co robicie”. I to pokazuje ważną rolę dorosłych. Nie chodzi o to, że młodzi potrzebują naszej zgody, żeby działać – bo poradzą sobie też bez niej. Ale nasze postawy mogą ich wzmacniać albo osłabiać. Możemy swoim zaufaniem dodawać im skrzydeł, legitymizować ich działania i pokazywać, że widzimy ich sprawczość.
Czy brak reakcji na potrzeby lub cierpienie innych zawsze oznacza brak empatii?
Niekoniecznie. Człowiek może bardzo silnie odczuwać cierpienie innych osób, a jednocześnie nie umieć przełożyć tego na adekwatne działanie.
Empatia sama w sobie nie kończy się przecież na dostrzeganiu czyjegoś bólu. To nie tylko „widzę” i „rozumiem”, ale również: „coś z tym robię”.
Jeśli ktoś został nauczony zdrowego reagowania na emocje i potrzeby innych, empatia może stać się motorem działań prospołecznych, wspierania czy zaangażowania społecznego. Ale jeśli nie nauczył się regulować własnego dyskomfortu związanego z cudzym cierpieniem, może reagować zupełnie inaczej – wycofaniem, irytacją, a nawet odrzuceniem drugiej osoby. Czasem słyszymy przecież: „męczy mnie to, że ktoś ciągle płacze”, „nie mam już siły słuchać cudzych problemów”, „to toksyczna osoba”. I rzeczywiście dziś bardzo łatwo etykietujemy innych w ten sposób. Problem polega na tym, że nie zawsze stoi za tym brak empatii. Bardzo często kryje się pod tym bezradność wobec własnego dyskomfortu.
Cierpienie drugiego człowieka uruchamia w nas trudne emocje, a my nie wiemy, co z nimi zrobić, więc próbujemy się od nich odciąć. Żyjemy dziś w świecie ogromnej liczby bodźców emocjonalnych – codziennie widzimy wojny, katastrofy, kryzysy, przemoc, tragedie innych ludzi, a nasz układ nerwowy ma swoje granice. A zatem zobojętnienie wobec cierpienia innych może być też mechanizmem obronnym. Kiedy cierpienia jest za dużo, człowiek czasem przestaje reagować nie dlatego, że nic nie czuje, ale dlatego, że jest przeciążony. Dlatego empatia i współczucie są dużo bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać.
Empatia często łączy się z syntonią, czyli sytuacją, w której nie tylko widzę cudze cierpienie, ale też w pewnym sensie je odczuwam, pojawia się we mnie wyraźny dyskomfort emocjonalny. I właśnie to bywa jednym z motorów działań prospołecznych: jeśli coś mnie „boli”, naturalnie chcę coś z tym zrobić, choćby po to, by zmniejszyć własne napięcie.
Stąd różne strategie radzenia sobie z empatią, których uczymy się kulturowo. Jedną z nich jest działanie – realna pomoc, która obniża zarówno cudze, jak i własne napięcie. To może prowadzić do zaangażowania, aktywizmu, może też jednak pojawić się zupełnie inna strategia: unikanie. Na przykład rezygnujemy z oglądania zbiórek na chore dzieci, bo są dla nas zbyt obciążające emocjonalnie. Nie dlatego, że jesteśmy obojętni, ale dlatego, że cierpienie, z którym się stykamy, jest dla nas trudne do uniesienia. W takiej sytuacji możemy też stosować inne mechanizmy: odwracanie uwagi, dystansowanie się, a czasem nawet racjonalizowanie czy dehumanizowanie. Pojawiają się wtedy myśli w rodzaju: „sam sobie na to zasłużył”, „to nie moja sprawa”, „inni mają gorzej”. Dzięki temu odzyskujemy psychiczne poczucie bezpieczeństwa i zmniejszamy własny dyskomfort. A więc nawet empatia ma swoje mroczne strony.
Jak zatem wychować człowieka wrażliwego na potrzeby innych, który pomimo swojej empatii nie będzie się nadmiernie obciążał wszystkimi nieszczęściami świata?
Wbrew pozorom odpowiedź jest dość prosta: jeśli pokażemy młodym ludziom, jak działać albo pomożemy im wydreptać konkretne ścieżki działania pod wpływem empatii – będą mogli ją przekładać na sprawcze reakcje. Czyli „nie tylko czuję, ale wiem, co mogę zrobić”. Dlatego kluczowe nie jest tylko to, żeby uczyć wrażliwości i pokazywać, gdzie są granice nadużycia (choć to też jest ważne), ale przede wszystkim to, żeby uczyć sprawczości.
Jaki wpływ na rozwój tożsamości młodych ludzi może mieć sukces akcji charytatywnej Łatwoganga? Świadomość, że ich rówieśnicy potrafią zorganizować coś tak spektakularnego bez wsparcia żadnych instytucji czy wielkich autorytetów.
Tym pytaniem dotykasz ważnego pojęcia emancypacji, bo w pewnym sensie ci młodzi ludzie tworzący stream Łatwoganga na naszych oczach się wyemancypowali: od schematów, od przekonania, że „bez systemu się nie da”, od myślenia, że zmiana musi przyjść z góry.
Tam, gdzie jest podatny grunt, czyli u osób, które mają podstawowe poczucie wiary w siebie, takie historie potrafią być ogromnie mobilizujące. Informacja „da się”, „można samemu” działa jak zapłon, może budzić energię, ciekawość, chęć działania i poczucie, że mogę coś zrobić, nawet na swoją skalę. Jeśli jednak u młodego człowieka dominuje krytyka, umniejszanie czy deprecjonowanie takich działań, może to być sygnał, że warto przyjrzeć się nie tylko jego relacji ze światem, ale przede wszystkim poczuciu sprawczości, wartości i wolności. Dopiero gdy te obszary są zaopiekowane, sukcesy innych przestają być zagrożeniem, a mogą stać się impulsem do własnego wzrostu.
Joanna Flis, psycholożka, badaczka, autorka podcastu i książki „Madame Monday – po dorosłemu”. Na zwierciadlo.pl można posłuchać cyklu jej podcastów o współuzależnieniu „FLISolo”. Współautorka Złotego Standardu Pomocy Psychologicznej towarzyszącego programowi profilaktycznemu „MŁODE GŁOWY” oraz ekspertka w projekcie MŁODE GŁOWY.
„MŁODE GŁOWY. Otwarcie o zdrowiu psychicznym” to projekt edukacyjny Fundacji UNAWEZA Martyny Wojciechowskiej. Skierowany jest do młodych osób, ich rodziców i nauczycieli. Bezpłatny program profilaktyczny realizowany w ramach projektu obejmuje zasięgiem już ponad milion osób w całej Polsce. Obecnie działania koncentrują się na edukacji w zakresie Pierwszej Pomocy dla Zdrowia Psychicznego. Więcej informacji: helppp.pl oraz mlodeglowy.pl.