Dawny czar Juraty odżywa na nowo! Rok temu ponownie otworzył się legendarny Hotel Lido, w tym roku przed majówką pierwszych gości powitała mieszcząca się w nim restauracja Szpas, w której autorskie menu, inspirowane kuchnią kaszubską, tworzy trójmiejska legenda – Marcin Popielarz. Miejsce ma działać przez cały rok i karmić nie tylko turystów, ale i mieszkańców Półwyspu Helskiego.
Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.
Lido to jeden z symboli Juraty. Jak przypomina Marcin Zbroszczyk, menadżer restauracji, hotel był pierwszym miejscem na półwyspie, które w latach 30. ubiegłego wieku miało bezpośrednie połączenie telefoniczne z Paryżem. – Przebywały w nim zarówno postaci ówczesnych elit politycznych, prezydent Ignacy Mościcki czy Władysław Sikorski, jak i artystycznych: Wojciech Kossak, Loda Halama czy Jan Kiepura. Latem w Lido bywali zarówno ci najważniejsi, jak i ci najbardziej znani. I ta historia jest tu wciąż żywa – zapewnia. – Po wojnie nastał komunizm, Jurata utraciła dawny blask, ale w latach 70. i 80. na nowo stała się miejscem spotkań artystycznych, już mniej politycznych, choć posiadłość prezydenta jest całkiem niedaleko stąd.
Sam hotel uległ rozbudowie – najpierw w roku 1998, potem w 2024. – Dokładnie 29 kwietnia 2025 roku do nowego Lido przyjechał pierwszy gość. Pamiętam to dobrze, bo wręczyłem mu butelkę wina musującego na powitanie. Był to jednocześnie pierwszy dzień działania naszego hotelu – wspomina Marcin.
Michał Jeka, właściciel BlueApart (firmy, która zarządza apartamentami na Półwyspie Helskim, w Jastarni, Juracie, w Helu oraz w Mechelinkach, gdzie sam mieszka), mówi, że hotel dysponował wtedy 50 apartamentami (dziś jest ich 114), zewnętrznym basenem oraz strefą wellness i spa. No i nie miał jeszcze restauracji.
Hotel Lido (Fot. Magda Klimczak)
– Początkowo chcieliśmy tę przestrzeń wykończyć i wydzierżawić, ale stało się inaczej. Pewnego wieczoru, kiedy usypiałem dzieci i odruchowo scrollowałem Instagram, wyskoczyła mi rolka z Marcinem Popielarzem. Napisałem spontanicznie wiadomość, odpisał, żebym wpadł do niego do Hotelu Quadrille, jednego z kilku miejsc, w których odpowiada za kuchnię. Ostatecznie postanowiłem, że poprowadzimy tę restaurację sami, z nim jako mistrzem kuchni. Dziś jestem przekonany, że Szpas po prostu narodził się z dobrej energii, jakby ktoś prowadził nas po sznurku. Zainteresowanie gości od dnia otwarcia przerosło nasze oczekiwania. Mam wrażenie, że była duża potrzeba, żeby na Helu pojawiła się restauracja z aspiracjami i my tę lukę wypełniliśmy. Chcemy, by to było miejsce, w którym poczuje się dobrze zarówno ktoś, kto jest elegancko ubrany i przyszedł na randkę, jak i ktoś, kto wszedł tu prosto z plaży w japonkach i w krótkich spodenkach. Do którego będzie chciał przyjechać gość z Trójmiasta, przejść się plażą, zjeść obiad, kolację i albo zostać na noc, albo wrócić do siebie.
Szpas zaczął działać niemal dokładnie rok po otwarciu hotelu, 2 kwietnia. – Zależało nam na tym, by przed majówką, czyli przed początkiem sezonu, zespół miał czas zapoznać się ze sobą i wypracować pewne rozwiązania i procedury – tłumaczy Marcin Popielarz.
– Chcieliśmy najpierw się przedstawić lokalnym gościom, ale też tym, którzy przyjeżdżają do nas w innych sezonach niż w letnim. Wielu z nich łączy z Juratą osobista historia, na przykład poznali się tu 20, 30, 50 lat temu i mieli w Lido swoją pierwszą randkę. Doceniają, że stawiamy na lokalność, że można u nas się napić wina z pobliskich Mostów czy kawy z Rumii.
Restauracja serwuje ryby, ale nie tylko. W menu obok zupy rybnej z panierowanym dorszem jest na przykład genialna szczawiowa z wędzonym żebrem i panierowanym jajkiem na górze. Hitowym daniem stał się już schabowy z pitną mizerią.
– Jest w niej fenkuł, jest ogórek, jest espuma ze śmietany. Naszą mizerię da się i zjeść, i wypić, bo podajemy ją w filiżance do herbaty – wyjaśnia Marcin. – W końcu szpas to po kaszubsku żart, figiel, dowcip. Kaszubi zawsze lubili robić coś dla frajdy, dla szpasu. My też lubimy puszczać oko do gości. No bo czy nie po to właśnie przychodzi się do restauracji – po zachwyt, zaskoczenie? Przy obecnym stanie technologii każdy może sobie zrobić nawet najbardziej skomplikowane danie w domu, choć nie zawsze udaje się odtworzyć jego niepowtarzalny smak. My przychodzimy tu nie jak do kuchni, ale jak na widowisko. W Szpasie to widowisko staramy się zapewnić w neobistrowy sposób. Wspomniany schabowy jest panierowany i – co bardzo istotne – smażony na smalcu na żeliwnej patelni, a na nim jest kozia broda. Wszyscy kojarzą, że to grzyb, ale tak naprawdę to roślina wyglądem przypominająca gąbczasty twór, bardzo wymagająca przy czyszczeniu, ale dająca cudowny chrupko-orzechowy posmak.
Michał Jeka i Marcin Zbroszczyk (Fot. Magda Klimczak)
W Szpasie można też zjeść całego turbota z pieca albo halibuta, z frytkami i zielonymi sałatami. Za kilka miesięcy pojawi się węgorz. – Ryby są u nas podawane sezonowo i tak, jak zwykle jadało się je na wczasach – mówi Marcin Zbroszczyk. Zresztą klimat domów wczasowych świetnie przywołuje tutejsza zastawa. Biała z zieloną obwódką i sygnetem Szpasu, który przypomina dwie ryby. – Wybraliśmy zielony, bo to kolor dna morskiego i glonów – dodaje menadżer.
– Ale proszę jeszcze zwrócić uwagę na talerze na pieczywo. Zaprojektowała je dla nas Barbara Pol ze Studia 1210c, wyglądają trochę jak dno morskie, a trochę jak wydma. Każdy ma inny kształt. Serwowane na nich pieczywo jest wypiekane specjalnie dla gości, odpowiada za to sam Marcin Popielarz i jego Hewelke Restaurant & Bakery w Gdańsku. Witamy gości chlebem, a żegnamy mlecznymi kruszami, czyli kaszubskimi krówkami. Jeśli chodzi o napoje, polecam napar z młodych pędów sosny. Nie może być inaczej, skoro półwysep słynie z sosnowych lasów.
Marcin mieszka na półwyspie od około roku, przeprowadził się tu po spotkaniu z Michałem Jeką. – Michał jest bardzo bezpośredni, otwarty i szczery, czym mnie od razu kupił. Ale do tego, żeby przenieść się tu z Poznania, ostatecznie przekonał mnie Mateusz Pyś, współwłaściciel BlueApart. Powiedział: „W Poznaniu nie ma wiatru, a tu jest świetny” – śmieje się Marcin. Ale za chwilę dodaje, że być może odezwała się w nim krew przodków – w końcu ma korzenie litewsko-łotewskie.
Z kolei Michał lubi mówić o sobie, że jest pół-Kaszubem, jego ojciec pochodzi z Władysławowa, mama jest z Częstochowy. Długo mieszkał na Dolnym Śląsku, ale w każde wakacje pracował jako ratownik na plaży we Władysławowie. Tam poznał swojego wspólnika Mateusza. Dziś są partnerami nie tylko w biznesie, ale i w stosunkowo młodej dyscyplinie sportu o nazwie swimrun. – To połączenie biegów trailowych z pływaniem open water. Rywalizacji z obcowaniem z dziką naturą. Zawodnicy w parach przemieszczają się z wyspy na wyspę, płynąc i biegnąc na zmianę. Całe zawody trwają nawet 11 godzin i przez ten czas doświadcza się tylu emocji, ilu niektórzy doświadczają w ciągu całego życia – opowiada Michał. I dodaje: – Z Mateuszem świetnie się tu uzupełniamy, ja jestem lepszym pływakiem, on – biegaczem, więc jak jeden z nas ma kryzys, to drugi go ciągnie do przodu.
W tym roku zakwalifikowali się do mistrzostw świata w ÖtillÖ w Szwecji, których trasa przecina 24 wyspy Archipelagu Sztokholmskiego na odległości 75 kilometrów, w tym 10 kilometrów pływania w Morzu Bałtyckim. Intensywne treningi starają się łączyć z prowadzeniem biznesu. Za to Marcin w wolnych chwilach z zamiłowaniem wgryza się w kuchnię i kulturę Kaszub.
– Zawsze fascynowała mnie kuchnia historyczna. Współcześnie trudno ją kultywować ze względu choćby na różnicę w jakości produktów. W Polsce robi to świetnie Maciek Nowicki w Wilanowie, właściwie odtwarzając staropolskie receptury. W Szpasie chcemy serwować kuchnię nowoczesną, ale silnie inspirowaną kuchnią kaszubską.
(Fot. Magda Klimczak)
A co się jadało dawniej na Półwyspie Helskim? – Ziemie były tu nieurodzajne, więc jedyną drogą rozwoju kulinarnego było rybołóstwo, w dodatku rybołóstwo morskie, bardzo ryzykowne – opowiada Marcin. – Śmiertelność maszopów, czyli po kaszubsku rybaków, była wysoka, zaczęli więc zrzeszać się w maszoperie, stowarzyszenia, w których dominuje równość i solidarność i które istnieją do dzisiaj.
W maszoperii każdy dba o każdego, rybacy mieli więc wspólne sieci, pilnowali, żeby inne maszoperie im ich nie kradły. Dzielili się połowami i zyskami ze sprzedaży ryb, ale też wspierali finansowo wdowy po tych, co zginęli na morzu. Jedynym celem maszopów było to, by ich rodziny żyły z rybołówstwa. Łowiono łososie, węgorze, śledzie i makrele. Dlatego też my dzisiaj serwujemy szpasowe śledzie, marynowane w soku z buraka, czyli lekko różowe, podawane na chrupiących plackach ziemniaczanych ze śmietaną. Wszystko się tu zgadza. Mamy ziemniaki, które na półwyspie były bardzo długo podstawą wyżywienia. I całkiem możliwe, że smażono z nich także placki – w końcu tłuszcze były wtedy znane, hodowano zarówno krowy, jak i świnie. Mamy buraki, które jako warzywa korzenne mogły być jak najbardziej hodowane na Helu. I mamy śmietanę od wspomnianych krów. Mamy więc na tym talerzu pełną reprezentację Kaszub.