1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Aktorka, scenarzystka, producentka. Lena Góra: „Jestem atletką energetyczną już tak długo, że ciało w końcu się buntuje”

Aktorka, scenarzystka, producentka. Lena Góra: „Jestem atletką energetyczną już tak długo, że ciało w końcu się buntuje”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. Anna Bloda)
(Fot. Anna Bloda)

Odsłuchaj artykuł

Zofia Fabjanowska - Aktorka, scenarzystka, producentka. Lena Góra: „Jestem atletką energetyczną już tak długo, że ciało w końcu się buntuje”

00:00 21:22
15s
0,5 x
15s
Gdzie się pojawi, tam sporo się dzieje. Odebrała już statuetkę za współprodukcję jednego z najważniejszych filmów zeszłego roku, właśnie jest w trakcie zdjęć do serialu, współtworzyła też polsko-amerykańską „Erupcję”. Po drodze zdążyła jeszcze wyskoczyć na chwilę za ocean. Lena Góra sama przyznaje, że ma w sobie ogień, który pcha ją do przodu, nakręca, ale może być też niebezpieczny.

Spis treści:

  1. Lena Góra o Nowym Jorku: „Czuć tu ducha rebelii”
  2. Lena Góra o Charli XCX: „Nie miałam pojęcia, kto to jest”
  3. Lena Góra o miłości: „Nagle brokat opada”
  4. Dlaczego Lena Góra została producentką? „Dobre kino potrzebuje wsparcia”
  5. Lena Góra: „Jestem atletką energetyczną już tak długo, że ciało w końcu się buntuje”

  • Nowy Jork jest jej amerykańską bazą, Warszawa – miejscem, w którym powstała „Erupcja”. Lena Góra opowiada o życiu pomiędzy dwoma światami, swoich ulubionych miejscach na Manhattanie i filmie, który wraz z Peterem Ohsem zrobiła niezależnie, bez dofinansowania i bez gotowego scenariusza.
  • Charli XCX przyleciała do Warszawy w samym środku #bratsummer, a Lena Góra… początkowo nie miała pojęcia, kim jest. Aktorka zdradza kulisy ich spotkania i opowiada, jak wyglądało partyzanckie kręcenie „Erupcji” na warszawskich ulicach.
  • „Nagle brokat opada” – mówi o momencie, kiedy zauroczenie mija i zaczynamy dostrzegać drugą osobę taką, jaka naprawdę jest. Rozmowa o „Erupcji” prowadzi więc również do bardzo osobistej opowieści o miłości, wyniesionych z domu wzorcach i relacjach, w których fajerwerki nie zawsze oznaczają coś dobrego.
  • Dziś Lena Góra jest nie tylko aktorką i scenarzystką, lecz także producentką, która chce wspierać dobre kino.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 06/2026.

Lena Góra o Nowym Jorku: „Czuć tu ducha rebelii”

Zofia Fabjanowska: Cieszę się, że udało nam się złapać mimo twojego wyjazdu i różnicy czasu. I że rozmawiamy, choć dopadł cię jetlag.

Lena Góra: Idealny moment. Jest siódma rano, a ja nie mogę spać [śmiech].

Stęskniłaś się za Nowym Jorkiem?

Jak zawsze. To moja baza w Ameryce, nie mogę się doczekać, aż odwiedzę moje ukochane miejscówki. Kiedyś tęskniłam też za Los Angeles, gdzie mieszkałam w sumie 11 lat, ale teraz LA przeżywa ciężki moment: miasto mocno się w ostatnim czasie zmieniło, przeszło bolesną dla mnie metamorfozę.

Natomiast Nowy Jork – w tych dzisiejszych czasach, kiedy w Ameryce jest, jak jest – nie tylko się nie zmienił na gorsze, ale i zyskał jakąś świeżość. Duża w tym zasługa first muslim mayor, nowego burmistrza, Zohrana Mamdaniego. Jest w tym wspaniałym mieście coś bardzo europejskiego, czuć tu ducha rebelii. A ja lubię miejsca anarchistycznie nastawione do systemu.

Mam też szczęście, że mogę mieszkać w niesamowitej części miasta – na Hudson Square na dolnym Manhattanie, w okolicach SoHo. Mam tu swoje miejsce, dzielę od lat przestrzeń z pewnym artystą, zresztą popatrz, jak to wygląda, ile tu świetnej sztuki i te okna! [Lena pokazuje wnętrza dwupoziomowego loftu z wysokimi na kilka metrów pofabrycznymi oknami – przyp. aut.]. Świetnie się tutaj odpoczywa.

(Fot. Anna Bloda) (Fot. Anna Bloda)

Jestem ciekawa, jak wygląda mapa twoich ukochanych nowojorskich miejscówek. Gdzie zawsze obowiązkowo wpadasz, kiedy jesteś w mieście?

autopromocja
750x300_srodtekst_artykul (4).webp

Moje ścieżki prowadzą przede wszystkim przez East Village i Lower East Side. Na kawę chodzę do Abraço, superklimatycznej kawiarni w East Village. Albo do ikonicznego Bowery Hotel, na styku tych dwóch dzielnic, gdzie mają genialne blueberry pancakes, grube, puszyste naleśniki z jagodami. Dokładnie takie, jakie robią amerykańskie babcie.

Mieć „swoją” kawiarnię w Nowym Jorku to absolutna podstawa. Po drodze często zahaczam o irański sklepik z szachami, w które uwielbiam grać, a tam można rozegrać partyjkę z właścicielem, na tyłach sklepu. Oprócz tego zawsze odwiedzam małe księgarnie pochowane po całej okolicy. Jak się do którejś z nich wejdzie, nie da się wyjść, nigdzie indziej nie znajdziesz takich skarbów!

Co jeszcze? Koło Abraço odkryłam jakiś czas temu Tokio Seven, japoński butik vintage’owy. No to jest naprawdę sick shit! Raczej droższy niż tańszy, ale w porównaniu z warszawsko-mokotowskimi cenami wcale nie jest szokująco drogo. Mogłabym tak wymieniać, mam sporo sprawdzonych adresów, ale tak naprawdę najfajniej się w Nowym Jorku zgubić, zwłaszcza że bez przerwy otwiera się coś nowego. No i ludzie. W Stanach to jest normalne, że idziesz na kawę i człowiek, który ci ją serwuje, niepytany, opowiada ci wszystko, co mu się tego dnia zdarzyło. A zaraz potem w parku podchodzi do ciebie starsza pani, która już w ogóle opowiada ci całe swoje życie, od wczesnego dzieciństwa.

Choć w sumie, jak o tym teraz myślę, to się jakoś niespecjalnie różni od tego, co mi się przydarza na warszawskiej Pradze. Nawet panią z praskiego warzywniaka – zawsze wydawała się wyniosła i generalnie niezbyt grzeczna – udało mi się zaczarować i jesteśmy teraz ziomalkami.

Okazało się, że gdzieś tam pod maską wyniosłości kryje się dobre, szczere serce. Bardzo lubię takie spotkania, takie doświadczenia, i w życiu, i w kinie. Uwielbiam filmy o everyday normal people, jakie kręcą Jim Jarmush czy Wim Wenders. Z tej samej potrzeby i energii powstała „Erupcja”.

Rozmawiamy chwilę przed amerykańską premierą tego filmu. Rozumiem, że między innymi dlatego jesteś w Nowym Jorku?

Tak, pokazujemy premierowo „Erupcję” w MoMA, a zaraz potem wracam do Polski, na plan serialu „Przesmyk”.

Śmiesznie się złożyło. Ty pokażesz amerykańskiej publiczności „Erupcję”, a ja siedzę i rozmawiam z tobą właśnie na warszawskiej Pradze. Rzut beretem od uroczej małej kwiaciarni, którą prowadzi twoja filmowa bohaterka Nel.

Kiedy szukaliśmy odpowiedniej lokalizacji i trafiliśmy w to konkretne miejsce, okazało się, że prowadzi je świetna florystka i w ogóle świetna dziewczyna. Nie tylko zgodziła się, żebyśmy u niej kręcili, ale też uczyła mnie, jak traktować kwiaty, żeby żyły jak najdłużej i żeby ze mną współpracowały. Pokazała, w jaki sposób układa się bukiety, jaka to piękna, spokojna robota, do której potrzebne są namysł i uważność. Pomyśl choćby o kwiatach maku – cieniutkich jak bibułka – wystarczy mocniej dmuchnąć, żeby je zniszczyć.

Chciałam, żeby moja postać pracowała w kwiaciarni, tak to sobie wymarzyłam. Żeby miała na co dzień kontakt z naturą, mimo że żyje w samym środku miasta. Dzięki temu, że mogliśmy zrobić film zupełnie niezależnie – zebrała się grupa ludzi, którzy się lubią, szanują i chcą coś razem stworzyć – byliśmy wszyscy w ekipie otwarci na to, by czerpać z własnych, osobistych doświadczeń. Z tego, co nas inspiruje.

Mnie szczególnie interesowała postać pięknej młodej Polki, jakich znam wiele i jakie uwielbiam. Postać dziewczyny, która latem plecie sobie z kwiatów wianki na głowę, a w dzieciństwie pewnie topiła Marzannę. Co dziś nie przeszkadza jej – przy całej jej zwiewności, efemeryczności i miękkości – słuchać techno i palić fajek [śmiech].

Taka jest właśnie Nel, ale takie są też Maja i Ula, czyli Maja Michnacka i Agata Trzebuchowska. Jedna gra moją siostrę, druga moją dziewczynę. To kompletnie inne bohaterki niż Bethany, przebojowa, mocna postać rysowana grubą kreską.

Parę lat temu współtworzyłaś lustrzany projekt. Lustrzany, bo film „Roving Woman” nakręcił na kalifornijskiej pustyni reżyser Michał Chmielewski. A zrealizowaną w Warszawie „Erupcję” reżyseruje Amerykanin Peter Ohs.

Tak, to słowo idealnie tu pasuje. Dla mnie siłą napędową jest właśnie ta dziwna lustrzana perspektywa, kogoś trochę stąd, trochę z zewnątrz. Co się stanie, jeśli zestawi się ze sobą te dwa różne spojrzenia, dwie różne strony? To mnie właśnie najbardziej interesuje, bo ja sama jestem z „pomiędzy”.

To ty namówiłaś Pete’a Ohsa na „Erupcję”?

Nie musiałam go namawiać, a nawet trochę się martwiłam, czy w ogóle będę w stanie wykroić czas na nakręcenie jeszcze tego filmu. Poznaliśmy się z Pete’em na panelu dyskusyjnym organizowanym we Wrocławiu w ramach American Film Festival. Oboje byliśmy tam gośćmi, rozmawialiśmy o kinie i kiedy panel się skończył, a my zeszliśmy ze sceny, powiedział mi, że widział „Roving Woman”. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że podobnie pracujemy, można by coś zrobić razem. Po drodze sporo się jeszcze wydarzyło, ale kiedy już zaczęliśmy kręcić „Erupcję”, praca poszła nam niesamowicie gładko i sprawnie. Mimo że kręciliśmy w specyficzny sposób – nie mieliśmy scenariusza, tylko jego zarys. Już w trakcie zdjęć co wieczór siadaliśmy i naradzaliśmy się, co stanie się dalej, jak potoczy się ta historia.

W ten sposób powstał cały nasz film, całkowicie, jak już mówiłam, niezależny, kręciliśmy go bez żadnego dofinansowania. To o tyle zabawne, że znam mnóstwo przypadków, kiedy ludzie nie ruszają z miejsca, próbując zdobyć odpowiedni budżet. My po prostu się spotkaliśmy i zrobiliśmy wspólnie projekt, który mieliśmy ochotę zrobić.

Lena Góra o Charli XCX: „Nie miałam pojęcia, kto to jest”

A jak to się stało, że do obsady trafiła Charli XCX? Brytyjska piosenkarka, której album „Brat” okazał się nie tylko sukcesem muzycznym, ale i zjawiskiem społeczno-kulturowym, kiedy hashtag #bratsummer podbił internet i stał się międzynarodowym trendem.

Pete niedawno umieścił u siebie na Instagramie post ze zdjęciem, na którym widać nas dwie, totalnie roześmiane, i dodał skan starej wiadomości do mnie, w której pisał, że poznał taką dziewczynę, że nazywa się Charli i namówił ją, żeby zagrała u nas w filmie. Na co ja odpisuję, że nie mam pojęcia, kto to jest [śmiech]. Wtedy faktycznie jeszcze nie wiedziałam.

Charli przyleciała do Warszawy w samym środku #bratsummer. W momencie, nomen omen, erupcji jej sławy. Przyleciała bez ochroniarzy i bez menedżerów. I sama, jak sądzę, była nieźle zaskoczona tym, co się wokół niej działo. Myślę, że gdybyśmy zaczęli kręcić dosłownie chwilę później, byłoby to już niemożliwe, a w każdym razie nie poszłoby nam aż tak gładko.

Mogliście swobodnie kręcić na ulicach Warszawy czy trzeba było pobyt Charli utrzymywać w tajemnicy?

W tajemnicy utrzymać się tego nie dało, nawet nie próbowaliśmy. Śmieszne, bo powstała na Instagramie grupa – ludzie próbowali wyśledzić, gdzie akurat jesteśmy, gdzie kręcimy, należały do niej najróżniejsze osoby, które pisały na przykład: „Teraz widzieliśmy Lenę i Charli pod Pizzaiolo przy Kruczej”. Przy okazji potwierdziło się, że Warszawiacy czy w ogóle Polacy są zajebiści, że u nas ludzie naprawdę mają klasę. Nie było żadnej nagonki, dziwnych akcji. Myśmy przecież uprawiali filmową partyzantkę: kręciliśmy z ręki, na zewnątrz, wśród prawdziwych przechodniów. I kiedy zaczęły się ustawiać kolejki do Charli, ludzie grzecznie czekali, aż skończymy, dopiero po zdjęciach podchodzili przybić piątkę.

Lena Góra o miłości: „Nagle brokat opada”

Bethany, czyli bohaterka grana przez Charli, rzuciła kiedyś twoją Nel. Po latach znowu się spotykają, tyle że Bethany ma chłopaka, z którym ma się wkrótce zaręczyć. Czy wasz film opowiada o przyjaźni po miłości? O tym, że można być blisko z osobą, którą się kiedyś kochało, tyle że teraz już na innych zasadach?

Ciekawe, że tak to odebrałaś. Właśnie dlatego warto robić sztukę – pamiętam, jak mój ojciec, malarz, mi to powtarzał. Wkurzało go, kiedy ktoś prosił, żeby mu objaśnić, co przedstawia jego obraz. W takich przypadkach odpowiadał zawsze: „Nie wiem, ja go tylko namalowałem, ty mi powiedz, o czym on dla ciebie jest”.

O naszym filmie mogę powiedzieć na pewno, że budując postać Nel, myślałam o pewnej konkretnej osobie, znam kogoś takiego w realnym życiu. To jest akurat chłopak, ale dokładnie tak jak Nel po bolesnym rozstaniu stwierdził, że drugi raz już nie da się zranić. Porzucił swoje dotychczasowe życie, zwolnił, odnalazł się w zupełnie innej niż dotychczas, zwykłej, spokojnej codzienności.

Filmowa Nel znalazła ukojenie w kwiatach, ale czy na pewno osiągnęła spokój? Dla mnie to jest historia nie tyle miłości, co raczej zakochania. Wydaje ci się, że kogoś kochasz, a potem widzisz tę osobę po latach i jeszcze nie do końca wiesz, co o niej myśleć, jakieś ślady zauroczenia w tobie zostały, ale w końcu następuje moment, kiedy dociera do ciebie to wszystko, czego wcześniej nie widziałaś. Moment oświecenia. Nagle brokat opada, a ty widzisz, że te wszystkie gierki, manipulacje już cię nie dotyczą, już się nie dajesz na nie nabrać. Pamiętasz scenę, pod koniec filmu, w której Nel płacze? Wiele osób pytało mnie, dlaczego. Każdy znajdzie swoją odpowiedź, ale dla mnie to jest ta chwila, kiedy ona wreszcie naprawdę widzi Bethany. Nie zakładane przez nią maski, nie własne zauroczenie. Długo myślałam, jak tę scenę zagrać, zagrałam ją z wielkim smutkiem. Mimo że przecież moja postać się z czegoś wyzwala. Z czegoś toksycznego, co zaważyło na kilku ostatnich latach jej życia i co nie pozwalało jej się otworzyć na nowy związek, sto razy bardziej obiecujący, bez całego tego czarowania i manipulowania.

Problem w tym, że nie tylko Nel, ale i całkiem sporo z nas wierzy, że prawdziwa miłość to fajerwerki, podkręcone emocje, że jeśli ma być romantycznie, musi być burzliwie. Winę za to ponosi między innymi właśnie kino, nasiąkamy filmowymi kliszami, szukając w życiu odpowiedników „uroczych drani”, niekoniecznie, oczywiście, płci męskiej.

Właśnie lecąc tutaj, w samolocie, słuchałam świetnego podcastu o stylach przywiązania, w jaki sposób doświadczenia z dzieciństwa determinują to, jak później angażujemy się w romantyczne relacje. Ziomek, który ten cykl podcastów prowadzi, nazywa się Jay Shetty, pewnie o nim słyszałaś. To ten sam gość, któremu ostatnio udało się namówić Madonnę na pierwszy od niepamiętnych czasów wywiad.

Shetty dużo miejsca poświęca też technikom dobrej komunikacji w związku. Temu, jak prosto mówić o swoich oczekiwaniach i emocjach, żeby nie eskalować konfliktów. No wiesz, takie najbardziej basicowe „Chciałabym, żebyś…”, „To, co próbuję ci powiedzieć, to…”, „Jeśli tak się zachowujesz, to ja czuję się tak i tak”.

Zobacz, często myśli się, że ten rodzaj komunikacji jest nienaturalny, że to tak, jakby rozmawiały ze sobą roboty albo jakbyśmy załatwiali sprawę w urzędzie. Bo to jest za proste, za bardzo konkretne, żeby mogło być seksowne. Gdzie tu romantyzm? A mnie się to wydaje genialne i właśnie totalnie seksowne.

Jasne, że nie zawsze tak myślałam. Wystarczy obejrzeć „Imago” [nagrodzony Srebrnymi Lwami film inspirowany życiorysem mamy Leny – przyp. red.], żeby się domyślić, jaki wzorzec faceta wyniosłam z domu – mój ojciec był bardzo o sobie, wszystko musiało się kręcić wokół jego sztuki, czyli też wokół niego jako artysty. Nasiąknęłam tym jako dziecko i potem szukałam sobie chłopaków, w których niewiele było z dawcy, opiekuna, kogoś, komu sprawia przyjemność uszczęśliwianie drugiej osoby. Kawał mojej dorosłości to staranie, żeby się już więcej nie zakochiwać w takich typach. Kluczowe były dla mnie w tym procesie momenty, kiedy przez gęstą warstwę zakochania dostrzegałam nagle, jak jest naprawdę. Czar pryskał, otwierały mi się oczy. Dlatego fajnie, że coś się wreszcie zmienia, że kino się trochę opamiętało i coraz częściej trzyma stronę nie tych przebojowych, głośnych, egzotycznych postaci, ale tych cichszych, zwyczajniejszych.

Dlaczego Lena Góra została producentką? „Dobre kino potrzebuje wsparcia”

Pamiętam, jak przy okazji naszego poprzedniego wywiadu mówiłaś, że warto robić swoje: tworzyć mosty, łączyć ludzi, wspierać talenty i dobre pomysły. Ostatnio zaskoczyłaś mnie, odbierając na Gali Orłów nagrodę jako jedna z producentek „Domu dobrego”, jednego z najważniejszych, jeśli nie najważniejszego z polskich filmów zeszłego roku. Nie miałam pojęcia, że zaangażowałaś się w jego produkcję. Przy okazji dotarło do mnie, że w naszym kraju niewiele aktorek jest jednocześnie producentkami, jakoś się to jeszcze u nas nie przyjęło. Dlaczego ty to robisz?

Pamiętasz, mówiłam ci wtedy również o tym, że bardzo wierzę w swój tribe. W plemię swoich ludzi, których łączy podobna wrażliwość i którzy się wspierają. A wierzę, odkąd udało mi się pozyskać do „Roving Woman” Wima Wendersa jako producenta. Po prostu napisałam do niego maila, nikt mnie nie polecił, nie miałam żadnych pleców. No i teraz pojawia się w tej opowieści Wojciech Gostomczyk, główny producent filmu „Dom dobry”. Wojtek to także jest człowiek z mojego tribe’u, on też wspierał mnie przy „Roving Woman”, więc kiedy dostałam od niego propozycję koprodukowania „Domu dobrego”, uważałam za naturalne, że w to wchodzę. Tyle, jeśli chodzi o szczegóły tej współpracy, a tak generalnie chodzi po prostu o to, że dobre kino potrzebuje wsparcia. A ja nie tylko chcę je wspierać, ale też umiem to robić.

How to sell art, jak sprzedać sztukę? Zdecydowanie nauczyła mnie tego Ameryka, mam wrażenie, że w Polsce za mało się o tym myśli. Jakby pozyskiwanie pieniędzy dotyczyło tylko filmów czysto komercyjnych. Na pewno nie nauczyłam się tego w domu, bo oboje moi rodzice byli fatalnymi biznesmenami.

Mama – artystka totalna, ojciec – artysta totalny. A w lodówce pusto. Wiem, mówiłam o tym wielokrotnie, ale tak rzeczywiście było. To może świetnie brzmieć jako anegdota, słodkie wspomnienie artystycznej bohemy, ale jak się ma osiem lat i trzeba non stop jeść płatki z mlekiem, można się wkurzyć. Strasznie mi było smutno, że sztuki moich rodziców nie mogła oglądać szersza publiczność. I chyba właśnie z tego smutku i wkurwu nauczyłam się to robić – zrobiłam w życiu wiele, żeby nauczyć się mądrze wspierać sztukę. A tak generalnie, to uważam, że warto inwestować w kino, zamiast załamywać ręce, że kino artystyczne czeka zagłada.

Lena Góra: „Jestem atletką energetyczną już tak długo, że ciało w końcu się buntuje”

Zawsze jak cię widzę, mam poczucie, że jesteś jak żywe srebro. Potrafisz sobie wyobrazić, że wiedziesz tak spokojne, przewidywalne życie jak Nel?

Wiesz, właśnie dlatego tak wymyśliłam tę postać, żeby znaleźć w niej ukojenie. To, jak żyje Nel, jest mi bliskie przez Elę, moją mamę, która od lat mieszka nad jeziorem, przy lesie, bez telefonu. Premiera „Imago” była jedną z nielicznych okazji, kiedy Ela opuściła swoje Kaszuby. Tęsknię za takim spokojem. W mojej szybkiej, szalonej codzienności tego mi brakuje najbardziej. Uwielbiałam być Nel i chętnie bym nią sobie jeszcze pobyła.

Mówisz „pobyła”, ale czy na dłuższą metę nie brakowałoby ci czegoś? Zamieszania, adrenaliny, wymiany ludzkiej energii…

Tak, mam pewien ogień w sobie, który mnie pcha do przodu, nakręca, ale może być też niebezpieczny. Muszę go więc balansować spokojem.

Zaraz wracam do Polski, jestem w połowie zdjęć do drugiego sezonu serialu „Przesmyk”, przed nami jeszcze trzy miesiące pracy. W tym sezonie więcej morduję, niż mówię, i wierz mi, bycie zabójczynią wymaga dużych nakładów energii [śmiech]. Nie byłam na wakacjach od pięciu lat, nie pamiętam, kiedy przeczytałam od początku do końca książkę dla czystej przyjemności, zupełnie bez związku z pracą czy myśleniem o jakimś nowym projekcie. A czytam mnóstwo.

Jestem atletką energetyczną już tak długo, że ciało w końcu się buntuje, mówi mi: „Ej, co tu się wyprawia?”. A nawet nie ciało, tylko duchowa strona, to ona domaga się przerwy, wyciszenia.

Nie wystarcza codzienna medytacja. Jestem więc z jednej strony wdzięczna za taki rodzaj energii, w jaki zostałam wyposażona, ale szczerze powiedziawszy, teraz, na wiosnę, życzyłam sobie, żebym nie musiała być już erupcją pomysłów, energii, projektów. Jeśli mówimy o wulkanach, chciałabym być w innym miejscu – wolę być lawą, która w końcu wpłynie do morza. Niech mnie coś poprowadzi. Płynnie, bezwysiłkowo. Trzeba mi raczej życzyć pomyślnych wiatrów. Żebym wreszcie mogła puścić stery.

Lena Góra urodziła się w Gdańsku, mieszkała i pracowała w Londynie, Los Angeles, Nowym Jorku. Znana m.in. z roli w filmie „Imago” (2023), za którą otrzymała nagrodę za debiut na FPFF w Gdyni (była też współscenarzystką tego filmu) czy w serialach „Król” (2020) i „Przesmyk” (2020). Z kolei „Erupcja” trafiła do polskich kin 22 maja 2026.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE