Niestety bardzo często dziecko staje się pierwszą osobą, która ma zaspokajać potrzeby swoich rodziców, a nie własne. To właśnie na dziecku można najłatwiej to wymusić i bez większego trudu wpakować je w swój świat. I po dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu latach, a nieraz nawet i później to dziecko siada w moim gabinecie i chce się dowiedzieć, jak przestać. Jak wyjść z tego, co cudze, i wejść do tego, co własne. Otóż łatwo nie jest, ale damy radę.
Fragment książki Piotra Mosaka „Bez ściemy. Jak przestać udawać i zacząć żyć po swojemu”, wyd. Znak.
Osoby z naszego otoczenia, które narzucają nam te wszystkie przekonania dotyczące kultury, rodziny, obyczajów czy religii, w ogóle nie biorą pod uwagę, że można wybrać inaczej. Niby te święta, które trzeba spędzić razem, są nie do ruszenia, kiedy jednak raz nie pojedziemy na wigilię, świat nadal będzie działał. Rodzina w szoku! Zresztą ty też – w końcu odważyłeś się zostać w domu albo spędzić Boże Narodzenie po swojemu.
Skoro człowiek całe życie słyszał, że święta u rodziców są obowiązkowe, i nigdy tego nie kwestionował, to po prostu na nie jechał. Wiadomo było, że spotkanie będzie w konkretnym miejscu, o stałej porze, jak co roku. Więc kiedy pierwszy raz odważył się zrobić inaczej, doznał wstrząsu. Szok i niedowierzanie.
Słyszałem w gabinecie nieraz:
– Panie Piotrze, nie pojechałem. Myślałem, że wydarzy się coś strasznego… i nic się nie stało!
Rodzina też nie dowierza:
– Jak to synek nie przyjechał?!
– Niemożliwe!
– Jak to?! Napisał, że ich nie będzie? Pewnie żartuje.
Potem się okazuje, że synek rzeczywiście nie przyjechał, i pojawia się wyrzut:
– Jak mógł?!
Mógł. Synek jest dorosły, ma swoją rodzinę i postanowił spędzić święta tak, jak zawsze chciał. To chyba nie zbrodnia? Dlaczego więc tak rzadko dajemy sobie prawo do wybierania po swojemu?
Dlatego że często przerzucamy na innych swoje własne wątpliwości i lęki. Jeśli ktoś mówi nam, że nie damy rady, ma tak naprawdę na myśli siebie, bo sam boi się spróbować i nie za bardzo wierzy, że może mu się udać.
– Co? Chcesz iść na medycynę? Przecież to za trudne, nie zdasz.
Znajomy tak mówi, chociaż wie o tym kierunku tyle co nic. A nawet jeśli gdzieś od kogoś słyszał, że faktycznie bywa ciężko, przecież może powiedzieć:
– Trzymam kciuki. Podobno jest ciężko, ale tobie na pewno się uda.
Nie chodzi o to, aby kogoś oszukiwać i zapewniać, że medycyna będzie łatwa i przyjemna. Można powiedzieć:
– Będzie ciężko, ale wierzę w ciebie. Kto jak nie ty.
Istnieje wiele sposobów, żeby wesprzeć drugiego człowieka w jego wyborach.
My będziemy jednak krytykować, ostrzegać. Będziemy siedzieć w tym smutnym świecie ściem i fałszywych przekonań. Będziemy zniechęcać innych do działania, bo sami nie potrafimy działać.
Dobrze byłoby umieć powiedzieć:
– Rozumiem, że tobie wydaje się to trudne, ale ja podchodzę do tego inaczej.
– Ty tak myślisz, ale ja mam inne zdanie.
Albo:
– Widzisz to w ten sposób, ale ja mam inne predyspozycje.
Każdy jest inny. Syn może zupełnie inaczej funkcjonować i mieć inaczej skonstruowaną uwagę niż ojciec. Ojciec chciał być chirurgiem, ale zrezygnował z medycyny, bo nie potrafił opanować drżenia rąk. Z kolei syn jest precyzyjny, na strzelnicy trafia w same dziesiątki, panuje nad dłońmi w każdej sytuacji i czuje, że będzie dobrym chirurgiem. Ojciec może powiedzieć:
– Mnie się nie udało, więc tobie też się nie uda.
Wówczas zamiast zachęcić i dać wsparcie, odbierze dzieciakowi marzenie, które sam musiał kiedyś porzucić. Wspierający ojciec zapomina w takiej sytuacji o swoich doświadczeniach i mówi:
– Idź, synu, tobie się uda. Nauczysz się wszystkiego i zdasz.
Gdy zdawałem pierwszy egzamin do wspomnianej szkoły teatralnej, bałem się, że zrobię z siebie idiotę przed tymi wybitnymi aktorami. Wyśmieją mnie, zwyzywają. I co? Nic takiego się nie wydarzyło. Wszedłem, zrobiłem swoje, powiedzieli, że wolą przyjąć innych. OK, tyle. Mimo ogromnego stresu i tego, że się nie dostałem, cieszę się, że spróbowałem. Gdyby nie tamta decyzja, być może do dziś zastanawiałbym się, czy nie popełniłem błędu i nie odebrałem sobie szansy.
A ty? Czym się stresujesz? Co cię przeraża, choć chciałbyś tego spróbować?
Idź. Najwyżej się nie uda. Tylko tyle i aż tyle.
Dobrze byłoby, żebyśmy na początek zainteresowali się sobą. Zastanowili się, jakie mamy potrzeby, talenty, umiejętności, ale też z czym się zmagamy. Co nas naprawdę interesuje, a co kompletnie nie. Niestety często wokół nas pojawiają się ludzie, którzy będą nam wmawiać, że są dla nas, że to, co mówią i co robią, jest dla naszego dobra, a w rzeczywistości są skupieni tylko na sobie.
Ciągle słyszymy: „Jak ty się zachowujesz”, „Wyprostuj się”, „Zdejmij to”, „Zetnij te włosy”, „Nie wolno ci tego”, „Nie wolno ci tamtego”, „Nie zrzucaj na nauczycielkę”. Które z tych zdań było dla naszego dobra?
Kiedy wymieniam te przykłady, to aż czuję napięcie w brzuchu. W moim gabinecie nie spotkałem chyba osoby bez swojej listy podobnych komunikatów, które w dzieciństwie ją rujnowały i które w końcu zaczęła uznawać za własne. Myślała, że skoro rodzice tak mówili, to pewnie mieli rację. I w ten sposób nauczyła się realizować potrzeby innych zamiast swoje.
Łatwo powiedzieć, że „w życiu to trzeba umieć stawiać granice”. No dobrze, tylko gdzie ten człowiek miał się tego nauczyć? Niby w jaki sposób?
Przychodzi do mnie wiele osób po trzydziestce, które dopiero w moim gabinecie po raz pierwszy w życiu zaczynają się zastanawiać, kim właściwie są. To takie smutne, określić się jednym słowem, takim, które najlepiej oddawałoby to, jak sam siebie widzi i jak się czuje, i on myśli chwilkę, po czym mówi: „Przegryw”.
Przerażające i dogłębnie poruszające. Patrzę na osobę, która – jak by się wydawało – pochodzi z normalnej rodziny, jest wykształcona, ma pracę, znajomych, a mimo to definiuje się właśnie w ten sposób. Skąd to się u tego młodego człowieka bierze? Jak bardzo musiał dostawać w łeb od ludzi wokół siebie, i to z pewnością od najmłodszych lat? Zapewniam: to się nie dzieje z dnia na dzień.
Siedzą przede mną często osoby, których nikt wcześniej nie przytulił, które nie słyszały na swój temat niczego dobrego, bo miały się uczyć, być grzeczne, mieć same piątki, potem zdawać kolejne egzaminy, znaleźć dobrą pracę. Kiedy w tych wszystkich powinnościach ten człowiek mógł pomyśleć o sobie, i to pomyśleć dobrze? On spełniał tylko ciągłe wymagania. Nic więcej.
Jeśli taki dzieciak miał się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć, a potem zamiast piątki dostał czwórkę, te wszystkie wcześniejsze i późniejsze nawet najlepsze oceny przestawały mieć znaczenie. Liczyła się tylko ta jedna czwórka. To ona o nim świadczyła. Słyszał, że się nie postarał, że to wstyd, więc myślał o sobie dokładnie w taki sposób: „Nie udało mi się, jestem przegrywem”.
Do takiego myślenia o sobie prowadzi zbyt wysoko ustawiona poprzeczka w tych momentach życia, w których bywa zupełnie zbędna. Ile dzisiaj znaczy to, co miałeś z WOS-u w pierwszym półroczu drugiej klasy gimnazjum? No właśnie.
Do tego to ciągłe podleganie ocenie, ciągłe poczucie bycia niewystarczającym. Czy można się dziwić, że ktoś definiuje się jako przegryw, skoro przez większość życia miał wbijane do głowy, że zawsze musi być na sto procent, a najlepiej na sto dwadzieścia? Jeśli dał z siebie tylko dziewięćdziesiąt dziewięć procent, to słabo, a osiemdziesiąt pięć procent to już porażka i wstyd. Z czego ten człowiek miał się cieszyć i poczuć satysfakcję?
Oczywiście ta wysoko postawiona poprzeczka może pojawić się w rodzinie, w której rodzice chcieliby, żeby dziecko miało lepiej niż oni. Pamiętają, że sami mieli niewiele, dlatego wywierają na dziecku presję, by było mu kiedyś w życiu lżej. To jeszcze można zrozumieć – rodzice chcą dobrze, może nie potrafią tego powiedzieć inaczej i wierzą, że to słuszna metoda.
Znam też wiele rodzin, tych tak zwanych idealnych – matka robi karierę, świetnie wygląda, stać ją na liftingi, ojciec prowadzi trzy biznesy, na koncie mają parę milionów, a ich syn ma… czwórki. Rodzice są wówczas bardzo niezadowoleni, jest im przykro i wstydzą się w rodzinie, że synek jest taki niezdolny. Syn przez całe życie próbuje doskoczyć do poprzeczki, którą idealni rodzice mu postawili. Chociaż bardzo się stara, to i tak zawsze słyszy, że mógłby być lepszy. Myśli o sobie, że jest przegrywem, bo na każdym kroku rozczarowuje mamę i tatę. Ma poczucie, że nigdy nie będzie taki jak oni i nigdy im nie dorówna.
Te oczekiwania względem dziecka czy młodego człowieka rzutują później na to, że on sam będzie oczekiwał, że wszystko w życiu ma być na sto dwadzieścia procent.
Pamiętam dziewczynę z takiego właśnie zamożnego, idealnego domu. Planowała wesele – wszystko miało być cudowne i wspaniałe. Budżet wynosił około stu pięćdziesięciu tysięcy złotych, a lista rzeczy do zrealizowania się nie kończyła. I co się stało? Klops, bo lodowy łabędź miał dziób skierowany w niewłaściwą stronę. Dziewczyna płakała i powtarzała, że był to najgorszy dzień w jej życiu, że zniszczono jej wesele, wspomnienia – wszystko, co sobie zaplanowała i wymarzyła. I ona nie jest w stanie pomyśleć o dziewięćdziesięciu dziewięciu odhaczonych punktach, w których wszystko było, jak należy. Całą uwagę skupia właśnie na tym jednym – uważa, że stała się po prostu tragedia. A prawdziwą tragedią jest to, jak krzywdzimy własne dzieci.
To nieustanne doskakiwanie do poprzeczki, bycie na sto, a nawet sto dwadzieścia procent odbiera nam jedną z ważniejszych umiejętności: cieszenia się z tego, co mamy. Bycie wystarczającym według własnych standardów jest znacznie zdrowsze niż ciągłe próby sprostania oczekiwaniom innych. Kiedy cudze wymagania uznajemy za własne, zaczynamy żyć w świecie nierealistycznych oczekiwań. Wtedy w sytuacji, gdy jedna rzecz się nie uda, to i reszta pada z hukiem i wszystko nam niszczy. To właśnie nazywam krzywdzeniem dzieci w ich przyszłości.