Z harlequinami jest trochę jak z disco polo. Każdy mówi, że nie słucha, a na weselu wszyscy śpiewają refren. To klasyczne guilty pleasure: czytamy po cichu, a kto przyzna się do tego przy ludziach, musi liczyć się z krzywym spojrzeniem. Skąd ten wstyd i czy te książki naprawdę są tak złe, jak się o nich mówi? Sprawdź sama. Oto pięć tytułów, od których warto zacząć.
Wystarczy przeczytać jeden opis z okładki: „Sylvie Smith organizuje wspaniałe wesela, ale po smutnych przeżyciach młodości jest samotna. Jej życie zmienia się po spotkaniu z miliarderem Tomem McFarlane'em, którego narzeczona odwołuje ślub”. Samotna bohaterka, bogaty mężczyzna, ślub w tle. Do tego różowa okładka, para w uścisku albo nagi męski tors i pewność, że wszystko skończy się happy endem. Tak w pigułce wygląda harlequin: kieszonkowy romans wydawany w serii, w którym finał znamy od pierwszej strony, a mimo to czytamy do ostatniej.
Harlequin to dziś właściwie nazwa gatunku, choć pochodzi od wydawnictwa. Założyli je w 1949 roku w kanadyjskim Winnipeg Richard Bonnycastle, Jack Palmer i Doug Weld. Na początku wydawnictwo wznawiało tanie książki w miękkich okładkach: kryminały, westerny i książki kucharskie. Od połowy lat 60. publikowało już wyłącznie „miłe książeczki ze szczęśliwym zakończeniem” – te sprzedawały się najlepiej.
Do Polski harlequiny trafiły po 1989 roku – pokazywały dostatni Zachód i obiecywały miłość, która odmieni życie. W ciągu pierwszych trzech lat sprzedano tu 41 milionów egzemplarzy.
Czytaj także: 5 powieści historycznych z romansem w tle. Zakochasz się od pierwszej strony
Harlequin to romans seryjny. Książki wychodzą co miesiąc w seriach o stałych nazwach. Każda seria ma ścisłe wytyczne dla autorek, ustaloną długość i swoją „obietnicę dla czytelniczki”. I tak na przykład „Medical” to szpitalne historie o drugich szansach, raczej sentymentalne niż gorące. „Światowe życie” przenosi do świata milionerów i luksusu. W „Gorącym romansie” zaś namiętność gra pierwsze skrzypce.
Fabuła trzyma się schematu, który można podsumować tak: młoda, niezamożna i niedoświadczona kobieta spotyka przystojnego, bogatego mężczyznę starszego od niej zwykle o kilkanaście lat, który jest nią zainteresowany, a jednocześnie jest cyniczny i szorstki. Przez całą książkę coś stoi im na przeszkodzie, a na końcu zawsze czeka szczęśliwe zakończenie. Ewa Sobieniewska, tłumaczka harlequinów, ujmuje to krócej: to „baśnie powielające motyw Kopciuszka”.
Scenografia jest równie przewidywalna: Włochy, Grecja, Manhattan, pałac szejka, wille z widokiem na ocean i prywatne samoloty. Dziś to bajka o luksusie, ale na początku lat 90. była to także lekcja geografii. Nina Kowalewska-Motlik, pierwsza szefowa polskiego oddziału Harlequina, wspomina w rozmowie ze Zwierciadłem, że ogromną popularnością cieszyła się seria podróżnicza, w wydawnictwie nazywana armchair travel, czyli „podróżowaniem w fotelu”. Research był w niej skrupulatny: jeśli bohaterka wysiadała na dworcu w Amsterdamie i patrzyła w lewo, ktoś sprawdzał, co naprawdę tam widać. Wtedy nie było jeszcze internetu, a telewizja miała dwa programy, więc dla wielu Polek była to jedyna okazja, żeby „zwiedzić świat”.
Na początku lat 90. jedynym źródłem wiedzy o czytelniczkach była ankieta na końcu książki, na którą przychodziły tysiące odpowiedzi. Kowalewska-Motlik cytuje je wprost: „Jest ciemno, siedzę w komórce, boję się, bo on znów pił i zaraz będzie mnie bił”. Nastolatki dziękowały, że dzięki książkom zrozumiały, że to, co przeżywają z chłopakami na boisku, to nie miłość. Pisali też mężowie, którzy cieszyli się, że żona stała się bardziej romantyczna. Dla jednych harlequin był ucieczką od przemocy i biedy, dla innych pierwszym wzorem czułości.
Czytelniczki się zmieniły, a razem z nimi bohaterki. Kowalewska-Motlik wspomina, że w latach 90. seria, w której to ona była szefową z porsche, a on jej asystentem, okazała się „kompletną klapą”. Dziś kobiety w romansach częściej same przejmują inicjatywę.
Zmienił się też obraz czytelniczki. Według Romance Writers of America przeciętna czytelniczka romansów w USA ma 35–39 lat. Wcześniejsze badania pokazywały, że zwykle pracuje, jest w związku i ma wyższe wykształcenie. W Polsce literatura obyczajowo-romansowa jest z kolei obok kryminałów najpopularniejszym gatunkiem. Dlaczego po nią sięgamy? Powody są stare jak gatunek: odpoczynek po pracy, pewność dobrego zakończenia i emocje, na które w codziennym pośpiechu brakuje miejsca. Sobieniewska dzieli czytelniczki na trzy grupy: jedne szukają gorącego romansu, drugie łatwej lektury, a trzecie po prostu dobrej rozrywki. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówi bez owijania w bawełnę: „Niby wiadomo, że to głupie i naiwne, ale fajnie poczytać o tym, jak to piękny, męski i zniewalający milioner ulega skromnej i niewinnej, ale cudnej jak anioł sekretarce”.
Częściowo ze snobizmu. Romanse pisane dla kobiet od dawna ocenia się surowiej niż inne gatunki popularne. Seryjny kryminał czy thriller też trzymają się schematu, a jednak nikt nie przewraca oczami na widok komisarza, który w każdym tomie łapie mordercę. Harlequin bez skrępowania mówi o marzeniach, tęsknocie i pożądaniu, a do tego zawsze kończy się szczęśliwie. Właśnie dlatego rzadko czyta się go w pociągu z okładką na widoku.
Do tego dochodzi łatka „pornografii dla kobiet”, z którą Sobieniewska się nie zgadza. Według niej w harlequinach jest więcej „drżenia ciał”, westchnień i przyspieszonego oddechu niż anatomii. Sceny erotyczne znajdziemy zresztą „w co drugiej książce, także w powieściach uznanych pisarzy”, a jakoś nikt się ich nie wstydzi.
Nie wszystko jest jednak uprzedzeniem. Harlequiny powstają niemal taśmowo, według gotowych wytycznych, a język i postaci rzadko wychodzą poza szablon. Słowniki definiują je jako powieści miłosne bez ambicji artystycznych i trudno się z tym spierać. Krytycy od lat wytykają im też utrwalane wzorce: władczego bogacza, kobietę czekającą na ratunek i związek jako jedyną miarę szczęścia. Kto przeczytał o milionerze, który najpierw rani, a potem kocha, może się zastanowić, czy to naprawdę romantyczne. Wstyd przy harlequinie łączy więc uprzedzenie wobec „kobiecej” literatury z uzasadnioną krytyką literatury pisanej według szablonu. Nie trzeba udawać, że to wielka literatura, żeby przyznać, że daje przyjemność. Co przeważa, każda czytelniczka oceni sama, najlepiej po lekturze.
Czytaj także: Najpiękniejsze książki o nieszczęśliwej miłości. 7 tytułów, które złamią ci serce
Nora Roberts, „Druga miłość Nataszy”
Znany muzyk Spence Kimball przechodzi kryzys twórczy. Przenosi się z Nowego Jorku do prowincjonalnego miasteczka, gdzie zaczyna uczyć w szkole muzycznej. Poznaje piękną właścicielkę sklepu z zabawkami, Nataszę. Z czasem się w niej zakochuje, jednak ona po nieudanym romansie z rosyjskim tancerzem broni się przed kolejnym związkiem z artystą. To pierwszy tom sagi „Rodzina Stanislawskich”.
Nora Roberts, „Zagraj ze mną”
Serena MacGregor ma dość nadopiekuńczego ojca, który marzy, by córka wyszła za mąż i urodziła dzieci. Nie chce, by ktokolwiek wtrącał się w jej życie, dlatego ucieka na Karaiby i zostaje krupierką przy stoliku do black jacka na luksusowym liniowcu. Tam poznaje przystojnego i zniewalającego hazardzistę Justina Blade’a. Wbrew własnej woli zakochuje się w nim, i to ze wzajemnością, choć oboje boją się zaangażowania w trwały związek. Serena nie ma jednak pojęcia, że to romantyczne spotkanie ktoś zaaranżował… To pierwszy tom „MacGregorów”, jednej z najpopularniejszych sag Nory Roberts wydanych przez Harlequina.
Diana Palmer, „Księżniczka z Teksasu”
Mallory od początku nie ufał tej dziewczynie. Kiedy zatrudniał ją na ranczu, przeczuwał, że Morie nie jest tym, za kogo się podaje. Niby niewinna jak aniołek, ale ma niewyparzony język i nie boi się krytykować szefa. Niby biedna jak mysz kościelna, ale tylko ona wie, jak zorganizować eleganckie przyjęcie i zna bardzo wpływowych ludzi. Gdy Morie zostaje oskarżona o kradzież, Mallory nie słucha wyjaśnień i wyrzuca ją z pracy. Nie wie, że właśnie popełnił największą życiową pomyłkę.
Maya Banks, „Zapomniana kochanka”
Czy my się znamy? Gdyby Rafael wiedział, że w odpowiedzi na to pytanie dostanie od kobiety pięścią w twarz, raczej by go nie zadał. Dlaczego tak się zachowała? Może dlatego, że kiedyś się w nim kochała, on ją uwiódł, oszukał w interesach i się ulotnił. Teraz odnalazła go w Nowym Jorku, a on wcale sobie jej nie przypomina.
Candace Camp, „Nawiedzony dwór”
Lady Olivia nigdy nie dbała o opinię towarzystwa i nie bała się wygłaszać swoich sądów głośno i dobitnie. Zwłaszcza jeśli dotyczyły seansów spirytystycznych popularnych wśród dobrze urodzonych dam. Na jednym z nich poznaje lorda Stephena St. Legera. Stephen zachwycony demaskatorskimi umiejętnościami Olivii zaprasza ją do swojej posiadłości, gdzie po śmierci najstarszego z braci mają miejsce trudne do wyjaśnienia zdarzenia. Zaintrygowana Olivia przyjmuje zaproszenie i już pierwszej nocy sama doświadcza niepokojącej wizji…
Źródła: „Wszyscy czytamy harlequiny”, rp.pl; „Od harlequinów do perfum z Dubaju. »Całe życie sprzedaję marzenia. I spełniam własne« – mówi Nina Kowalewska-Motlik, właścicielka perfumerii i kreatorka zapachów”, zwierciadlo.pl; harpercollins.pl; rwa.org; bn.org.pl; [dostęp: 24.09.2026]