Ten album jest szukaniem motywacji, żeby się chciało żyć – przyznaje Wojciech Waglewski, jedna z najważniejszych i najbardziej kreatywnych postaci w historii polskiej muzyki rockowej. Czy to nie paradoks, że w „stanie wielkiego niepokoju”, jak sam mówi o tym, przez co właśnie przechodzi, napisał płytę dającą ukojenie?
- Nowa płyta Voo Voo powstawała – jak mówi Wojciech Waglewski – „w wielkim niepokoju”, a jednak przynosi ukojenie. Muzyk nazywa ją „szukaniem motywacji, żeby się chciało żyć”.
- Waglewski opowiada o dzieciństwie w Nowym Sączu, świecie trochę jak z Brunona Schulza i o tym, dlaczego do dziś bardziej niż materialna strona rzeczywistości interesują go ludzie, ich relacje i to, co ukryte.
- Mówi też o tym, dlaczego nie chce już żyć nieustannym strumieniem niepokojących informacji. „Lepiej sobie pożyć i nie marnować czasu” – przyznaje.
- Popularność? Dziś najbardziej zależy mu na tym, żeby wnuki były z niego dumne. A swoją receptę na życie zamyka w prostym zdaniu: „Cieszmy się z tego, że dziś rano znów się obudziliśmy”.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 06/2026.
Angelika Kucińska: Zaczniemy od ptaków? Sporo ich na płycie. Na przykład jerzyki.
Wojciech Waglewski: Albo szpaki. Kiedy kupiłem żonie dom na wsi, pierwsza rzecz, która mnie tam zachwyciła, to ptaki właśnie. Przede wszystkim kos. Nie wiedziałem, że te wszystkie piękne śpiewy, które słyszę, to właśnie on. Ani że kos ma umiejętność nawiązywania dialogu z człowiekiem, gdy się zbliży.
W ptakach jest coś niezwykłego. Wydaje mi się, że to są radosne zwierzęta, mimo że żyją dość krótko. Takie stworzenie przecież nie wie, jak długo będzie żyło, więc sobie spokojnie śpiewa cały dzień.
No i ptaki są przepiękne. Ryby można znaleźć paskudne. Każda zwierzyna ma jakiegoś brzydala, ale ptaka paskudnego sobie nie wyobrażam.
Pan dzisiaj potrzebuje być w mieście czy jednak w przyrodzie?
Przyznam szczerze, że myślałem, że w ogóle nie wyrobię w ciszy na wsi. Ale włożyliśmy w ten nasz dom nad Wisłą, niedaleko Kazimierza, trochę miejskich rzeczy, na przykład lampy, i stał się bardzo przyjazny. I lubiłem tam być. Głównie pisałem i czytałem. A nawet więcej czytałem.
Podobało mi się, że na takiej wsi wszyscy się znają, lubią, kłaniają się sobie. Przerażała mnie jednak cisza. I kosiarki. Kogut piejący rano to przy nich małe miki.
Człowiek przyjeżdża, chce się zrelaksować, a wszędzie dookoła koszenie trawy. Żadna tam wsi spokojna, więc entuzjastą nie zostałem. Jednak jestem mieszczuch.
Co takiego jest w mieście, czego nie ma na wsi?
Ludzie. Lubię się czuć jak w ulu, jestem stadnym człowiekiem.
Dopytuję o ptaki i ciszę, bo nowy album brzmi bardzo kojąco.
Wszyscy tak go czytają, co mnie cieszy, aczkolwiek to płyta pisana w wielkim niepokoju. Może dlatego jest taka spokojna. Ba! Ma być remedium czy jakąś odpowiedzią na wewnętrzny chaos. Jest szukaniem motywacji, żeby się chciało żyć.
Tytułowy utwór parę osób pewnie zaskoczy…
Chciałem się już pożegnać z nagraniami. Ludzie przestają kupować płyty, wydawcy są coraz mniej zainteresowani wydawaniem, może już nie ma co. Voo Voo ma ogromny repertuar, jest z czym grać koncerty. Pożegnaniem z nagrywaniem miała być piosenka, jakiej wcześniej nie napisałem. Żenująca trochę, w stylu rocka progresywnego, który mnie nigdy nie kręcił, taka z bardzo tradycyjną solówką na gitarze.
Żona mnie namówiła na tę solówkę. Bo zazwyczaj gram te swoje wygibasy, które nie dla wszystkich są oczywiste, bo takie skale nie występują w muzyce rockowej. Nagrałem, żona była zachwycona, ale potem zmarła, i z tej piosenki zrobiło się requiem, teraz stała się dla mnie wzruszająca. Nazbierało się też trochę refleksji… A menedżer znalazł wydawcę i jednak powstała płyta.
Wynotowałam sobie z tego, jak pan to ujął, pisanego w wielkim niepokoju albumu, kilka linijek. Na przykład taką: „W bujdach się bujam od dawna, od małego chłopaka”. Co to za bujdy, w których się pan bujał?
Urodziłem się w Nowym Sączu. Wychowywała mnie babcia, troszkę też mój nibywujek, bo brat mamy był starszy ode mnie o siedem lat, więc byliśmy jak rodzeństwo. I on mnie od małego wprowadzał w świat bajkowy. Czytał mi książki, a potem zabierał w różne miejsca. Na cmentarz, gdzie w nocy czekaliśmy, aż pojawi się Indianin Joe. Oglądać tabory romskie, bo mieszkaliśmy w pobliżu. Albo pod szpital psychiatryczny. W każdym z tych miejsc działy się rzeczy absolutnie nierealne.
Patrzyłem na tych dziwnych ludzi jak z baśni. Na tych roztańczonych, uśmiechniętych, często kompletnie natrąbionych. I na tych w różnych nastrojach, których prowadzono na spacery w przyszpitalnym parku. A sytuacja najbardziej bajkowa – że obok nas, w sąsiednim domu, mieszkała księżna.
Po wojnie doznała urazów totalnych, wszystkie swoje rzeczy wyrzuciła na wielki stos przed dom. Wyprowadzała kozę na spacer i ubierała ją w biżuterię, w jakieś stare łaszki. Był też parasolnik, który nie lubił dzieci, a jak przechodziły obok niego, to rzucał w nie czym popadło.
W takim świecie dorastałem, trochę jak z Brunona Schulza, a trochę okrutnym. Zacząłem patrzeć więc na rzeczywistość z dwóch stron. Jedna strona, która mnie nie interesowała, to ta materialna. Zawsze bardziej pociągała mnie ta część nieświadoma, ukryta, relacje między ludźmi. Lubię na przykład jeździć po świecie, usiąść gdzieś i nic nie robić, tylko patrzeć na ludzi. I podsłuchiwać, nawet gdy nie znam języka, w którym mówią.
Niektóre języki potrafią być bardzo ekspresyjne.
Uprawiałem swego czasu teorię muzyki lingwistycznej. To zagadnienie głęboko udokumentowane, a ja znalazłem własną, praktyczną dróżkę do jego wyjaśnienia. Szukałem słów wyrażających najważniejsze emocje w różnych językach i sprawdzałem, jak język determinuje rodzaj muzyki, która powinna towarzyszyć słowom. Na przykład „Kocham cię” po niemiecku, czyli Ich liebe dich, jest twarde, nie swinguje. Inaczej w angielskim, który jest językiem samogłoskowym. Języki słowiańskie z kolei są bardzo gęste. To doświadczenie pokazało mi, że język implikuje i rodzaj dźwięków, jakie się gra, i rodzaj rytmów, i rodzaj relacji między ludźmi.
Kolejna linijka, którą wynotowałam: „Niech wszystko się sypie, ja idę na grzyby”. Irytuje pana, co się dzieje w Polsce, na świecie?
Draństwo, które wykonują politycy, to jest jedna rzecz. Druga to draństwo, które wykonują media. Klikalność jest najważniejsza. Raz w tytule wywiadu nazwano mnie „Ikoną PRL-u”. Jaka ikona PRL-u?! Takie nagłówki się tworzy dla sensacji. Ile było w ostatnim czasie wiadomości, że Ukraina już prawie zdobyta, za tydzień będzie pozamiatane? A zaraz po nich ile newsów, że Putin ciężko chory, tego to już raczej nie przeżyje.
Politycy osiągnęli sukces, bo podzielili Polskę tak, jak za mojego życia nie była podzielona. Nie różnimy się poglądami, tylko po prostu nienawidzimy siebie nawzajem.
Połowa uważa, że należy przestać pomagać Ukrainie, wyrżnąć LGBT i Żydów, a druga połowa, że trzeba zostać w Unii Europejskiej. I to się nijak nie skleja. Na te podziały jest jedna metoda. Głosowanie w wyborach. Takie, żeby z polityki wyeliminować ekstremistów wszelakich. Bo dziś jedna z tych partii, która idzie po władzę, podlizuje się tej drugiej, wcześniej marginalnej, a w tej chwili zjednującej sobie coraz większą liczbę zwolenników. Co pozostaje? Możemy codziennie od rana czytać i słuchać, fascynować się, wkręcać w kolejne informacje. Że trzeba mieć zawsze 500 złotych w kieszeni, bo zaraz wszystko zablokują, w tym banki, i nie dostaniemy się na nasze konta. Albo że Putin razem z Białorusinami już nam wchodzi na podwórko.
Jeśli człowiekowi zostało niewiele życia, to takie wkręcanie się nie ma kompletnie sensu. Lepiej sobie pożyć i nie marnować czasu. To nie jest tak, że ja się odcinam od polityki. Odcinam się tego życia w nienawiści, które w Polsce trwa od co najmniej ośmiu lat.
Wiem, że ludzie nie chodzą na wybory, bo nie wierzą, że to cokolwiek zmieni. Trudno się im dziwić, bo lata komunizmu przyzwyczaiły nas do bierności i teraz, kiedy już można decydować, część osób, zwłaszcza starszych, uznaje, że politycy i tak zrobią, co będą chcieli. Tak było, kiedy miałem 10 lat i kiedy miałem 30. Dziś, mając lat 73, zaczynam przyłączać się do tej postawy, która jednocześnie mnie irytuje. Na wybory oczywiście pójdę i będę chodził, ale nie będę żył polityką, która została opanowana przez takich typów. Bo to typy są, a nie politycy.
Rodzinnie dużo rozmawiacie o polityce?
My w ogóle w rodzinie nie rozmawiamy o poglądach, bo mamy takie same. Nie podoba nam się, co się dzieje. Byłem przez dłuższy czas postrzegany jako muzyk alternatywny, a ta moja alternatywność była estetyczna. Nie pokazywałem się w programach, nie pokazywałem się z artystami, nie pokazywałem się tam, gdzie mi się coś nie podobało, bo możliwości innego protestu były ograniczone. Dalej więc jestem alternatywny i się nie wkręcam.
Powiedział pan: „Ludzie przestają kupować płyty, wydawcy są coraz mniej zainteresowani ich wydawaniem”. Czy mimo to można liczyć, że jeszcze jakieś pan nagra?
Jeśli ten cały przemysł nie padnie, to może. Ale przecież platformy streamingowe przejęły rynek. Mnie akurat płyty byłoby żal, bo to taka forma, którą można tworzyć. Całość, opowieść, jak książka. Single mnie nigdy nie interesowały. Teraz zresztą widzę, że te niegdysiejsze trzy i pół minuty, które miał mieć singiel, żeby go grało radio, dziś skrócono do dwóch minut. Kto będzie chciał słuchać „Dźwięczności”?
Ale przecież pan ma swojego odbiorcę, nie bije się o uwagę 15-latka, który siedzi na TikToku.
Nieprawda, bo teraz przede wszystkim zależy mi na tym, żeby wnuki były ze mnie dumne.
Są?
Byli ostatnio na dwóch koncertach i mówią, że są.
A popularność? Jakie ma pan do niej podejście?
Mnie popularność interesowała może przez chwilę, kiedy byłem dzieckiem.
Poszedłem z braciakiem na koncert Czerwonych Gitar, obejrzałem film o Beatlesach „A Hard Day’s Night” i zrobiłem sobie gitarę z płyty pilśniowej. Wygięła się, ale i tak całkiem rozsądnie wyglądała. Byłem najmniejszy w szkole, a chciałem zwrócić uwagę pewnej dziewczyny i to był jedyny sposób.
Ale żeby piosenka stała się przebojem, musi mieć w sobie coś oczywistego. Musi nam się wydawać, że już ją słyszeliśmy. Dlatego te naprawdę piękne często przepadają. Nawet jeśli są proste, bo prostota potrafi być jednocześnie komunikatywna i wyrafinowana. Jak w „Love” Johna Lennona, to przecież jedna z najpiękniejszych piosenek o miłości, jakie kiedykolwiek napisano, a nie stała się hitem.
Trzeba sobie zadać kluczowe pytanie. Czy chce się szybko zarobić kasę i nosić złote łańcuchy, czy woli się przeżyć życie, szukając czegoś. Bo podążanie drogą artystyczną polega na wiecznym poszukiwaniu, gmeraniu. Dla mnie muzyka jest formą poznawania świata. Komponuję i gram, żeby się jak najwięcej o nim dowiedzieć.
Będę też przy takich okazjach zawsze wracał do słów Staszka Sojki, bo były genialne. Staszek powiedział kiedyś, że miał dwa pragnienia w życiu. Pierwsze: żeby z tego, co robi, móc utrzymać rodzinę. I jemu, i mnie się to udało. I drugie: zasłużyć na uznanie swoich mistrzów.
Grałem z największymi nazwiskami muzyki jazzowej i nie tylko jazzowej. Z Donem Cherrym, Dave’em Douglasem, Tomkiem Stańką, Alimem Qasimovem. Fakt, że wielu znakomitych artystów i artystek chciało z nami wystąpić czy nagrać album, jest dla mnie najlepszą nagrodą. Większą niż jakiś Fryderyk czy Złota Płyta. To jest nagroda, która daje nieśmiertelność. Dopinguje do działania, a równocześnie potwierdza, że posługuję się uniwersalnym językiem muzycznym, który pozwolił na te wszystkie spotkania. Że na nie zasługuję.
No to jeszcze jedna linijka, którą sobie wynotowałam: „Nie ma chwili ważniejszej niż ta”. To jest właśnie to, co powinni zapamiętać wszyscy, którzy posłuchają tej płyty?
To refleksja, która w moich tekstach pojawia się dość często. Dawno temu napisałem przecież „Siedzę na balkonie […] I jedno, co z pewnością wiem – udało mi się przeżyć jeszcze jeden dzień” [fragment tekstu do piosenki „Znowu mi się udało” z albumu Voo Voo „Z środy na czwartek” wydanego w 1989 roku – przyp. red.].
Cieszmy się z tego, że dziś rano znów się obudziliśmy. Bierzmy jak najwięcej z każdej chwili, bo każda może okazać się najwspanialsza.
Wojciech Waglewski, rocznik 1953. Wokalista, gitarzysta, kompozytor i autor tekstów, założyciel i lider zespołu Voo Voo. Pierwszy dyrektor artystyczny festiwalu (i pomysłodawca tego projektu) Męskie Granie. Prywatnie ojciec Bartosza i Piotra Waglewskich, znanych jako Fisz i Emade. Nowy album Voo Voo „Dźwięczność” ukazał się 27 marca.