1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. John Lennon. Pierwotny krzyk

John Lennon. Pierwotny krzyk

 John Lennon i Yoko Ono (Fot. BEW Photo)
John Lennon i Yoko Ono (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
John Lennon, pacyfista i feminista zakochany w Yoko Ono. Ale ta łagodność to duże uproszczenie, tylko część prawdy o nim. Impulsywny, porywczy, targany obsesjami. Nigdy nie pogodził się ze swoją przeszłością i pogmatwanym dzieciństwem. Nigdy nie ułożył sobie relacji z tymi, których kochał. Zginął zastrzelony przez fana 40 lat temu. 

Noc 8 grudnia 1980 roku. Pod nowojorski budynek Dakoty, gdzie mieszkają Lennonowie, zajeżdża biała limuzyna. John i Yoko Ono są po sesji nagraniowej, planują wypad do restauracji. Auto zatrzymuje się przy krawężniku, Lennon chce jeszcze powiedzieć synowi dobranoc. Tam, w ciemności, wśród ludzi koczujących pod kamienicą, czeka otyły chłopak. Ten sam, który go kilka godzin wcześniej poprosił o autograf.

– Czy to wszystko, czego chcesz? – John miał wzruszyć go swoim pytaniem. Wtedy Mark Chapman nie ośmielił się strzelić, teraz rusza za Lennonami.

Kiedy eks-Beatles ginie, jego młodszy syn Sean ma pięć lat. Dokładnie tyle samo co pierworodny Julian, gdy Lennon porzucił swoją rodzinę dla Yoko Ono. Sam John, wspominając własne dzieciństwo, przez całe życie miał powtarzać: „nikt mnie nie chciał”.

Najsłodsze maleństwo

Matko, ty miałaś mnie, ale ja nigdy nie miałem ciebie – śpiewał w piosence „Mother” z 1970 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=sPYsMM1FvXs

Ojcze, zostawiłeś mnie, ale ja nigdy nie opuściłem ciebie.

Ojciec Lennona, marynarz o irlandzkich korzeniach, był niespełnionym artystą. Jego matka Julia – obdarzoną muzycznym talentem pięknością, jedną z pięciu sióstr, które miały później tworzyć rodzinę Johna. Już w dniu swoich urodzin 9 października 1940 roku, w czasie bombardowania Liverpoolu, John stał się przedmiotem uwielbienia siostry jego matki, bezdzietnej cioci Mimi. Kobieta przedarła się przez płonące miasto, żeby zobaczyć siostrzeńca. Po latach z taką samą determinacją walczyła o jego posiadanie. To za jej sprawą utrzymywano, że ojciec Johna, Alf, opuścił syna. Taka wersja zdarzeń tuszowała fakt, że pod nieobecność męża matka Johna zaszła w ciążę z przypadkowym mężczyzną. Dziecko oddano do sierocińca Strawberry Field uwiecznionego później w kultowej piosence Beatlesów, a sześcioletni John musiał wybierać, z kim chce zostać. Czy z ojcem, który planował zabrać go do Nowej Zelandii, czy z matką, która zjawiła się po Johna z następnym kochankiem.

Paradoksalnie John był nie tyle odrzucony, jak sam utrzymywał, raczej chciało go zbyt wiele osób. Najmocniej ciotka Mimi, która potrafiła w 1946 roku nasłać na „żyjącą w nierządzie” siostrę pracownika opieki społecznej. Dziecięca wściekłość, żal i bezsilność miały ukształtować osobowość Lennona, który przez lata wierzył w wersję o nieudolnych rodzicach przedstawianą przez Mimi.

Postanowiła, że go chce – wyjaśni po latach biografowi Johna Philipowi Normanowi jej siostrzenica Liela Harvey. – I któż mógł ją za to winić? To było przecież najsłodsze maleństwo pod słońcem.

Pożałujesz, kiedy będę sławny

„Całe życie czułem się inny” – wyjaśniał w wywiadzie dla „Playboya”, którego udzielił na krótko przed śmiercią. Poczucie alienacji nie przeszkadzało mu w byciu postrachem rodzin kumpli i szefem „gangu Banitów”, w którym wcielał się w rolę Indianina i chodził z żywymi żabami w kieszeniach.

Od wczesnych lat ze zjadliwym poczuciem humoru prowadził zeszyt z komiksami pełnymi karykatur, np. kalek i upośledzonych, na których punkcie miał obsesję. Bezlitośnie ich parodiował, tak jak swoich nauczycieli. Tych John nie znosił. Jego temperament znalazł ujście dopiero, kiedy dostał do ręki pierwszą gitarę. W czasach pierwszych prób muzycznych, w stroju bikiniarza, odpyskowywał ciotce:

„Wyrzucasz moje pier... wiersze i pożałujesz tego, kiedy będę sławny”
Ironia losu sprawiła, że wychowywał się u kobiety, która nie rozumiała jego artystycznego geniuszu, podczas gdy oboje rodzice byli utalentowani muzycznie. Rozdarty między zwyczajami chuligana z przedmieścia a zasadami panującymi w eleganckim domu rządzonym przez Mimi przyznawał, że „starał się, jak mógł, rozbić życie rodzinne swoich kumpli”. Tymczasem jego relacja z matką ocieplała się. Julia mieszkała niedaleko domu Mimi i siostry często się odwiedzały. Matka nauczyła go gry na bandżo, a zespół Johna miał próby w toalecie jej mieszkania. Lennon rozumiał się też z kochankiem matki, jak i z dwiema przyrodnimi siostrami. Wtedy, pewnego ciepłego słonecznego popołudnia, podczas powrotu z wizyty u Mimi, Julia została potrącona przez policjanta na służbie.

„Właśnie kiedy zaczynałem mieć z matką jakiś kontakt, ona zginęła” – miał powiedzieć John. „Przez dwa lata byłem w stanie ślepego szału. Piłem albo biłem się”. Do dziś nie wiadomo, czy za śmiertelnym urazem głowy jego najlepszego przyjaciela, utalentowanego malarza i epizodycznego Beatlesa – Stu Sutcliffe’a – nie stała napaść Lennona.

Na powierzchni utrzymywało go granie i więź z z McCartneyem, który rok wcześniej też stracił matkę. Tymczasem szaleństwo nadciągało. Już w 1960 roku w Hamburgu Beatlesi robili furorę.

Satyrykon

Jak twierdził Lennon, w życiu dokonał dwóch najważniejszych odkryć: Paula i Yoko. Zanim jednak spotkał Ono, John ożenił się z poznaną w szkole artystycznej Cynthią, uporządkowaną i cichą, typem, który sam nazywał pogardliwie „spanielem”. Pierwsza żona dla ukochanego robiła się na Bardotkę, znosiła jego napady zazdrości i policzkowanie. John tak wspominał ślub wymuszony jej ciążą: „Czułem się zakłopotany. Chodziłem i byłem żonaty. To coś takiego jak chodzenie w dziurawych skarpetkach albo z rozpiętym rozporkiem”. Niedługo po wciśnięciu czwórki Beatlesów w gajery, Lennon zostanie sfotografowany w Amsterdamie, jak na czworakach wychodzi z domu publicznego. To początek „Satyrykonu”, jak sam nazywał beatlemanię. Oprócz kobiet, alkoholu i prochów życie liverpoolskiej czwórki wypełnia galeria surrealistycznych wydarzeń i postaci – na ich koncertach dziewczyny zalewały się łzami i zdzierały z siebie ubranie, matki przyprowadzały kalekie dzieci, wierząc w ponadprzyrodzone zdolności Beatlesów. Johnowi uwierała ta rola: „Wbijano mi do głowy, żebym został pierd... dentystą albo profesorem. A potem pierd... fani wbijali mi w głowę, żebym został pierd... Beatlesem”.

Two Virgins

W 1966 roku John poznaje „tę niesamowitą kobietę”, japońską artystkę awangardową Yoko Ono. Po romansach z rozmodlonymi kobietami i w porównaniu do pobłażliwej Cynthii jej podejście będzie odświeżające. Przybyła z Nowego Jorku, starsza od Lennona o siedem lat Yoko zapyta:
„A kto to są, kur.., The Beatles? Ja jestem Yoko Ono i traktuj mnie jak mnie”
Zanim zdadzą sobie sprawę, że są w sobie szaleńczo zakochani, przemawiają do siebie za pomocą książek – John natrafia na „Grapefruit” Ono – tomik haiku w rodzaju: „Narysuj mapę, jak się zgubić”, która na przemian go zachwyca i irytuje, zaś Yoko przegląda zbiór jego zwariowanych językowo utworów „Na własne kopyto”. Kiedy wychodzi ich wspólny album „Two Virgins”, ślub z Yoko jest kwestią czasu. Miesiąc miodowy postanawiają poświęcić pokojowej akcji w łóżku. Do hotelu w Amsterdamie zapraszają dziennikarzy, którzy licząc na „sceny”, słyszą: „Witaj, bracie, pokój!”.

John Lennon i Yoko Ono (Fot. BEW Photo) John Lennon i Yoko Ono (Fot. BEW Photo)

„Poczułem ulgę, kiedy poznałem kogoś równie szalonego jak ja” – mówił o Ono Lennon. Do tego kogoś zaczyna mówić per matka, a o niej samej: „Kobieta, która może równać się ze mną pod każdym względem. Lepsza ode mnie”. Otoczenie nie przepada jednak za „matką”, począwszy od Beatlesów, a skończywszy na prasie, która bezmyślnie wytyka egzotycznej piękności brzydotę. Paul narzeka, że „nie może usiąść obok Johna i pogadać, bo ona zawsze tam jest”. To bezprecedensowe dla chłopaków z „Satyrykonu” – obecność czyjejś dziewczyny, ba, jej udział w powstawaniu muzyki! Zaszczuci przez otoczenie Lennonowie szukają ukojenia w heroinie, choć tak naprawdę tęsknią za „zdrowym życiem”.

Przejrzeć na wylot

Jednym z kroków ku zdrowiu miała być terapia pierwotnego krzyku Arthura Janova, który zakładał, że niemal każda nerwica ma swoje podłoże w dzieciństwie. John błyskawicznie przeczytał książkę Janova o wyzwalaniu stłumionych potrzeb z dzieciństwa i natychmiast chciał poddać się terapii. Powodów miał pod dostatkiem. Potrafił wymiotować godzinami przed wyjściem na scenę. Przy jego łóżku była cała apteka, która miała postawić go na nogi. Kiedyś LSD, teraz środki pobudzające miały nadać jego życiu nowy rytm, złagodzić wieczną tęsknotę za matką Julią. Według zeznań Yoko, Julia miała się pojawiać w jego fantazjach erotycznych. Poza tym John był obsesyjnie zazdrosny o Yoko i niepewny siebie. Po odejściu od The Beatles w 1970 roku stało się jasne, że jego charyzmę można przypisać nie tylko wybitnej inteligencji i poczuciu humoru, ale i, a może przede wszystkim, surowej nieokiełznanej energii, jaka cechuje głęboko zranionych ludzi. Lennon przyznawał, że marzył o miłości wszystkich, a jednocześnie nosił w sobie niebezpieczny ładunek nieszczęśliwego dzieciństwa, który wybuchał w „Mother”„How Do You Sleep?” ( „John Lennon/Plastic Ono Band” ’70). Drastyczna terapia wydobyła jego demony.

https://www.youtube.com/watch?v=FoJQAyrUHhA

W relacji Janova Lennon „potrafił przejrzeć każdego na wylot, tak jak schizofrenicy”. Z początku miał problem, żeby wydobyć z siebie krzyk. Yoko musiała go tego nauczyć. Nowe stało się również przyzwolenie na uczucia, więc kiedy po dwóch miesiącach terapia została przerwana powrotem Janova do Stanów, John umiał płakać i krzyczeć, jednak niekoniecznie panować nad emocjami. Efektem był wspaniały album, ale również dramatyczne pogorszenie stosunków z ojcem. Alf zdążył założyć nową rodzinę i odwiedził Johna ze swoim małym synkiem. Lennon w trakcie wizyty wpadł w szał. Nie zwracając uwagi na przyrodniego brata, opowiadał ojcu o terapii, w ostrych słowach wracając do przeszłości. Na wspomnienie udzielanych przez Alfa Lennona wywiadów zagroził, że zabije ojca, jeśli ich rozmowa znajdzie się w prasie. Pogodzili się dopiero, kiedy Alf znalazł się na łożu śmierci i wysłał synowi swoją niepublikowaną autobiografię. Wyjaśniał w niej, że nigdy nie opuścił Johna, swojego „małego kumpla”. Ze śmiercią matki John nie pogodził się nigdy.

Jeśli coś mi się stanie...

W roku 1971 John i Yoko przeprowadzili się do Nowego Jorku. W tym samym czasie wydali singiel „Happy Christmas (War Is Over)”, a rok później mocno polityczny album „Some Time in NYC”.

https://www.youtube.com/watch?v=C3_0GqPvr4U

„Give Peace a Chance” stało się hymnem na demonstracjach antywojennych, a sam Lennon udzielał wsparcia Czarnym Panterom, radykalnemu ugrupowaniu broniącemu praw Afroamerykanów. Występował także na charytatywnych koncertach. Na jednym z nich – na rzecz upośledzonych dzieci w Madison Square Garden – widać Lennona w szczytowej formie. Odziany w starą wojskową kurtkę, w typowych dla siebie okularach, śpiewa „Mother”, zdzierając gardło. Wersy są po Lennonowsku surowe, wypełnione wściekłością i gorączkowym uczuciem. Na scenie John wygłupia się z gitarą, żartuje i robi miny, przesyła całusy Yoko, wreszcie czyta znajomo brzmiące w Ameryce A.D. 1972 przemówienie o konieczności wzmożenia kontroli, którego publiczność słucha w milczącym porozumieniu, żeby na koniec usłyszeć, że były to słowa autora „Mein Kampf”. Geniusz Lennona łączył wdzięk, błazenadę i brutalną szczerość. Nic, co ujęłoby Nixona w napiętym okresie przedwyborczym. W tym samym roku administracja USA postawiła na deportację Lennona, wyciągając stary wyrok z Anglii o posiadaniu marihuany. W telefonie Johna pojawiły się trzaski, a na ulicy czekali „panowie”. „Lennon, ty zarozumiały czubku, kto miałby cię śledzić?”, mówił sobie, ale zwierzył się także jednemu ze znajomych:

„Kiedy coś się stanie mi lub Yoko, nie wierz, że to wypadek”

Wolna miłość

Ciągnące się apelacje (przedłużanie tymczasowego pobytu w USA) i podsłuch były tylko jednym z problemów Lennonów. W roku 1972 były mąż Yoko porwał ich wspólną córkę po tym, jak sąd przyznał Ono prawa do opieki. W związku Yoko i Johna zaczynało się psuć.

„John był dobry...” – wspominała Ono po czterech latach dochowywania sobie wierności, choć nie ukrywała, że ma słabszy seksualny temperament od ukochanego. Pewnego razu na imprezie pijany John w obecności żony zaczął pieścić się z inną kobietą. To ją zabolało. W powietrzu wisiała wolna miłość, ale oni widzieli siebie jako jedność. Nie chciała, żeby byli kolejnym skapcaniałym małżeństwem. Zaproponowała mu więc wyjazd do Los Angeles z May, ich młodą asystentką chińskiego pochodzenia, ciepłą i wrażliwą osobą, którą mogła swobodnie kontrolować.

– O nie, tylko nie May! – John zaczął się mętnie wykręcać na pomysł „matki”. Ale nie śmiał odmówić. Eliot Minz, przyjaciel Johna, twierdzi, że Lennon ledwo znalazł się w L.A., już myślał o powrocie. Nie szło mu tworzenie nowego albumu, poznawał nowe kobiety, urządzał pijackie burdy i codziennie wydzwaniał do Yoko. W poczuciu winy chciał, żeby ona też uprawiała seks z innymi i podsuwał jej kandydatury mężczyzn, w których nie mogłaby się zakochać. Po półtora roku odetchnął z ulgą: „Matka pozwala mi wrócić do domu”.

To ja byłem świnią

Ledwo do siebie wrócili, 42-letnia Yoko Ono zaszła w ciążę. „Jeśli chcesz, żebym ją zachowała, dziecko będzie twoją odpowiedzialnością”, miała powiedzieć Johnowi. Był szczęśliwy. Sean przyszedł na świat w 1975 roku, dokładnie w dniu urodzin Johna. Yoko zajęła się swoją karierą i ich finansami, a Lennon siedział w domu z dzieckiem. Nauczył się piec chleb, przewijać syna. Dawał mu to, czego nigdy nie zaznał od niego pierworodny Julian. John miał z tego powodu poczucie winy. W podejściu do kobiet zmienił się o 180 stopni: z liverpoolskiego macho stał się czołowym feministą. „To ja odbyłem długą drogę – przyznawał. – Byłem świnią. Teraz czuję ulgę”.

A jednak dzienniki, nieoficjalnie krążące wśród byłych pracowników Johna, uzupełniają ten sielski obraz ojcostwa o blokadę twórczą, seksualną frustrację. Rozdarcie między głodówkami a obżarstwem, medytacją a masturbacją. Metraż mieszkań należących do Lennonów w nowojorskim Dakota Building był tak obszerny, że John mógł wybierać się na solidną przechadzkę, nie wychodząc na dwór. Pomieszczenia wypełniał sztab pracowników, służba, kucharka, trzy koty Johna oraz szafy futer i ciuchów nałogowo kupowanych przez Yoko. W tym alternatywnym świecie potrafił spędzać całe dnie. Wyjścia, podróże i decyzje zależne były od dziesiątków doradców – począwszy od numerologów, przez tarocistów, a skończywszy na prawnikach i adwokatach. Żaden z nich nie przewidział tego, co stanie się w nocy z 8 na 9 grudnia.

Śmierć

Sam John, zapytany kiedyś o wyobrażenie swojej śmierci, miał odpowiedzieć: „pewnie rozwali mnie jakiś szaleniec”. Tym szaleńcem był Mark Chapman – 25-letni chłopak z Teksasu, który zdążył zakosztować narkotyków i nawrócić się na chrześcijaństwo. Ale czy Chapman był sam? Wydana w 2010 roku książka Phila Strongmana „John Lennon: Life, Times and Assassination” wykazuje, że zbyt łatwo uwierzyliśmy w historię szalonego chłopaka z egzemplarzem „Buszującego w zbożu” pod pachą. Do tragedii doszło w roku, kiedy po pięcioletniej przerwie John postanowił wrócić do muzyki, co w jego przypadku oznaczało zabieranie głosu w gorących sprawach. Według autora książki Chapman był stalkerem CIA, czyli jednym ze „śpiących zabójców” programowanych hipnozą i narkotykami do pozbywania się niewygodnych osób. Niezbitym argumentem jest fakt, że zdaniem patologów do Lennona miały strzelać dwie osoby. To, że za morderstwem Lennona stało CIA, sugeruje również Yoko Ono.

Na zdjęciu Annie Leibovitz zrobionym krótko przed morderstwem nagi John obejmuje ją w embrionalnym uścisku. Na innym całuje policzek „matki”. Kilka godzin później był już bliżej swojej prawdziwej mamy. Jak w refrenie jednej z piosenek Beatlesów: Happiness is a warm gun, mama! (z ang.: „Szczęście to rozgrzana broń, mamo!”).

Korzystałam m.in. z książek: Philipa Normana „John Lennon: Życie” i Roberta Rosena „Nowhere Man. The Final Days of John Lennon” oraz artykułu T. Rennella „Was John Lennon's Murderer Mark Chapman a CIA Hitman” z „Daily Mail”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Olga Bończyk o pracy nad swoją nową płytą "Ślady miłości"

 Olga Bończyk,
Olga Bończyk, "Ślady miłości", Wytwórnia muzyczna MTJ
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Choć ostatnio życie daje nam mocno w kość, Olga Bończyk przekonuje, że zawsze warto je kochać. Artystkę pytamy o pracę nad jej nową płytą „Ślady miłości”.

Wiele osób jest zblokowanych tym, jak świat zmienił się przez ostatni rok, pani natomiast nagrywa nową płytę. Co wyzwoliło tę kreatywność? A może była to forma autoterapii i wyrażenia swoich emocji w twórczy sposób? Myślę, że wszystko to jest na swój sposób prawdą, ale zacznę od tego, że planowałam nagranie płyty półtora roku temu, zanim jeszcze przyszła pandemia. A kiedy przyszła i minął już początkowy szok, to jednym z mechanizmów obronnych dla mnie samej było to, żeby ten czas efektywnie wykorzystać, żebym nie utonęła w poczuciu bezradności i pewnej paniki, która też mnie powoli dopadała. Zaczęłam zatem intensywnie pracować nad „rozgrzebaną” płytą. I nawet pomyślałam sobie, że to dobrze się składa, bo gdybym pracowała tak intensywnie jak wcześniej, to kto wie, jak długo bym ją nagrywała. A w tych okolicznościach mogłam się nad nią skupić, napisać nowe teksty, dopieścić ją, bo nic mnie nie rozpraszało.

Ale jednocześnie było to swego rodzaju balsamem na duszę, rozedrganą, zaniepokojoną tym, co będzie dalej, kiedy wrócimy w trasę, kiedy będziemy mogli mieć bliski kontakt z publicznością. Wiem, że każdy artysta zadawał sobie podobne pytania. We mnie zrodziła się wtedy nawet taka wątpliwość, czy gdy skończy się pandemia, my, artyści, będziemy jeszcze komuś potrzebni. Ta niepewność napędzała mnie ogromnym stresem. Zwłaszcza że w pewnym momencie kultura zaczęła przenosić się do Internetu, oczywiście, dobrze, że była dostępna w ten sposób, ale pojawiły się pytania, jak to wpłynie na widzów, czy w ogóle będą chcieli jeszcze przychodzić na koncerty, do teatru... Jednak kilka ostatnich tygodni, od kiedy znów teatry są otwarte, pokazało, jak bardzo publiczność jest stęskniona bezpośredniego kontaktu z żywym aktorem i trochę mnie to uspokoiło, i dało mi nadzieję, że jest do kogo wracać. Bo przecież jako artyści nie istniejemy bez widza!

Czy nagrywając płytę, mogła pani poczuć się trochę bardziej „normalnie”? Praca w studiu jest pewnym wyłączeniem się ze świata i można zapomnieć o tym, co na zewnątrz. Zdecydowanie. Nagrania w studiu, potem montaż, teledyski, których łącznie jest pięć – to wszystko odbywało się w normalnych warunkach. Zresztą praca zawsze odcina mnie od tego, co jest na ulicach. To jest mój świat i kocham go też za tę możliwość odosobnienia i odrealnienia. Wierzę, że ta dawka normalności, którą dostałam przy okazji pracy nad płytą, pomogła mi przetrwać najtrudniejsze chwile.

Tę normalność częściowo sama pani tworzyła, pisząc teksty piosenek. Wśród 12 większość jest pani autorstwa. Tak, dziewięć tekstów jest moich, trzy dostałam w prezencie. Moje teksty powstawały przez wiele lat, najstarszy ma blisko 20 lat, ale jak się okazało, zupełnie się nie zestarzał. Inne mają kilka lat, a trzy napisałam w zeszłym roku i one są trochę inne, oddają energię czasu pandemii. W jednym piszę na przykład o tym, jak to by było stworzyć świat na nowo.

A jakie słowo klucz dla tej płyty mogłaby pani wskazać? Myślę, że „miłość”... można by jeszcze dodać: „dojrzała”, bo na miłość patrzę już z mniejszym szaleństwem. Oczywiście nie ma nic złego w oderwaniu, które niesie to szaleństwo miłości, kiedy motyle w brzuchu potrafią wzbudzić wiele niezwykłych uczuć, lecz wiem już także, jak mocno można się przy tym poranić, i cenię trzeźwość, którą niesie dojrzała miłość. Ale wątek miłości, który przewija się na płycie, dotyczy nie tylko relacji między kobietą a mężczyzną, choć zawsze było to dla mnie ważne. To też miłość do życianiezależnie od tego, co ono przynosi. W piosence „Życie, taka gra” – to jeden z tych podarowanych tekstów, autorką jest Anna Ignaszewska – ten motyw powtarza się regularnie. Z perspektywy życiowej mogę już powiedzieć, że liczą się nie tylko porywy serca do drugiej osoby, ale i umiejętność kochania siebie, innych ludzi, świata...

Olga Bończyk, 'Ślady miłości', Wytwórnia muzyczna MTJ Olga Bończyk, \"Ślady miłości\", Wytwórnia muzyczna MTJ

  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

 Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)
Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.

  1. Kultura

Wspominamy największe przeboje Krzysztofa Krawczyka

Krzysztof Krawczyk zmarł 5 kwietnia 2021 roku w wieku 74 lat. (Fot. Darek Iwanski/Forum)
Krzysztof Krawczyk zmarł 5 kwietnia 2021 roku w wieku 74 lat. (Fot. Darek Iwanski/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wczoraj pożegnaliśmy Krzysztofa Krawczyka, jedną z najbarwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej. O śmierci artysty poinformował jego menadżer i wieloletni przyjaciel, Andrzej Kosmala. 

Wczoraj pożegnaliśmy Krzysztofa Krawczyka, jedną z najbarwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej. O śmierci artysty poinformował jego menadżer i wieloletni przyjaciel, Andrzej Kosmala. 

Był królem życia i muzyki. Charyzmatyczny i radosny, ale po przejściach. Popularność zdobył już w latach 60. występując z zespołem Trubadurzy. Później rozpoczął karierę solową, a jego przeboje śpiewała cała Polska. Mówiono o nim "polski Elvis Presley". Często porównywano go także do innych zagranicznych ikon muzyki - m.in. Toma Jonesa, Demisa Roussosa i Johnny'ego Casha. Zmarł w wieku 74 lat pozostawiając po sobie dziesiątki znakomitych przebojów. I choć dziś nie ma go już wśród nas, jego twórczość bez wątpienia pozostanie z nami na lata.

Aby uczcić pamięć Krzysztofa Krawczyka, posłuchajmy dziś wspólnie jego niezapomnianych utworów:

"Byle było tak"

Po rozstaniu z zespołem Trubadurzy w 1973 roku Krzysztof Krawczyk rozpoczął karierę solową. Wtedy nawiązał współpracę z kompozytorem Wojciechem Trzcińskim, który postanowił napisać dla niego "przebój, który przekona sceptyków". Tak powstał utwór "Byle było tak". - Postanowiłem zrobić z Krzyśka polskiego Toma Jonesa. I z premedytacją, z pełnym wyrachowaniem, napisałem mu piosenkę „pod Jonesa” - skomentował po latach Trzciński.

https://www.youtube.com/watch?v=wzvWucG2IAQ

"Parostatek"

W połowie lat 70. Krzysztof Krawczyk jako Samotny Trubadur i Tadeusz Drozda jako pojedynczy członek Kabaretu Elita ruszyli w trasę po Polsce. - Któregoś dnia przyszedł do mojego pokoju, zaczął przeglądać moje archiwum, aż dotarł do „Parostatku” i w jednej chwili powiada: Kurde, ale piosenka! Na poczekaniu wymyślił motyw przewodni, chwycił kartkę i tyle go widziałem - wspomina Drozda.

https://www.youtube.com/watch?v=giT3DZmy2tk

"To, co dał nam świat"

Choć utwór "To, co dał nam świat" powstał w roku 1979, tak naprawdę odkryto go dopiero rok później, a jego przejmujące słowa skojarzono z przedwczesnym odejściem Anny Jantar. Później, gdy Krzysztof Krawczyk wykonywał tę piosenkę na koncertach, publiczność zawsze wracała myślami do legendarnej wokalistki.

https://www.youtube.com/watch?v=7MjpeChOVtY

"Ostatni raz zatańczysz ze mną"

W 1986 roku piosenka „Ostatni raz zatańczysz ze mną” szturmowała pierwsze miejsca telewizyjnych plebiscytów muzycznych - mowa tu m.in. o Radiowej piosence tygodnia, Interstudiu 86 i Telewizyjnej liście przebojów TVP. W tym samym roku wspomniany utwór zdobył również drugie miejsce w konkursie Polskiego Radia na „Przebój roku”.

https://www.youtube.com/watch?v=6QVu8PuX73k

"Jak minął dzień"

"Jak minął dzień" to pierwszy singel pochodzący z wydanego w 1977 roku albumu o tym samym tytule. Utwór okazał się hitem sopockiego festiwalu, a później zdobył również nagrodę za aranżację podczas 16. KFPP w Opolu.

https://www.youtube.com/watch?v=cs2NI52an-I

"Mój przyjacielu"

Jest rok 2000. Krzysztof Krawczyk spotyka urodzonego w Sarajewie kompozytora Gorana Bregovica. Kilka miesięcy później powstaje przebojowy album "Daj mi drugie życie", będący wynikiem ich wspólnej pracy. Krążek promuje utwór "Mój przyjacielu", który szturmem podbija listy przebojów w całym kraju.

https://www.youtube.com/watch?v=g0kgw2kkFnM

"Bo jesteś Ty"

W 2002 roku ukazał się platynowy album Krzysztofa Krawczyka "...Bo marzę i śnię", który sprzedał się w ponad 100 tys. egzemplarzy. Wyprodukowany przez Andrzeja Smolika krążek zawiera m.in. klimatyczny przebój "Bo jesteś ty".

https://www.youtube.com/watch?v=vVMvZFomaeY

"Chciałem być"

Z albumu "...Bo marzę i śnię" pochodzi również kultowy utwór "Chciałem być", do którego tekst napisał Maciej Maleńczuk. W 2015 roku piosenka otrzymała nowe życie za sprawą remixu autorstwa producenta Pawła Kasperskiego znanego jako unitrΔ_Δudio. Dzięki nowej, bardziej nowoczesnej wersji utworu, twórczość Krzysztofa Krawczyka trafiła również do młodszej publiczności.

https://www.youtube.com/watch?v=_O6c4xJEyik

"Przytul mnie życie"

- Kiedy dostałem telefon, to nie zastanawiałem się ani moment, czy podjąć taką próbę napisania dla Krzyśka - mówił w filmie dokumentalnym o Krzysztofie Krawczyku Andrzej Piaseczny, autor tekstu do utworu "Przytul mnie życie". Artyści nagrali go na potrzeby albumu "To, co w życiu ważne". Dodajmy do tego gitarę Jana Borysewicza i mamy jeden z najważniejszych przebojów 2004 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=XBfDkYvlMLU

"Trudno tak (razem być nam ze sobą)"

Jednym z najważniejszych duetów w karierze Krzysztofa Krawczyka był zmysłowy utwór "Trudno tak" z młodszą o 20 lat Edytą Bartosiewicz. Piosenka z płyty "To, co w życiu ważne" praktycznie nie schodziła z pierwszych miejsc radiowych list przebojów, a także była hitem programu muzycznego TVP2 "30 ton".

https://www.youtube.com/watch?v=kpUWMl0gLEQ

  1. Kultura

Krystyna Prońko: Moje łaskawe fado

 Krystyna Prońko:
Krystyna Prońko: "Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała". (Fot. Adam Tuchliński)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Niektórzy mówią „diwa”, „ikona”. Na pewno niekwestionowana mistrzyni polskiego jazzu. Krystyna Prońko nie przestaje poszukiwać. W szczycie pandemii wydała nową płytę „Lubię… specjalne okazje…”, 16 piosenek o popowym i jazzującym brzmieniu. Nie chce jednak opowiadać życia tekstami piosenek.

Dystansuje się pani od „czytania” pani przez piosenkę, jej treść? Piosenka to tylko piosenka. Ma wzbudzić jakieś odczucia i zdobyć zainteresowanie słuchacza. Kiedy śpiewam, nie przewijają mi się obrazy z mojego życia.

Nie wierzę. Przecież pan nie jest mną. Ten zawód daje mi możliwość zaspokojenia moich potrzeb – duchowych i materialnych. Paru kolegów już śpiewało, że „ta piosenka jest stworzona dla pieniędzy”. Ja też w dużej mierze śpiewam dla pieniędzy. Tym lepiej, bo śpiewanie to moja pasja. To wielki przywilej, bo nie wszyscy pracują z taką przyjemnością.

W „Piosenkach, z których się żyje” Wojciech Młynarski pisał, że „na przekór wszystkim i mimo wszystko, jeszcze ty w Łomży zrobisz nazwisko”. Gdzieś to nazwisko zawsze się zaczyna robić. Może być Łomża, może być mój Gorzów Wielkopolski. Bez znaczenia.

Śpiewając z braćmi „Małego kwiatka” na sylwestrach pod koniec lat 60.? Ja tego nie śpiewałam. Piotrek grał ten temat na saksofonie. Grałam na pianinie, a publiczność podnosiła kieliszki i się upijała, bo w końcu był sylwester. To było chyba biuro, w jednym pokoju jedli, w drugim tańczyli, wszystko się zgadzało. Mieliśmy ze 12 piosenek, co wystarczało na godzinę, i zaczynaliśmy od początku. Chodziłam jeszcze do szkoły średniej. Piotrek jest ode mnie młodszy, a Wojtek wtedy akurat chyba z nami nie grał. Myśmy dość szybko stworzyli zespół, ojciec czasami woził nas na tak zwane występy artystyczne albo tylko chłopaków na wesela. Pakował do auta wszystkie instrumenty, w kabinie siedziały trzy, cztery osoby, i było granie po wsiach.

A domowe jam session? To już zupełnie inna sytuacja, z kolegami z podwórka. Jakoś nikt z sąsiadów nie protestował, że głośno. Podporządkowywałam się chłopakom, bo jeszcze sama nie wiedziałam, czego chcę. Potem z graniem przenieśliśmy się do domów kultury, do Domu Chemika, Kolejarza… Pamiętam, że koledzy i bracia grali Hendrixa. Wojtek grał na gitarze basowej albo na kontrabasie, bardzo dobrze śpiewał, miał ładny głos. To już było na poważnych potańcówkach dla młodzieży. Nasze nazwisko stawało się rozpoznawalne w Gorzowie Wielkopolskim. Każdy z nas szukał własnej drogi. Mnie się naprawdę wydawało, że będę pianistką. Na Ogólnopolskim Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu, chociaż coś zaśpiewałam, zdobyłam nagrodę jako pianistka zespołu Reflex. Grałam na wschodnioniemieckich organach Vermona. Później dosyć długo nic się nie działo, aż pojawiła się możliwość dołączenia do zakładanego w Rzeszowie zespołu, który przyjął nazwę Respekt, i przyszła propozycja supportu przed koncertem Czesława Niemena.

Miała pani idoli? Od samego początku to był Niemen, uwielbiałam Arethę Franklin, kiedy zaczęłam dojrzewać, dołączyła Ella Fitzgerald. Bardzo wcześnie, jeszcze przed 1970 rokiem, zaczęliśmy jeździć z Piotrkiem na Jazz Jamboree, to było nasze okno na świat. Przyjeżdżaliśmy do Warszawy i chodziliśmy na koncerty do Kongresowej, a potem na jamy do Piwnicy Wandy Warskiej. Bardzo fajne czasy. A potem sami wylądowaliśmy z akademickim big-bandem na Jazz Jamboree, i to chyba ze dwa razy. To wszystko to ciąg wydarzeń, na które nie do końca miałam wpływ. Tak to się układało.

Krystyna Prońko: 'Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała'. (Fot. Adam Tuchliński) Krystyna Prońko: \"Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała\". (Fot. Adam Tuchliński)

„Niech moje serce kołysze ciebie do snu”, „Papierowe ptaki” czy „Deszcz w Cisnej” to piosenki z lat 70., nadal w pani sztandarowym repertuarze. Przetrwały. Szmat czasu upłynął, wszystko się zmienia, a one są. Te pierwsze nagrania na niczym nie straciły. Nadal nimi dysponuję, bo w latach 90., kiedy się komuna sypała, odkupiłam ich oryginały od firmy Tonpress.

Jaka była Krystyna Prońko, kiedy śpiewała „Papierowe ptaki”? To była bardzo młoda, niedoświadczona wokalistka, która chce jak najlepiej zaśpiewać, więc jest potężnie przerażona. Był 1974 rok, jechałam do Opola pociągiem i jeszcze sobie dośpiewywałam, uczyłam się tego utworu, który wcale nie był łatwy. Miałam straszną tremę, zwłaszcza że śpiewałam tę piosenkę po raz pierwszy.

To, że tamte nagrania na niczym nie straciły, znaczy, że była pani wtedy „gotową” piosenkarką? Być może tak, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dotarło to do mnie później, kiedy oglądałam tamte stare wykonania.

Gdzie pani dzisiaj wysyła papierowe ptaki? Taki ptak wisi u mnie na lampie, ale nie da się go odczepić. No i tyle.

Tyle przekazu? Tak. Ale jest to bardzo ładna przenośnia, bardzo ładny tekst. Dopiero teraz do mnie naprawdę pasuje w stu procentach.

To dzisiaj o czym jest? O tym samym, tylko wtedy to była perspektywa. Ale zaśpiewałam z pełną emocją. Intuicja jest niezwykle ważna w działaniach artystycznych. Proszę pana, jak ktoś będzie o sobie myślał: „O kurde, jestem artysta”, to już jest źle. Artystą się tylko bywa. Byłam artystką przez chwilę, śpiewając „Papierowe ptaki”, a potem artyzm ulatywał i stawałam się na nowo normalnym człowiekiem.

Co to znaczy, że artyzm ulatywał? Nie można być artystą 24 godziny na dobę. Nikt by tego nie wytrzymał. Nie będę tu panu dla wywiadu snuć jakiejś filozofii. Po prostu artysta to nie jest zawód. Ten rodzaj przekazu energetycznego pojawia się tylko czasem.

Energia współpracy z Januszem Komanem powodowała eksplozje? Powodowała, wszystko się zgadza. Byłam w chórku i miałyśmy z dziewczynami trasę po Związku Radzieckim. Byłyśmy w pierwszej części programu, w drugiej były, chyba, Czerwone Gitary, a ponieważ był jakiś problem z pianistą, PAGART ściągnął z Polski Komana. Pojawił się w Baku, tam się poznaliśmy, a miesiąc czy dwa później wróciliśmy do domu. Janusz siedział w pokoju przy instrumencie, coś śpiewał, coś grał, ja gotowałam zupę, słyszałam, co robi, leciałam do niego i mówiłam: „O to, to” albo „tamto nie”. Albo: „Wiesz, to może ja tutaj…”. Myśmy się sobą nakręcali, bardzo się ze sobą muzycznie zgadzaliśmy. Do tego stopnia, że kiedy moje koleżanki zainteresowały się jego twórczością, czułam się z tym bardzo źle.

Była pani zazdrosna? No pewnie! W końcu pomyślałam: „Jeśli tak, to wolę robić swoje, sama”.

Bo te wybuchy były? Wybuchy w tej pracy są potrzebne, ale i doprowadzają do rozpadu. Każdy poszedł swoją drogą.

W 1980 roku zaśpiewała pani w oratorium „Kolęda nocka” Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Tu śpiewała pani „Psalm stojących w kolejce”, a wokół pełna opresji komuna. Nie bała się pani? Sytuacja była nieprzewidywalna i uważałam, że to będzie koniec mojego śpiewania, co powiedziałam Wojciechowi Trzcińskiemu. „Nie, nie, to dopiero początek” – odpowiedział.

Już nie mogła pani mówić, że to tylko piosenki? A co pan ma na myśli?

Że trzeba było się opowiedzieć po którejś stronie. Nie trzeba być zaangażowanym, żeby śpiewać. Polityka mnie wtedy zupełnie nie interesowała. Zobaczyłam w tym spektaklu możliwość pracy w teatrze, repertuar, którym można wyrazić to, co się działo. Natomiast, jeśli mam być dosłowna, to nigdy w życiu nie stałam w kolejkach, wolałam czegoś nie kupić. Nie znam kolejek z autopsji. Ale przypadło mi w udziale zaśpiewanie o takich sytuacjach. Mam swoje poglądy polityczne, ale staram się ich w ogóle nie ujawniać, bo się na tym przejechałam. To moja prywatna sprawa. Z „Kolędą nocką” mieliśmy jechać do Stanów. Nastał stan wojenny, no i co teraz? Byliśmy jeszcze w teatrze, graliśmy w sobotę „Kolędę nockę”, a w niedzielę już to nie było możliwe. Pamiętam, że było strasznie dużo śniegu. Pojechałyśmy z Haliną Frąckowiak do teatru odebrać nasze rzeczy. Wróciłyśmy do hotelu, a potem pociągiem do domu.

A jednak wyjechaliście do Stanów. Przesunięto nasz wyjazd na drugą połowę stycznia. Pojechaliśmy z wersją estradową, udało nam się nawet zagrać w teatrze na off-Broadwayu. Ci Amerykanie w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi z tymi kolejkami, z całą tą sytuacją, o której był spektakl.

Amerykanie kochali wtedy Solidarność. Nie wiem, co kochali. To mnie mało interesowało. Tak samo jak nie interesowało mnie pozostanie w tym kraju. Chociaż wszyscy sądzili, że zostanę.

Dlaczego pani nie została? Chyba z głupoty, każdy jakąś popełnia. Przeraziło mnie, że zostawiam w Polsce rodzinę, bałam się represji. Może nic by się nie wydarzyło, ale wolałam nie ryzykować.

W Warszawie pojawiła się dziewczyna w zielonym nieprzemakalnym płaszczu. [śmiech] Tak, bo w Nowym Jorku koleżanka zaprowadziła mnie do sklepu z wojskowymi ciuchami z demobilu i ja ten płaszcz kupiłam. W największą ulewę mogłam w nim wyjść, i wszystko z niego spływało. Był długi, naprawdę świetny.

Jak radziła sobie pani z brakiem pracy? Założyliśmy z braćmi Prońko Band. Poza tym dostałam zaproszenie od kolegi, który jeździł na kontrakty na norweskich promach, szukał wokalistki. Bardzo mi ta praca pasowała. Miałam dużo wolnego czasu, mogłam się uczyć języka. A przede wszystkim miałam codziennie trening wokalny, co najmniej dwugodzinny. Śpiewałam piosenki nie ze swojego repertuaru, aktualne hity.

I co pani śpiewała? Musiałabym sprawdzić, mam gdzieś jeszcze zeszyty z tekstami. Na pewno „Like a Virgin” Madonny, coś Michaela Jacksona i dużo amerykańskich standardów, klasyków swingowych.

Nie chciała pani później nagrać tych coverów? Nagrałam płytę „Jestem po prostu” z polskimi hitami lat 50. i 60. W szkole średniej wycinałam z gazet prymki [zapis nutowy melodii, czasem z podpisanymi funkcjami], zbierałam je, ot, na wszelki wypadek. W pewnym momencie przy jakiejś przeprowadzce to odgrzebałam. Masa piosenek, które pamiętałam z dzieciństwa. Niektóre z nich bardzo mi się podobały. „Pierwszy siwy włos”, „Żółte kalendarze”, „Znad białych wydm”, „Złoty pierścionek”...

Mama lubiła te piosenki? To nie ma nic wspólnego z moją mamą. To były moje hity z dzieciństwa. A ponieważ w domu grało radio, to słuchałam.

A jacy byli rodzice? Wspaniali, no, jacy mieli być? Boże, o co mnie pan pyta!

Mama śpiewała? Grała na harmonii, którą mam, bo ją wyremontowałam, i śpiewała. Harmonia była z odzysku, podobnie jak meble, które stały w mieszkaniu w Gorzowie, jak się rodzice wprowadzili. Pamiętam stare wielkie biurko, które w końcu wyrzuciła moja siostrzenica. Ojciec znalazł „poniemieckiego” nimbusa, sam wyremontował silnik i tak uruchomił motocykl. Ojciec zaocznie zrobił technikum mechaniczne, naprawiał wszystkie nasze auta. W nimbusie matka na tylnym siedzeniu, w przyczepie dziecko albo dwoje. Sama tego nie pamiętam, mam takie zdjęcia, miałam może półtora roku. A potem zamienił go na dekawkę IFA, były takie samochody. Do dziś pamiętam jego dźwięki. Było słychać, że ojciec zbliża się do domu.

Jak rodzice trafili do Gorzowa? Przodkowie poszukiwali złota na Syberii, po jakimś czasie kupili ziemię na terenie dzisiejszej Białorusi. Tak powstało wielohektarowe gospodarstwo. Mój ojciec jeździł tam po wojnie. Pamiętam, że wyjeżdżał nawet dalej, na Syberię. Kiedy w 1970 roku Czesław Niemen spotkał się z moim ojcem, u nas w domu, natychmiast padli sobie w ramiona. Bo Wasiliszki, skąd pochodził Czesław, i Baranowicze, gdzie mieszkali Prońkowie, leżą niedaleko siebie. Korzenie mamy były z kolei w centralnej Polsce. Babcia była z Łodzi. Potem przeniesiono dziadków na wschód Polski, do Grodna. Kiedy przyłączono do polski Ziemie Zachodnie, ktoś je musiał zasiedlić. Wsiedli do pociągu, mogli wysiąść w dowolnym miejscu, a matka wybrała Gorzów, bo jej przypominał Grodno. Byłam w Grodnie, nie ma nic wspólnego z Gorzowem. Poza tym, że przez środek miasta płynie rzeka.

Klatka schodowa, na której pani śpiewała w dzieciństwie, istnieje? W tym domu mieszka moja rodzina. Ciągle tam bywam. Kamienna, lastrykowa klatka w domu, który razem z poddaszem ma trzy piętra, powoduje naturalny pogłos. Lubiłam, jak niosło mój głos.

Wątpiła pani kiedyś w swój zawód, na przykład w latach 90., śpiewając jeden koncert na kwartał? To był bardzo trudny czas dla muzyków. No i zalew gównianego repertuaru. Polskiej muzyki nie było w stacjach radiowych. Z ówczesnym partnerem zainteresowaliśmy się radiem i robiliśmy audycje. Postanowiliśmy założyć hurtownię płyt i kaset. Zaczęły powstawać numery disco polo. Bardzo dużo mieliśmy takich kaset w hurtowni.

Czyli przyczyniła się pani do popularyzacji gatunku? W jakimś sensie tak, próbując przeżyć. Pamiętam, że dużo jeździliśmy po hurtowniach discopolowych. Mieliśmy paręnaście sklepów, do których dostarczaliśmy ten towar.

Przyjeżdża Krystyna Prońko i kupuje parę kartonów kaset Shazzy? Nie pamiętam, co kupowałam, ani mnie to ziębiło, ani grzało. Ludzi, którzy to kupowali, nie interesowały dokonania ani nazwiska, których tam zresztą nie było. Chcieli tylko łupu-cupu, tyle. Do tego sprzęt grający, który wówczas można było kupić, urągał wszelkiemu rozsądkowi. Ogólnie to było straszne.

Była pani w stanie komponować? Tak, jakoś potrafiłam się w tym wszystkim odnaleźć. Kiedy sprzedaż tego towaru zaczęła spadać, zrobiły się długi, musiałam je pospłacać, więc załatwiłam sobie koncerty dla amerykańskiej Polonii. Wróciłam z pieniędzmi, a potem rynek muzyczny zaczął się normalizować.

Co ważne jest w pani życiu poza muzyką? Rodzina, zwierzęta, swoboda działania. Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała.

Portugalia? Przedostatni raz pojechałam zupełnie sama, zabrałam tylko psa. Po drodze złapałam dwie gumy, i to po tej samej stronie. Pierwszą w Niemczech, drugą we Francji. A przed podróżą wymieniłam wszystkie opony. Tyle że nie zostały wymienione wentyle, ktoś oszczędził na mnie parę złotych, no i dwa nie wytrzymały. We Francji, zmieniając koło, ukręcili mi śrubę, urwała się. Przyjechał facet z platformą, a ja z tym psem, i zawiózł na szrot, wymienili koło. Konsultując się z bratem przez Skype’a, dojechałam do Portugalii.

Śpiewała pani fado? Mąż mojej bratanicy, która tam mieszka, ma w swojej rodzinie śpiewaków fado. Mam spory zbiór płyt. Doszłam do wniosku, że „Małe tęsknoty” to typowe fado, i w nastroju, i w melodyce. Jakby dopisać portugalski tekst, to byłoby świetne współczesne fado. A fado znaczy los.

Na wakacjach szuka pani ciszy? Na kempingu? Wieczorem jest huk, wszyscy się bawią. Do północy gra muzyka.

Jeździ pani pod namiot? Jest ciepło i do końca października można siedzieć pod namiotem. Od szkoły średniej jestem przyzwyczajona do namiotów. Teraz mam trzy, każdy innej wielkości. Najnowszy ma 30 metrów kwadratowych, jest jak małe mieszkanie. Jeszcze nie próbowałam rozbić namiotu na samej plaży, ale domyślam się, że są miejsca, gdzie to można zrobić. Pod warunkiem że nie ma przypływu. Miałam taką sytuację z psem. Leżał pod parasolem, zbliżał się zachód słońca, a fala stawała się coraz dłuższa i coraz bardziej się do tego parasola zbliżała. W pewnym momencie poczuł, że sięga go woda, i zerwał się jak oszalały.

Pani fado było dla pani łaskawe? Jestem zadowolona. Dotąd nigdy nie miałam do życia pretensji. Będę pracowała, dopóki będą chcieli mnie słuchać. Jestem dość krytyczna wobec swojego śpiewania i brzmienia. Jeżeli zauważę, że nie jest dobrze, przestanę. Nawet nikomu o tym nie powiem. Bo po co mam się tłumaczyć ze swoich błędów i niedoróbek? Może nikt inny ich nie usłyszy?

Koziorożec twardo stąpa po ziemi? To chyba nie znak decyduje. Sama staram się czuć ziemię pod stopami. Zawsze było dla mnie najważniejsze to, co teraz. A to, co minęło… Było. Koniec. Póki jestem, ciągle jest szansa na nowe. 

Krystyna Prońko wokalistka jazzowa, kompozytorka, pedagożka. Wielokrotnie zdobywała nagrody na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nagrała kilkanaście albumów, między innymi: „Krystyna Prońko”, „Deszcz w Cisnej”, „1980”, „Subtelna gra”, „Firma Ja i Ty”, „Jesteś lekiem na całe zło”, „Złość”, „Jestem po prostu”, „The Album”, „Lubię… Specjalne okazje…”, a także „Osobistą kolekcję”.