1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Trzy pokolenia kobiet, kaszubski demon i rodzinny koszmar. „Òpi” z Magdaleną Boczarską i Iwoną Bielską to folk horror, który nie daje o sobie zapomnieć

Trzy pokolenia kobiet, kaszubski demon i rodzinny koszmar. „Òpi” z Magdaleną Boczarską i Iwoną Bielską to folk horror, który nie daje o sobie zapomnieć

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Nikt nie prosił, wszyscy potrzebowali. Na festiwalu w Gdyni zadebiutował właśnie pierwszy polski folk horror, inspirowany kaszubską demonologią i zgłębiający rodzinne traumy. W dodatku zrobiony przez kobiety i z wyłącznie kobiecą obsadą.

Horror to gatunek, który od początku w polskim kinie miał pod górkę. Wprawdzie pierwsze filmy grozy, inspirowane niemieckim ekspresjonizmem lub ludowymi wierzeniami powstawały już w dwudziestoleciu międzywojennym, większość jednak nie przetrwała drugiej wojny światowej. Na szczęście zachował się „Dybuk” z 1937 roku, w całości nakręcony w języku jidisz, dziś pozycja głównie dla koneserów. Po wojnie, w czasach socrealizmu, horrory stały się nieużyteczne społecznie, poza tym wtedy większą grozą napawało codzienne życie. Dopiero odwilż otworzyła nas na ten gatunek. Mimo to długo był uznawany za bezwartościowy, trochę może nawet wstydliwy. Pogardzany przez inteligentów i „niepolski”, bo inspirowany Zachodem.

W związku z tym twórcy na poważnie nim zainteresowani, ani nie dostawali większych budżetów, ani nie mieli zbytnio okazji do tego, by swobodnie sobie poeksperymentować. Co znamienite, jedne z najlepszych, wręcz kultowych horrorów stworzyli polscy reżyserzy na emigracji, mam tu na myśli „Opętanie”, „Trzecią część nocy” i „Diabła” Andrzeja Żuławskiego, ale też „Dziecko Rosemary” i „Wstręt” Romana Polańskiego. Może więc to wcale nie brak wyczucia, ambicji czy talentu, ale właśnie braku szans i pieniędzy…

Na szczęście ostatnio coraz więcej się w tej materii zmienia. Jak zauważa Katarzyna Kebernik w tekście „Nasze kino grozy – najlepsze polskie horrory”, dziś polscy reżyserzy nie boją się robić horrorów tylko dla wywołania u widza strachu („W lesie dziś nie zaśnie nikt” czy „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”), a polskie reżyserki, takie jak Agnieszka Smoczyńska („Córki dancingu”) czy Jagoda Szelc („Wieża. Jasny dzień”), dodatkowo nadają im osobisty, intymny charakter i często feministyczny wydźwięk. Nie inaczej jest z debiutem Marty Giec, która w swoim pierwszym horrorze postanowiła przyjrzeć się skomplikowanym relacjom trzech pokoleń kobiet.

autopromocja
750x300_srodtekst_artykul (4).webp

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Trina (Wiktoria Kruszczyńska) mieszka ze zdewociałą matką (świetna Gabriela Muskała), która zaprzęga ją do pomocy w domowym zakładzie krawieckim, ewidentnie ograniczając jej samodzielność i tępiąc jej artystyczne zapędy, w dodatku stosując system wymyślnych kar za mniejsze i większe przewinienia. Nie bez powodu zresztą jedyna przyjaciółka Triny nazywa jej dom „ambasadą chorego gówna”. Mamy rok 2002, swoją ósma pielgrzymkę do Polski odbywa właśnie papież Jan Paweł II. Podczas gdy matka w wolnym czasie godzinami ogląda relacje w telewizji, Trina tworzy dziwne, niepokojące rysunki i miewa jeszcze mroczniejsze sny. Atmosfera między nimi gęstnieje, aż w przeddzień swoich osiemnastych urodzin Trina postanawia, wraz ze wspomnianą przyjaciółką, uciec z domu. Jej plany pokrzyżuje jednak niespodziewana wizyta dwóch nieznajomych, które okazują się jej ciotką Heleną (Magda Boczarska) i sparaliżowaną babką Reginą (Iwona Bielska).

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dziewczyna do tej pory nie wiedziała, że ma jakąkolwiek rodzinę poza matką, z zaciekawieniem słucha więc strzępów rodzinnych, kaszubskich historii, w tym o młodości swojej babki, która miała dar widzenia przyszłości, oraz momencie swoich narodzin (przyszła na świat w tzw. czepku oraz z kompletem uzębienia). Największe wrażenie robi jednak na niej historia o òpim czy też łopim, uznawanym za najniebezpieczniejszego ze wszystkich upiorów. Gdy wstawał z trumny, pustoszył wioski, sprowadzał śmierć i choroby samym spojrzeniem, wypijał krew żywych. Dziewczyna stopniowo zaczyna rozumieć, czemu i ją od zawsze pociągał mrok (swoje imię Krystyna skraca do Trina na część Triny Papisten, ostatniej kobiety straconej za czary w Słupsku w 1701 roku). Kobiety zamieszkują pod wspólnym dachem, a my zaczynamy przyglądać się dynamice łączących je więzi, ale też dostrzegać przyczyny ich zachowań i wzajemnych pretensji. Jeśli wcześniej atmosfera była gęsta, teraz można ją wręcz kroić nożem a może nawet… łamać łopatą.

To chyba dobry moment, by zaznaczyć, że jeśli już, to jestem fanką horrorów nieoczywistych, osobistych, twórczo przekształcających i oswajających nasze najgłębsze leki, nie dosłownych. Dlatego też pierwsza część filmu Giec przyniosła mi sporą satysfakcję. Wiktoria Kruszczyńska przekonująco gra zagubioną, introwertyczną, przerażoną swoim – jak jej się wydaje – popadaniem w obłęd, by w pewnej bardzo znaczącej scenie przeistoczyć się w gotycką divę. Doskonale partneruje jej w tym Gabriela Muskała, która już choćby w innym znanym filmie wspomnianej Agnieszki Smoczyńskiej – „Fuga” udowodniła, że nieoczywiste, biegunowo skraje postaci są dla niej – zawodowo – chlebem powszednim.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Zresztą zarówno jej postać, tak jak i bohaterki grane przez Magdę Boczarską i Iwonę Bielską mają drugie dno. Wszystkie te znakomite aktorki zdają się w swoich kreacjach nawiązywać do innych swoich ekranowych wcieleń, wyostrzać ledwie zarysowane w nich możliwości rozwoju. Wreszcie wątek folkloru kaszubskiego, szkoda, że za mało rozwinięty, właściwie tylko zasugerowany, który w metaforyczny sposób oddaje dramat osób odrzucanych przez społeczność z powodu ich wyjątkowych zdolności czy talentów.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Największą siłą „Òpi” jest bowiem emancypacyjno-feministyczny przekaz – to, co było twoją skaza i słabością, tak naprawdę jest twoją największą siłą. Gdyby odjąć z niego gatunkowy filtr, byłoby on po prostu opowieścią o tym, jak młoda dziewczyna pod wpływem trudnych, ale nieuniknionych zdarzeń, przeistacza się w kobietę pewną swojej wartości. Z drugiej strony jednak ten filtr jest właśnie najciekawszy! Marta Giec – zwłaszcza w drugiej części filmu – udowadnia, że jako reżyserka horroru nie ma żadnych kompleksów. Nie ma się czego wstydzić – mówi swoim filmem. Możemy spokojnie konkurować z aktualnymi kinowymi hitami z USA, bo jest to moment, w którym jednymi z najchętniej oglądanych filmów tego lata – obok oczywiście „Odysei” – były „Obsesja” Curry’ego Barkera i „Backrooms. Bez wyjścia” Kane’a Parsonsa, oba reżyserowane przez bardzo młodych twórców a na premierę w streamingu czeka serialowa wersja mojego ulubionego horroru „Carrie”, na podstawie bestsellerowej powieści Stephena Kinga. „Òpi” zarówno w sferze fabularnej, jak i wizualnej w niczym im nie ustępuje. Fani scen z odcinaniem pewnych części ciała, wyrywaniem zębów czy lejąca się krwią też będą usatysfakcjonowani.

Marta Giec w jednym z wywiadów wyznała, że największym wyzwaniem było dla niej właśnie to, jak pokazać dziś słowiańskiego demona, bez popadania w kicz. Dlatego mogę jej wybaczyć także dosłowność niektórych scen. Generalnie mam słabość do jej dzieła, bo choć nie jest to ani mój ulubiony gatunek, a sam film nie jest pozbawiony wad, to jest to tak świeże, z pazurem, bezczelne i kobiece, że ja to kupuję.

„Òpi” w reżyserii Marty Giec bierze udział w Konkursie Perspektywy 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE