Wspomnienia z podróży, dziecięce fascynacje modernistyczną architekturą, zachwyty nad naturalnymi materiałami – dom architektki wnętrz Magdaleny Prenety-Bąk zbudowany jest bardziej z emocji niż z trendów. Projekt dojrzewał niemal siedem lat i przez cały ten czas nieustannie ewoluował, aż stał się przestrzenią pełną światła, koloru i osobistych znaczeń.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 07/2026.
Piękne Maroko sobie tu urządziliście! – to zdanie często słyszą Magdalena i jej bliscy od osób, które po raz pierwszy odwiedzają ich dom. Charakterystyczne ażurowe elewacje, płaskie dachy pełniące funkcję tarasów oraz prosta, geometryczna bryła wykończona cegłą w odcieniu pustynnego piasku, tworzą dość orientalny klimat. Budynek w kształcie litery V osłania od ulicy i sąsiednich zabudowań wewnętrzny dziedziniec ze starą wiśnią porośniętą bluszczem i wyłożonym kamieniem basenem. Rzeczywiście można się tu poczuć, jak w marokańskim riadzie. Magdalena widzi to jednak trochę inaczej.
– Ażurowe wstawki na elewacji, które tak wielu osobom natychmiast kojarzą się z orientem, przypominają mi przede wszystkim dzieciństwo. Jestem dzieckiem lat 80., dorastałam w otoczeniu socrealistycznych, rzeszowskich blokowisk, w których piwniczne ścianki i śmietniki budowano z układanych na mijankę cegieł. Kiedy projektowaliśmy te elementy elewacji, budowlańcy patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Pytali: „Naprawdę chce pani takie ażury? Jak w tych starych śmietnikach z lat 80.?” – wspomina.
Ale dziś te charakterystyczne perforacje tworzą w domu coś niezwykłego. Światło przeciska się przez nie i migocze po ścianach, podłodze, suficie. Wszystko żyje, zmienia się z każdą godziną. Można siedzieć i po prostu patrzeć, jak światło tańczy po wnętrzu.
Magdalena Preneta-Bąk (Fot. Martyna Rudnicka)
– Pamiętam, że w dzieciństwie robiłam dokładnie to samo – mówi Magda. I przyznaje, że to nie jest jedyny flashback w tym wnętrzu. – Wokół naszego osiedla stały postmodernistyczne wille, które wtedy nazywano po prostu „klockami”. Nigdy w takim domu nie mieszkałam, ale w młodości byłam nimi absolutnie zafascynowana. Te proste bryły, geometryczne formy, symetryczne układy okien bardzo działały na moją wyobraźnię. Dzisiaj, patrząc na swój dom, widzę, że to wszystko gdzieś we mnie zostało. Stworzyłam ten projekt po części z obrazów, które nosiłam w sobie od lat, z zachwytów nad architekturą, ale też z doświadczeń przywiezionych z podróży – przyznaje.
Ważną rolę w kształtowaniu tych inspiracji odegrała również jej droga – od studiów na Wydziale Architektury Wnętrz krakowskiej ASP po wyjazd stypendialny do Perugii na wydział scenografii, gdzie mogła zetknąć się z innym spojrzeniem na sztukę, architekturę i projektowanie przestrzeni.
Nie była to, co prawda, wyprawa do Maroka, tylko do Tyrolu.
– Kiedy lata temu jechaliśmy na narty, odwiedziłam po drodze znajdującą się w czeskim Brnie białą willę Tugendhatów, ikoniczny przykład modernizmu międzywojennego, projektu Ludwiga Miesa van der Rohe z lat 1928–1930. Willę usytuowano na malowniczym wzniesieniu, z którego roztacza się widok na Stare Miasto i położone niżej tereny. Zachwyciło mnie w niej połączenie prostoty z funkcjonalnością i to, jak idealnie wkomponowano ten budynek w otoczenie, dzięki czemu nie epatuje on luksusem ani oryginalnością, choć obie te cechy bez wątpienia posiada – opowiada Magda, która od tej pory zaczęła marzyć o realizacji podobnego projektu w rodzinnym Rzeszowie.
– Zaczęłam od poszukiwań odpowiedniego miejsca, czyli działki na wzniesieniu, najlepiej porośniętej starodrzewem, ale wszyscy mówili, że w tym mieście nie znajdę już takiej przestrzeni, bo najlepsze lokalizacje są od dawna zajęte. I mieli rację – przyznaje.
Jednak nie przerywała poszukiwań i po siedmiu latach w końcu znalazła idealne miejsce.
– Cieszę się, że trwało to tak długo, bo wizja domu, którą w sobie nosiłam, mogła dojrzeć razem ze mną. W międzyczasie zobaczyłam inny projekt Miesa van der Rohe, ceglaną willę Lemke w Berlinie. I doszłam do wniosku, że nie chcę białej elewacji kontrastującej z otaczającą zielenią, wolę budynek, który wtopi się w otoczenie, będzie częścią krajobrazu, a nie pierwszoplanowym bohaterem. Uważam, że nowe domy powinny być projektowane z szacunkiem do zastanej już architektury. Nasz, co prawda, wyróżnia się bryłą, ale naturalny zgaszony odcień cegły sprawia, że nie rzuca się w oczy, nie dominuje – mówi.
Szukając idealnej cegły, podróżowali po całej Polsce.
– Każdy wyjazd był pretekstem, żeby zobaczyć miejsca, o których wcześniej tylko słyszałam: stare obiekty, lokalne manufaktury, architekturę z duszą. Kiedy dotarliśmy do cegielni Cekobud w Kraśniku pod Lublinem, przepadłam bez reszty. Poruszył mnie tamtejszy sposób pracy: ręcznie formowane cegły, 80-letni piec Hoffmanna działający nieprzerwanie od dekad i świadomość, że każda sztuka na końcu ponownie przechodzi przez ludzkie dłonie – wspomina Magdalena.
Ogromne wrażenie zrobiła na niej również historia opowiedziana przez Piotra Piętala, właściciela tamtejszej wytwórni, o lessach, z których formują swoje cegły – zostały nawiane aż z okolic wysuszonych terenów stepowych Azji i Europy Wschodniej jeszcze w epoce lodowcowej.
– Ta świadomość, że materiał, którego dotykam, niesie w sobie historię sprzed tysięcy lat, była absolutnie fascynująca – mówi.
Właśnie ta cegła stała się głównym budulcem ich domu i wyznaczyła kierunek dla całej reszty.
– Naturalność była naszą myślą przewodnią. Chcieliśmy, by wszystkie materiały były nieskażone sztucznością. Drewno, kamień, chropowate faktury, proste formy, kolory natury. Te ostatnie, nie wiedzieć czemu, kojarzą się zazwyczaj z neutralnymi odcieniami, ale w domu Magdy trudno mówić o monotonii.
– Kolor od zawsze był dla mnie czymś więcej niż dodatkiem. Mam jednak poczucie, że ludzie wciąż trochę się go boją. Dostrzegam to również u swoich klientów, nawet tych, z którymi pracuję od lat. Często są bardzo ostrożni w wyborach, trzymają się bezpiecznych rozwiązań, ale kiedy zapraszam ich do siebie, nagle zaczynają patrzeć na kolor zupełnie inaczej, bo widzą, że dzięki niemu wnętrza stają się przygodą – tłumaczy Magda.
Kiedy jednak powiedziała wykonawcom, by połączyli ciemnozielone płytki w kuchni z ceglastorudą fugą, a dla odmiany rude płytki w sypialni zestawili z fugą intensywnie niebieską, byli autentycznie załamani. Ale później przyznali: „Magda, to naprawdę świetnie wyszło”.
– I właśnie takie momenty lubię najbardziej, kiedy ludzie odkrywają, że można łamać schematy, łączyć rzeczy pozornie niemożliwe i tworzyć z tego coś pięknego. Wystarczy odrobina odwagi, żeby wnętrze zaczęło żyć.