Od lat jako psychoterapeutka psychodynamiczna zajmuje się m.in. trudnościami w relacjach, zaburzeniami osobowości, chorobami psychicznymi, traumą. Joanna Kotańska podejmuje właśnie temat uzależnień, którego prekursorem i guru był jej ojciec, twórca Monaru. Pamiętając jego słowa „Daj siebie innym”, właśnie założyła i prowadzi Fundację im. Marka Kotańskiego „Dotknięcie Dobra”, której celem jest pomoc młodym ludziom w walce z nałogami.
- Joanna Kotańska przez lata szukała własnej drogi i nie chciała budować swojej tożsamości na nazwisku słynnego ojca. Dziś, 24 lata po jego śmierci, zakłada Fundację im. Marka Kotańskiego „Dotknięcie Dobra” i mówi: „A teraz już mogę, chcę”.
- Jako psychoterapeutka widzi, jak łatwo alkohol, narkotyki, zakupy czy nałogowe scrollowanie stają się sposobem regulowania trudnych emocji. Chce szczególnie pomagać młodzieży.
- Dorastanie jako córka Marka Kotańskiego oznaczało nie tylko bliskość Monaru i ludzi, którym pomagał, lecz także hejt, strach i tęsknotę za bardziej „standardowym” ojcem.
- Joanna Kotańska opowiada też o żałobie po ojcu, rodzinnej traumie transgeneracyjnej i wspomnieniach, którymi długo nie chciała się dzielić.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.
Remigiusz Grzela: Społeczeństwo zaczyna być permanentnie uzależnione?
Joanna Kotańska: Załóżmy, że wracam do domu zestresowana, przemęczona, napiję się drinka, posiedzę na Instagramie, pojawia się ulga. Depresja, stany lękowe, uzależnienia ciągle trzymają się mocno, zarówno te od substancji – narkotyki, alkohol, leki – jak i behawioralne, czyli polegające na przymusie pewnych zachowań typu hazard, zakupoholizm czy nałogowe scrollowanie internetu, życie w wirtualnym świecie. To plaga, już nawet u małych dzieci... Najprościej regulować emocje substancjami albo czynnościami. Dlatego chcę, aby fundacja specjalizowała się w temacie uzależnień, także prowadząc w przyszłości poradnię stacjonarną.
Marzę o stworzeniu systemu opiekującego się młodzieżą i młodymi dorosłymi, proponującego bezpłatną terapię dostępną wszędzie, także w miasteczkach, wioskach, gdzie naprawdę dziś jej nie ma.
Mam pomysł, oparty na pomocy internetowej. Na mapie Polski nie ma białych plam, jeśli chodzi o dostępność narkotyków, za to są białe plamy, jeśli chodzi o dostępność terapii. Dlatego próbujemy pozyskać fundusze na taką pomoc.
Długo dojrzewałaś do założenia fundacji imienia twojego taty?
Od śmierci taty minęły 24 lata. Pomyślałam, że może to jeden z ostatnich momentów, kiedy mam energię do działania dla innych, ale też jestem gotowa zająć się pamięcią o tacie. Coraz częściej słyszę od kogoś, że nie kojarzy, kim był Marek Kotański. Nie identyfikuje z nim działalności Monaru.
Mam 55 lat, jestem dojrzałą kobietą z siwymi włosami, babcią, mogę się zająć fundacją bez poczucia, że uwiesiłam się nazwiska ojca. Nie ukrywałam nigdy, kim jestem. Ale wolałam szukać własnej drogi, bez zajmowania przez lata jakiejś funkcji społecznej.
Skupiałam się na nauce, budowaniu życia prywatnego, na rodzinie, przyjaciołach, zainteresowaniach. A teraz już mogę, chcę, nikt tego na mnie nie wymusza ani mnie do tego nie namawia.
Fundacja ma w nazwie „dotknięcie dobra”.
W jednym z ostatnich wywiadów tata tłumaczył, że chce tworzyć Wyspy Dobra. Zrobiliśmy burzę mózgów, szukając nazwy fundacji, i doszłam do wniosku, że „dotknięcie dobra” jest od taty, bo to jego określenie. I moje połączenie z nim.
Dobro określa Marka Kotańskiego?
Myślę, że są słowa, które go bardziej określają – to działanie, ratowanie. Zastanawiałam się, czy gdyby ojciec żył dzisiaj, nie okazałoby się, że ma ADHD, biorąc pod uwagę jego niespożytą energię, impulsywność, chaotyczność, kreatywność, trudności z wypoczynkiem, bo właściwie nie umiał odpoczywać.
Fundacja to też niesienie dalej jego społecznego dziedzictwa?
Jest w jej idei przekaz, z którym wyszłam z domu, a w nim mieści się myślenie mojego taty o ludziach, relacjach, wartościach, pomaganiu, tolerancji. Postanowiłam podzielić się tym z innymi, ale po swojemu. Przez wiele lat uciekałam od oczekiwania, że będę podobna do taty. Jestem podobna, choć także bardzo różna. Nie jestem taka wyrazista, kontrowersyjna… Bywał showmanem. To, co nas łączy, to wrażliwość, szacunek dla drugiego człowieka.
Marek Kotański stworzył ośrodki Monaru (wychodzenie z uzależnień) i Markotu (wychodzenie z bezdomności), także hospicjum dla chorych na AIDS. Ale lubił wyjść do tłumów jak happener i albo ich przekonywał, albo oburzał.
Miał charyzmę. Ludzie go słuchali, wierzyli mu, ufali i potrafił do większości dotrzeć. Mogli go nie lubić, ale z każdym potrafił nawiązać kontakt, z osobami w bezdomności, z politykami. A były to czasy bez internetu, mediów społecznościowych. Dzisiaj zorganizowanie Łańcucha Czystych Serc, od Bałtyku po Tatry, czyli wielkiej idei tolerancji i pomocy, a przede wszystkim manifestacji solidarności z osobami uzależnionymi, chorymi, wykluczonymi – byłoby na pewno dużo prostsze niż wówczas, w połowie lat 80.
Pamiętam akcję z 1987 roku „Kupą, Mości Panowie”, czyli czyścimy polskie toalety. Chodziłam do liceum. Było mi z tym trudno, bo używając dzisiejszego języka, byłam hejtowana. Koleżanki i koledzy, oczywiście nie wszyscy, wołali: „Kotańska, jest brudny kibel na drugim piętrze, może pójdziesz wyczyścić?!”.
Teraz mówię o tym z dystansem, ale wtedy miałam 16 lat, byłam wrażliwą osobą. Musiałam albo to ignorować, albo próbować się obronić. Cały czas odczuwałam skutki tych akcji, bo ludzie je bezpardonowo komentowali. Pewnie czasami się wstydziłam, a bywało, że także się bałam.
Jak to?
Ojciec miał sprawczość, zdolność niepoddawania się, ale miał też bardzo dużo porażek, był odrzucany, także hejtowany. Kiedy na początku lat 90. próbował założyć w Laskach dom dla dzieci zakażonych HIV, ten dom podpalono. Jest takie zdjęcie, siedzi na schodach tego domu, kompletnie zrezygnowany, nie ma w sobie już nic z herosa. Nie był wiecznym herosem, ale podnosił się z upadków. Z tego czasu pamiętam transparent: „Zabić Kotańskiego i rodzinę jego”. Więc jak mogłabym się nie bać? Ale, z drugiej strony, patrzyłam na tę taty umiejętność odradzenia się, rezyliencji, czyli sprężystości, odporności psychicznej.
Więc wychodził na ulicę z zawieszoną na szyi tekturą z hasłem: „Jestem chory na AIDS, przytul mnie”.
Tata nie unikał trudności, lubił prowokować, jeśli miało to przyczynić się do zrobienia czegoś dobrego. Ten pęd do działania bez względu na przeciwności dostałam od ojca w pakiecie. Radzę sobie w zależności od tego, czego doświadczam. Zakasuję rękawy i działam dalej.
A kiedy nie był herosem?
Był delikatny, wrażliwy. Opowiadał mi bajki na dobranoc, przytulał mnie, chodziliśmy razem z psami na spacery [długa pauza]. Nie wiedziałam, że mnie to wzruszy.
Kiedyś powiedział, że nie jest twardym facetem, ale musiał go grać, żeby zbudować autorytet u pacjentów, a potem się nim stał. Stworzył Kotańskiego?
Wydaje mi się, że był autentyczny, a nie że grał jakąś postać. Musiał nauczyć się stawiać granice pacjentom i tak stał się tym Kotańskim, którego dziś znamy. Ja to rozumiem.
Teraz działając w fundacji, mierzę się z tym, że też będę musiała się stać trochę inną osobą. Bo mnie jest najbezpieczniej w swoim kąciku.
Gabinet, pacjenci – naprawdę to lubię i za nic bym tej pracy nie zamieniła ani nie porzuciła, tylko próbuję zrobić coś więcej. A to wymaga ode mnie nowych umiejętności, odwagi, nawet ten wywiad mnie już wczoraj stresował, to wszystko wyjście ze strefy komfortu.
Miałaś bardzo odważnego ojca.
A myślałam, że chciałabym mieć ojca bardziej standardowego. Zazdrościłam koleżankom, że ich ojcowie wracają z pracy, kapcie, gazeta, ten schemat. Tata zawsze był dla innych dużo bardziej niż dla nas. Oczywiście to wynikało także z formy jego pracy: czasami mieszkał w ośrodku, spędzał czas z pacjentami, zabierał ich na wyjazdy, choć mnie także zabierał. Na pewno odczuwałam jego brak i chciałam z nim spędzać więcej czasu.
Był nienasycony w działaniu? Zakładał jeden ośrodek, następny, wiele ośrodków…
Bo budował system skutecznej pomocy i opieki. Zawsze miał coś do zrobienia. Gdyby nie zginął tragicznie, mając 60 lat, na pewno dalej miałby wiele pomysłów. Chciał się zająć profilaktyką wśród młodzieży, dlatego teraz chcę się tego podjąć.
Byłam niedawno w liceum mojej córki, mówiłam o uzależnieniach. Nie wiem, kto był bardziej zestresowany, ona czy ja. Ale naprawdę było fajnie, super młodzież. Interesowało mnie, co myśli.
Zrozumiałam, że profilaktyka to trudny temat. Młodzież jest bardzo wyczulona, wystarczy, że specjalista powie na początek, że marihuana to śmierć i już przestają go słuchać, bo wielu z nich ma już za sobą pierwsze eksperymenty z używkami. Jednak byłam zaskoczona, że mimo dostępu do internetu, do sztucznej inteligencji, młodzi nie wiedzą, jak narkotyki działają, jakie są zagrożenia, jak wygląda mechanizm uzależnienia.
Marek Kotański mówił, że w młodości lubił trzasnąć drzwiami, demonstrując rodzicom swój bunt. To z książki Anny Kamińskiej „Kotański. Bóg ojciec. Konfrontacja” dowiedziałem się, że pochodził z inteligenckiego, „żoliborskiego” domu, więc w swoim obszarze działania był self-made manem?
Nie czytałam tej książki. Jeszcze nie poczułam, że mam na to przestrzeń emocjonalną. To nie jest dla mnie łatwe, z różnych powodów. Czytał mój mąż. Tata taty, czyli mój dziadek, był profesorem japonistyki, babcia była bibliotekarką. Tam nie było alkoholu, żadnej przemocy. Ojciec wybrał psychologię, co w ogóle w tamtym czasie nie było oczywiste. Fascynuje mnie, że naprawdę chciał pomóc ludziom uzależnionym od narkotyków w szpitalu psychiatrycznym, bo widział, że nic się dla nich nie robi, że nie mają szans. I wymyślił cały system, który działa do dziś, nie sam, z pomocą innych. Nie powiedział: „Dobra, nie wiem, jak to ogarnąć, zajmę się czymś innym”.
W PRL-u narkomania oficjalnie nie istniała. Metod walki z nią też nie było. Ojciec był zupełnym pionierem. Metody, jakie stosował, dziś możemy uważać za kontrowersyjne.
Tata zakładał Monar w 1978 roku, wyszedł z garstką pacjentów ze szpitala psychiatrycznego w Garwolinie do podupadającego dworku w Głoskowie, zaraz miała być zima stulecia. Własnoręcznie go remontowali. Tak, był prekursorem, uczył się, bo czegoś takiego nie było – wyrwać człowieka ze szponów nałogu i uratować go. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, staram się pamiętać o całym kontekście. Można uznać jego metody za dziwne, niekonwencjonalne, ale to było ponad 40 lat temu. Nie jestem ekspertką od historii Monaru, leczenia narkomanii w Polsce.
Praca ojca była skupiona na społeczności terapeutycznej, pracy i terapii grupowej. Wychowałam się w Monarze, ojciec zabierał mnie na społeczności terapeutyczne, także na obozy w górach bądź nad morzem, gdzie odbywała się terapia grupowa. I ja tam jako cztero-, pięcio-, dziesięciolatka siedziałam.
Można dyskutować, jak to na mnie wpłynęło. Swego czasu dużo o tym myślałam i przerabiałam na własnej terapii. To mnie na pewno ukształtowało, choć zawsze celowo unikałam pracy terapeutycznej z grupami. Natomiast dla mnie było naturalne, że przychodzą do nas do domu osoby leczące się z narkomanii, zakażone wirusem HIV.
Nazywając to „obiadami czwartkowymi” za zasługi w abstynencji.
Nie wszystko pamiętam. Patrzę z perspektywy dorosłej kobiety, terapeutki. Tam tkwią moje zasoby, mój potencjał. Jako nastolatka obserwowałam przemianę różnych ludzi, kojarzyłam wielu pacjentów. Ktoś mnie ciągnął na sankach, a potem słyszałam, że zaćpał i nie żyje. Albo trafił do więzienia. Narkomania w latach 80., 90. to było inne środowisko, inne czasy.
Ale nie zostałaś w Monarze, choć zaczęłaś tam pracę. Dlaczego?
Ile ja miałam wtedy lat? Dwadzieścia kilka? W tym obszarze jest za dużo mroku, realnej utraty pacjentów. Z nałogów wychodzi od 10 do 30 proc. ludzi.
Pracując w latach 90. w Monarze na Hożej, czyli na pierwszym froncie, gdzie trafiały osoby jeszcze przed detoksem, co jest bliżej interwencji kryzysowej niż terapii, bo kierujesz tę osobę do ośrodka albo podejmujesz inną natychmiastową decyzję, zrozumiałam, że nie mam do tego predyspozycji.
Do mnie przychodzą m.in. pacjenci z podwójną diagnozą, na przykład osoby z depresją, a przy okazji popijają lub biorą narkotyki. Prowadzę terapię opartą na relacji – raczej dłuższą niż krótszą. Mam duży sentyment do Monaru i jego ośrodków. Czuję się z Monarem związana, jakby to była siostra bliźniaczka. W tym roku jestem zaproszona na Monarowisko, od lat nie byłam. Będzie prelekcja o ojcu, film, wieczór wspomnień. Przypuszczam, że to będzie dla mnie bardzo duże przeżycie.
Jakie sceny opowiedziałaś córkom, żeby zrozumiały, kim był dziadek?
Starsza miała sześć lat, jak zginął, pamięta dziadka tyle co nic. Młodsza urodziła się parę lat po śmierci Marka. Opowiadałam, oczywiście. Ale raczej było to wychowywanie ich w klimacie otwartości, mówienia o trudnych sprawach w domu, czyli przekazywanie jego przesłania.
Długo trwała żałoba po ojcu?
Wydarzenia mi się zlewają. W czerwcu wzięłam ślub. Pojechałam z mężem do Paryża w podróż. Tam kupuję ojcu drobiazg. I już nie jestem w stanie mu go wręczyć.
Bo zginął w wypadku.
Tata zmarł w sierpniu, moja teściowa we wrześniu. Czyli w pierwszych miesiącach małżeństwa mieliśmy podwójne żałoby. Ja po tacie, mój mąż po mamie. Nie pamiętam, co było w pierwszych dwóch miesiącach. Zawiesiłam pamięć na tym, że nie mogę tacie wręczyć prezentu. Nie widzieliśmy się już po powrocie z Paryża, bo nie widywaliśmy się tak często, miałam swoje życie.
Tęsknisz za ojcem?
Bardzo. Tęsknota nie mija. Lubię jeździć w góry, bo zawsze jeździłam tam z tatą i osobami leczącymi się z narkomanii. Te schroniska inaczej już wyglądają, ale kiedy tam wchodzę, wraca duch tamtych sytuacji, społeczności terapeutycznych. Byłam niedawno w Dolinie Roztoki, w Kuźnicach, wszystko wróciło.
Patrząc na twoje doświadczenie, m.in. leczysz PTSD, widzę także historię twojej mamy. Urodziła się w Kazachstanie. Jej rodzice byli w łagrze. Myślisz, że dziedziczysz tę traumę?
Mama bardzo sobie ceni prywatność. Czuję obowiązek, by to uszanować. Ale na pewno, ze względu na wojenne doświadczenia rodziny mojej mamy, doświadczyłam traumy transgeneracyjnej. Zagłębiałam się w to na swojej terapii. Jestem wrażliwa, mój układ nerwowy dosyć łatwo się wzbudza, to także dostałam w pakiecie. Jestem świadoma mechanizmów, ale też pracowałam nad sobą, więc mam poczucie, że nie przekazuję tej pałeczki dalej.
Ile lat miała mama, jak wróciła z Kazachstanu?
Była dzieckiem. Musiałabym dopytać. Tak też działa fala posttraumatyczna, że nie pamiętam takich historii, nie wyciągnę ich z siebie ot tak. Nie dlatego, że mam opór czy mnie to nie interesuje. Pracuję jako terapeutka i mam bardzo wielu pacjentów, którzy przychodzą do mnie latami, pamiętam szczegóły ich życia, z tym nie mam problemu, bo tam jestem osobą wyregulowaną, stabilną. A kiedy pytasz mnie o doświadczenia rodzinne, jest mi trudniej, osobista historia zatarła szczegóły.
Temat łagrów był obecny w domu?
Nie, to typowe dla ludzi straumatyzowanych. Mama nie opowiadała mi swojej historii. O różnych ważnych faktach, dowiedziałam się, mając 45 lat, czyli 10 lat temu.
Dlatego, że zapytałaś?
Nie. Mama postanowiła mi opowiedzieć, żebym nie dowiedziała się wszystkiego dopiero po jej śmierci.
Mama też nigdy nie mówiła publicznie o ojcu.
Tak, nigdy tego nie robiła.
Widziałaś rodziców szczęśliwych?
Duże słowo. Widziałam wiele fajnych momentów. Były wyjazdy na działkę pod Warszawą, leniwe nicnierobienie, spacery z psami. Ale też sporo napięć, dyskusji na temat Monaru, świata, bo na pewno ojciec przynosił to do domu. Dla niego nie było rozdziału między pracą a życiem. To się przenikało. Mama tłumaczyła dla niego specjalistyczne książki, które były po angielsku, rozmowa o pracy była non stop. A ja zwracam uwagę na ten podział. Superwizor powiedział mi kiedyś, że pracę zostawiamy na wieszaku razem z kurtką. Praca to praca, a dom to dom.
To łatwe?
Nauczyłam się, jak to robić. Czasami, po trudniejszych sesjach, ciężkim emocjonalnie dniu, przed powrotem do domu jadę na kawę albo idę na spacer. Chociaż bywa, że trudno zrzucić emocje, na przykład po próbie samobójczej pacjenta. Ja doświadczam całą sobą.
A tata ci się śni czasami?
O, tak, bardzo często. Nawet wczoraj. To są bardzo przyjemne, fajne sny. Mam z nim połączenie. I noszę jego zegarek.
To jest ten zegarek?
Noszę go może od czterech lat. Pewnego dnia poczułam, że już chcę, mogę. A teraz to jest mój talizman. Tak jak jego sygnet, który czasem wkładam.
Oglądałaś z ojcem film „W samo południe”?
Oj, tak, tak. Uwielbiał westerny. Najczęściej je oglądaliśmy. Wakacje na naszej działce pod Warszawą, wielkie łóżko, każdy na swojej poduszce, telewizja, western, gdzie jest prosty podział – dobry i zły. Mam bardzo dużo wspomnień z tatą, do tej pory się nimi nie dzieliłam, bo nie lubię, kiedy wszystko jest na sprzedaż. Może dlatego, że mój ojciec był osobą publiczną, więc nasza prywatność jest dla mnie bardzo ważna. A to było tylko nasze.
Joanna Kotańska, psychoterapeutka, socjolożka, trenerka biznesu. Stale podnosi swoje kwalifikacje, ukończyła dodatkowo między innymi pierwszy i drugi stopień szkolenia psychoterapii opartej na mentalizacji, kurs terapii traumy „Ciało. Relacje. Zdrowienie”. Prowadzi praktykę w gabinecie na warszawskim Powiślu. Założycielka i prezeska Fundacji im. Marka Kotańskiego „Dotknięcie Dobra”.
Remigiusz Grzela, w cyklu swoich rozmów prezentuje osoby, które mają odwagę, znajdują siłę i zmieniają świat. Niedawno ukazała się jego książka „Poszukiwany Franz Kafka”.