1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Sonia Kisza: Czy marzenie o „tym dniu” i pięknej białej sukni jest głupotką? Nie, bo nie wynika z kobiecej próżności, tylko z setek lat propagandy!

Sonia Kisza: Czy marzenie o „tym dniu” i pięknej białej sukni jest głupotką? Nie, bo nie wynika z kobiecej próżności, tylko z setek lat propagandy!

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Kadr z serialu „Przyjaciele” (Fot. materiały prasowe)
Kadr z serialu „Przyjaciele” (Fot. materiały prasowe)
Ślub znanej aktywistki podzielił internet. Jedni gratulowali, inni wyrażali oburzenie albo puchli z dumy, chwaląc się swoją spełnioną przepowiednią o końcu emancypacji: „Tak naprawdę każda z was o tym marzy!”. Według najbardziej światłych to oczywiste, że feministka może wziąć ślub, a świat musi przestać się zajmować takimi głupotami. „Dla mnie to nie są głupoty, dlatego mówię: sprawdzam!” – pisze Sonia Kisza.

Spis treści:

  1. Rolnik szuka żony
  2. Smutne greckie wesele
  3. Kiedyś było kameralnie
  4. Pani (jedynie) domu
  5. Dzisiaj biały, biały welon
  6. „What’s Love Got to Do with It”. Kiedy zaczęliśmy brać ślub z miłości?
  7. Ślub i feminizm
  8. „Ain’t Your Mama”. Małżeństwo i nierówny podział obowiązków domowych
  9. „Where the Hell Is My Husband?”
  10. Idealistki i materialistki
  11. Gorzko! Gorzko! Czy ślub może być feministyczną decyzją?

Felieton ukazał się w magazynie „Zwierciadło” 07/2026.

Bycie w parze prawdopodobnie było popularnym układem od zarania dziejów, ale nie w formie, o jakiej marzyliby dzisiejsi tradycjonaliści. Od początku rozwoju patriarchatu (który trudno osadzić w jednym miejscu i czasie, bo jego klarowanie nie było równomierne) układ stracił na pierwotnej równości.

W społecznościach zbieracko-łowieckich rodziny funkcjonowały jako klany, a genezą małżeństwa była chęć wymiany dóbr i zawierania sojuszy. Przez tysiące lat ludzie funkcjonowali w duecie, ale nie było to sankcjonowane – czasami pary łączyły się tylko na czas odchowania potomstwa.

Musimy pamiętać, że rodziny nie miały znanego nam dziś charakteru nuklearnego, którego rozwój wiążemy z oświeceniem i industrializacją – dawniej jednym dzieckiem zajmowało się nawet 10 dorosłych osób! Trwałe małżeństwo nie było konieczne dla przetrwania gatunku.

Układy rodzinne na całym świecie do dziś są bardzo zróżnicowane, a w przeszłości to zróżnicowanie było naprawdę znaczne. Gdzieniegdzie funkcjonowało wielożeństwo, czasami wielomęstwo – poliandria. To, jaki charakter przyjmowało małżeństwo, zależało w dużej mierze od warunków gospodarczych, politycznych, a najbardziej od środowiskowych – między innymi od dostępu do ziemi, wody i innych zasobów.

Rolnik szuka żony

Zachwianie równości między mężem a żoną związane było przede wszystkim z przejściem z kultury nomadzkiej na osiadłą. Zaczęto gromadzić dobra, w tym ziemię, którą przekazywano potomkom. Małżeństwo więc nie tylko pozwalało na wymianę genów, ale od tej pory dzięki takim układom wiedziano, kto dokładnie miał dziedziczyć majątek. Ciało kobiety zaczęto postrzegać jako cenny zasób, który trzeba kontrolować – zaczęto rozróżniać dzieci żony i dzieci konkubiny – co widać na przykład w biblijnej, dramatycznej historii Sary i Hagar. Zresztą w Starym Testamencie w wielu miejscach są pozostałości po systemie matrylinearnym (dziedziczenia po matce). Kobiety długo miały prawa do spadku, posiadania majątku – między innymi w starożytnym Egipcie i Mezopotamii.

Równość płci w Egipcie odzwierciedlają rzeźby małżeństw – kobiety są niemal zawsze równe mężczyznom lub nieco niższe (na tyle, na ile mogło to wynikać z różnic biologicznych). Nie byłoby to niczym wyjątkowym, gdyby nie to, że ówcześni rzeźbiarze stosowali perspektywę hierarchiczną – najważniejsza osoba zawsze była dużo wyższa od pozostałych.

Smutne greckie wesele

Zależność od ojca i męża była za to ściśle związana z antyczną Grecją. To układa się zresztą w pewien wzorzec: w historii cywilizacje, które uważamy za wyższe, bardziej rozwinięte – są tymi, które najbardziej ograniczały prawa kobiet i dzieci. Zatem u wynalazców demokracji kobiety były sprowadzane wyłącznie do ról żon i matek. Nie miały praw obywatelskich, nie mogły opuszczać domów. Pracę mogły podejmować tylko te uboższe. Żony miały obowiązek współżyć z mężem w celu prokreacji.

Mężczyźni cieszyli się swobodą seksualną, mogli uprawiać seks z niewolnicami, prostytutkami, heterami (eskortami) oraz młodymi mężczyznami lub chłopcami. Poza ich zasięgiem były jedynie inne mężatki, bo one „należały” do innych mężczyzn.

Na ironię zakrawa fakt, że Grecy jednocześnie szczycili się monogamią (która dotyczyła tylko ich żon!), odróżniając się od innych ludów praktykujących poligamię czy poliandrię... Żony były od rodzenia dzieci z prawego łoża, kochanki i kochankowie – od przyjemności seksualnej. Ten podział utrzymywał się właściwie do XX wieku, nadal jest dostępny w kulturze i popkulturze.

W antycznym Rzymie było ciut korzystniej pod względem równości małżeńskiej – możliwy był na przykład rozwód, a od pewnego momentu nawet potrzebna była zgoda kobiety, żeby zawrzeć ślub…

„Portret małżonków Arnolfinich” (1434, olej na dębie) autorstwa Jana van Eycka. (Fot. Bridgeman Images) „Portret małżonków Arnolfinich” (1434, olej na dębie) autorstwa Jana van Eycka. (Fot. Bridgeman Images)

Kiedyś było kameralnie

Miłość w okresie późnego średniowiecza była istotnym tematem dworskim. Znamy tu głównie perspektywę mężczyzn, chętnie opisujących uczucia do panien, metres, a nawet żony seniora, ale nie do własnych żon. Małżeństwo było umową polityczno-ekonomiczną, a nie zrywem serca. Miało na celu złączenie społeczności, bardziej niż dwójki ludzi.

Śluby nawet w okresie średniowiecza były dużo mniej formalne niż dziś. Ba, jeszcze do XVI wieku miały charakter świecki i prywatny. Wystarczyło dwoje chętnych i świadkowie – tak jak widzimy to na obrazie Jana van Eycka „Portret małżonków Arnolfinich” z 1434 roku.

Dzieło przedstawia stojącą w domowym wnętrzu parę i odbijających się w lustrze świadków. Słynny portret naładowany jest symbolami: płonąca świeca to dowód na obecność Boga, zdjęte buty mają uświęcić wnętrze (zdejmowanie butów w domu to nie tylko kwestia zarazków i brudu wnoszonych z ulicy), a mały kudłaty piesek wskazuje na wierność.

W okresie nowożytnym instytucje kościelne, a potem świeckie wprowadzały coraz to więcej restrykcji i zasad związanych ze ślubem. Na przykład istniejące do dziś zapowiedzi. W 2026 roku to po prostu tradycja, że parafia ogłasza, kto zamierza się chajtać – dawniej było to narzędzie mające zapobiegać związkom zawieranym potajemnie czy podwójnym małżeństwom.

Pani (jedynie) domu

W XIX wieku wraz z rewolucją francuską, potem rządami Napoleona, industrializacją, rozwojem miast, klasy mieszczańskiej i kilkoma innymi czynnikami nastąpił rozwój znanej nam dzisiaj nuklearnej rodziny. W jej ramach ukształtowano nowy model kobiecości. Niewiasty znów zamknięto w domu, poddano mężowi i oddano dzieciom. W czasach rewolucji obalono wprawdzie monarchę (na chwilę), ale mimo działających aktywnie emancypantek nie obalono rządów ojca i męża, a wręcz wzmocniono władzę patriarchy nad rodziną. Na barkach kobiet spoczywało powoływanie do życia i wychowywanie przyszłych pokoleń.

W XIX wieku w wyższych sferach pojawiła się stosunkowo nowa idea – małżeństwo z miłości. O takim związku, ku zdziwieniu innych powieściowych postaci, marzy Elizabeth Bennet z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen. Wiemy, że na podobne fanaberie mogli pozwolić sobie tylko najbogatsi. Dla większości społeczeństwa małżeństwo wciąż było transakcją ekonomiczną: liczyły się majątki, posagi i weksle. I co istotne, liczyły się one nie tylko dla kobiet, które musiały podchodzić pragmatycznie do zamążpójścia (co bywa przedstawiane jako przywara, mimo że nie miały przecież żadnych praw i ponosiły wszelkie koszty związane z rozrodem), liczyły się też dla mężczyzn.

Dobra partia ratowała skórę niejednemu utracjuszowi, pozwalała spłacić długi i zapewnić godne życie. Nierzadko posag był największym zastrzykiem kapitału, jaki mężczyzna zyskał przez całe życie.

Dzisiaj biały, biały welon

Tytułem wtrącenia – jednym z najbardziej szkodliwych patriarchalnych zwyczajów jest obsesja związana z wymaganym od kobiet dziewictwem. I choć jest obecna od czasów starożytnych, to nie była normą we wszystkich społecznościach. Na przykład Spartanie wprawdzie brali śluby, ale mieli nawet dekadę na to, by zdecydować, czy to rzeczywiście jest „to”. Po okresie próby mogli bez konsekwencji się rozejść i dalej szukać wybranka lub wybranki.

Białe suknie ślubne, będące symbolem dziewictwa (oczywiście tylko kobiety, mężczyzn ta obsesja nie obowiązuje), są tradycją XIX-wieczną, którą łączy się z królową Wiktorią i jej modowym wyborem, ochoczo kopiowanym przez arystokrację, a potem resztę społeczeństwa. Przed przejęciem tego zwyczaju ślub brano w ubraniu odświętnym, chłopi często w ludowym, ważnym elementem kobiecego stroju na wsi były czerwone korale stanowiące część posagu panny młodej.

„What’s Love Got to Do with It”. Kiedy zaczęliśmy brać ślub z miłości?

Miłość stała się – teoretycznie – główną przyczyną zawierania małżeństw dopiero w XX i XXI, zmieniając na zawsze charakter tej instytucji. Nastąpiła wyczekiwana demokratyzacja związków. Kobiety – znowu: teoretycznie – stały się równe mężczyznom, dzięki czemu zaczęły powszechnie mieć prawo występować o rozwody. Wolna wola i bliskość emocjonalna – tego jeszcze nie było! Wraz z większą swobodą pojawiły się głosy o… upadku małżeństwa. Tyle że tego upadku dopatrywano się już od tysięcy lat. Starożytni Grecy narzekali na moralność żon, Rzymianie na powszechność rozwodów, a Europejczycy zasiedlający Amerykę lamentowali nad tym, jak nieposłuszne są ich żony i dzieci.

Od wieków tworzono baśnie i opowieści mające wpajać młodym dziewczętom, że ślub jest ukoronowaniem ich starań, wręcz powinnością. Weselne dzwony biją w finale wielu dzieł kultury, skutecznie przekonując, że to najważniejsze wydarzenie w życiu każdej kobiety.

Dziewczynki planują śluby od dziecka, co promuje, a jednocześnie wyśmiewa popkultura – Monica z serialu „Przyjaciele” miała cały segregator weselny ze szczegółowo opisanymi pomysłami na „ten dzień”. Kwiaty za 50 tysięcy dolarów były warunkiem zamążpójścia Cassie z serialowej „Euforii” (to około 10 razy więcej, niż Amerykanki wydają średnio na kwiaty). Wesele jej i Nate’a okazało się zresztą smutnym show: pan młody zataił przed żoną dług w wysokości miliona dolarów.

Kadr z serialu „Bridgertonowie” (Fot. materiały prasowe Netflix) Kadr z serialu „Bridgertonowie” (Fot. materiały prasowe Netflix)

Refleksji nad dysonansem związanym ze ślubem czy małżeństwem brakuje w takich serialach jak choćby „Bridgertonowie”. Osadzona w „odrealnionych realiach” XIX-wiecznego Londynu produkcja jest typowym romansem, a ślub z ukochaną czy ukochanym nie tylko bywa ukoronowaniem sezonu (z wyjątkiem sezonów 1. i 3.), ale także rozwiązuje niemal wszystkie problemy. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam się tym zasłodzić, to jak zjedzenie bezy.

Czy marzenie o „tym dniu” i pięknej białej sukni jest głupotką? Nie, bo nie wynika z kobiecej próżności, tylko z setek lat propagandy!

Dopiero od niedawna popkultura rozprawia się z tym mitem, tworząc na przykład animacje dla dzieci, gdzie zamążpójście nie jest jedynym celem bohaterek. To samo tyczy się produkcji dla starszych odbiorców. Branża filmowa ofiaruje nam masę świetnych materiałów parodiujących celebrację wielkiego dnia, jak choćby polskich „Teściów” czy argentyńskie „Dzikie historie”, gdzie wesele zamienia się w prawdziwą jatkę. Nie inaczej jest w filmie „Drama” z Zendayą i Robertem Pattinsonem. Tu świętowanie miłości zaburza mroczna tajemnica z przeszłości dziewczyny, która wyszła na jaw po wielu latach. „Drama” pokazuje dobitnie, że zakochujemy się w swojej wizji drugiego człowieka, a ślub jest często dopiero początkiem przewalania gruzu. A wydane tysiące dolarów na uroczystość i pozapraszani miesiące wcześniej goście – tylko uniemożliwiają zmianę decyzji. Nie brakuje zresztą produkcji, które pokazują też gorycz długoletniego związku, jak choćby „Blue Valentine” czy wybitna „Historia małżeńska”.

Ślub i feminizm

Nie ma więc co się dziwić, że instytucja małżeństwa bardzo długo była czystym złem dla teoretyczek feminizmu. Mary Wollstonecraft, XVIII-wieczna angielska pisarka i filozofka, uważała, że małżeństwo to niemal forma legalnej prostytucji, na którą z braku innych możliwości przeżycia decydują się ubogie kobiety. Zresztą trudno się z nią nie zgodzić – gwałt małżeński został uznany za przestępstwo dopiero w XX wieku! Przez setki lat nie było w ogóle takiego pojęcia, do dziś wielu ludzi nie widzi problemu, utrzymując, że żona ma być zawsze gotowa, by zaspokoić potrzeby męża.

Zarówno Wollstonecraft, jak i współczesne jej i późniejsze emancypantki utrzymywały, że żeniąc się, mężczyźni zyskują jednocześnie niewolnicę seksualną, kucharkę, sprzątaczkę, opiekunkę, mamkę dla przyszłych dziedziców plus często pokaźny posag. Kobiety zaś zyskują dach nad głową i wieczną tyrkę, czasami też osobistego kata…

Sufrażystki i feministki podnoszą także kwestie nierówności związanej z wiekiem pary młodej. Kultura patriarchalna wykreowała mit, w ramach którego kobieta wręcz musi być młodsza od mężczyzny, nierzadko znacznie. Absurdalność tych różnic wspaniale oddał malarz Wasilij Pukiriew w obrazie „Małżeństwo z rozsądku” z 1862 roku. Widzimy tu zaaranżowany ślub młodej dziewczyny ze starszym, bogatym mężczyzną. Podkreślając wygląd postaci, malarz ewidentnie krytykuje ten zwyczaj. Panna młoda ze smutkiem spuszcza głowę, ma załzawione, czerwone oczy.

Tak jak mieliśmy baśnie o ślubie, tak tworzono też baśnie ostrzegające młode kobiety przed drapieżcami. Przez setki lat mężowie bili bowiem małżonki w ramach utrzymywania „porządku”. W starożytnej Grecji uważano, że żonę trzeba sobie po prostu wychować – jak konia czy inne zwierzę. W nowożytności władza wręcz wspierała „dyscyplinowanie” kobiet, bo w ich aktywności zawodowej, politycznej i artystycznej widziała zagrożenie. W europejskiej historii nie brakuje opowieści o kobietach, które w desperacji uciekały się do otruwania mężów, w okresie renesansu stosowano w tym celu miksturę nazywaną aqua tofana. I choć od tych 500 lat życie znacząco się zmieniło, nadal co trzecia kobieta na świecie doświadcza przemocy fizycznej i/lub seksualnej, której sprawcą najczęściej jest partner!

„Ain’t Your Mama”. Małżeństwo i nierówny podział obowiązków domowych

Równości nie mają mąż i żona także w kwestii prac domowych. Dla Simone de Beauvoir brak równowagi w tym obszarze był dowodem na to, że małżeństwo jest narzędziem społecznej opresji kobiet. Choć od opublikowania „Drugiej płci” minęło prawie 80 lat, badania pokazują, że do sprawiedliwości nadal nam daleko. Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, Eurofound w 2016 roku podała informację, że w Uni Europejskiej 79 proc. kobiet codziennie gotowało lub wykonywało prace domowe. Tymczasem te same prace wykonywało tylko 34 proc. mężczyzn! W Polsce stosunek ten był jeszcze mniej optymistyczny: 82 proc. kobiet i 33 proc. mężczyzn.

Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego 63 proc. matek uważa, że wykonuje więcej pracy domowej i opiekuńczej niż partner. A najbardziej przykrą informacją jest to, że 38 proc. ojców uważa, że ich partnerka powinna pracować w domu więcej niż oni.

W świetle takich przekonań trudno nie widzieć małżeństwa jako pułapki ograniczającej kobiecą wolność. Kiedy niby żony i matki mają mieć czas na realizację własnego potencjału twórczego, intelektualnego czy politycznego?

„Where the Hell Is My Husband?”

„Staropanieństwo” jeszcze do niedawna było niemal równoznaczne z życiową porażką, zmienia się to dopiero dziś. Według badania z 2024 roku ponad 30 proc. kobiet w Ameryce to singielki. Z kolei GUS podaje, że w 2010 roku śłub w Polsce zawarło ponad 228 tysięcy par, dziś to tylko 145 tysięcy. To właśnie społeczny ostracyzm przez długi czas popychał kobiety w ramiona przemocowców czy po prostu nieodpowiednich kandydatów na męża. Strach przed staropanieństwem portretowała kultowa seria o Bridget Jones. Bohaterka, śpiewając „All by Myself”, topiła smutki w alkoholu, przekonana o konieczności schudnięcia i „wzięcia się za siebie”, żeby zasłużyć na miłość.

W 2026 roku coraz więcej osób odkrywa, że małżeństwo nie musi być wcale remedium na samotność, a singielstwo niekoniecznie jest z nią tożsame. Zaczęliśmy zbiorowo podważać heterowizję tego, czym jest dziś szczęście. W sieci coraz częściej widać materiały pokazujące pięknie urządzone domy z opisami: „Nie chcę cię rozczarować, ale jeśli kobiety nie obniżą swoich standardów, to umrą same… w swoich pięknie udekorowanych mieszkaniach, otoczone przyjaciółkami, roślinami, sztuką i zwierzętami”. Czyżbyśmy wracali do pierwotnego pomysłu funkcjonujących klanów?

Idealistki i materialistki

Dla bell hooks małżeństwo opiera się na władzy i kontroli, ale teoretyczka wierzyła, że może stać się obszarem rozwijania prawdziwej miłości – miłości jako aktu woli. Warunkiem jest zerwanie z dominacją i wymóg, że relacja ma być wolnym i świadomym wyborem. Zgadzam się.

Tylko czy możemy mówić o wolnym wyborze w realiach braku równości płci, ale też wciąż sporej presji na ślub – społecznej i ekonomicznej. Żyjemy w kraju, w którym pary po ślubie mają przywileje: wspólnotę majątkową, ułatwienia w rozliczaniu podatków, prawo do dziedziczenia ustawowego, zasiłki opiekuńcze, prawo do informacji medycznej, możliwość adopcji dzieci. Pomarzyć o tym mogą pary pozostające w konkubinacie z własnej woli albo te, które są do tego zmuszone – ślubu brać w Polsce wciąż nie mogą pary queerowe. Małżeństwo sankcjonuje się nie dlatego, że politykom zależy na szczęściu i zdrowiu obywateli, tylko dlatego, że małżeństwo wymusza stałość.

Omawiane mechanizmy klasowe, ekonomiczne i praktyczne nie zniknęły z początkiem XX wieku. Nie zawsze bierzemy ślub z miłości. Rynkiem matrymonialnym dalej rządzą pieniądze, władza i atrakcyjność (zwykle związana z cechami klasy społecznej). Dobitnie pokazuje to kasowy film „Materialiści” z Dakotą Johnson, Chrisem Evansem i Pedrem Pascalem w rolach głównych. Lucy jest swatką dobierającą klientkom i klientom randki na podstawie surowych, wręcz matematycznych wytycznych. Jak na komedię romantyczną przystało, w końcu dochodzi do wniosku, że bycie w związku z powodu pozornego dopasowania jest puste i niesatysfakcjonujące, więc daje się ponieść uczuciom. Film nieco rozczarowuje, ale otwiera dyskusję dotyczącą randkowania w późnym kapitalizmie.

Gorzko! Gorzko! Czy ślub może być feministyczną decyzją?

Całe zamieszanie dotyczące feministek jako panien młodych wcale nie jest płytkie. I świetnie demaskuje to, jaki ich obraz nadal panuje w mediach – singielek albo lesbijek, bezdzietnych i nienawidzących mężczyzn. Co ciekawe, według badań zadeklarowane feministki są grupą społeczną, która lubi mężczyzn bardziej niż inne kobiety. Mimo to wciąż funkcjonuje wrogi stereotyp feministek, ograniczając dostęp do tej ideologii każdemu i każdej, która ma rodzinę czy jest w związku małżeńskim. To niedorzeczne! Przecież to ruch polityczny, który ma doprowadzić do realnych zmian w życiu każdej kobiety.

Czy ślub to feministyczna decyzja? Feminizm to nie jest gotowa tożsamość. Nie da się robić wszystkiego „po feministycznemu” w patriarchalnym społeczeństwie. Gdybyśmy w takim nie żyli, to nie trzeba by było robić nic „po feministycznemu”. Tak jak ateiści mogą obchodzić Boże Narodzenie, tak feministki mogą brać śluby w białych sukienkach. Zwłaszcza że jesteśmy całkiem skutecznie indoktrynowane do tego, by o tym marzyć i do tego dążyć. Nie trzeba widzieć w ślubie swojego happy endu – można podejść do niego praktycznie. Miły dzień, dobre jedzenie, rodzina i przyjaciele. Jeśli zdejmiemy z tego presję i chore oczekiwania, brzmi to naprawdę kusząco!

Poza tym, wiecie, dobrego i fajnego chłopa naprawdę ze świecą szukać. I to dosłownie „chłopa” – na wsiach i w małych miasteczkach jest więcej wolnych facetów, w miastach więcej wolnych kobiet.

Nie mamy się jak spotkać, rozmijamy się też światopoglądowo. Może więc jak już feministka znajdzie typa, który chce po równo robić w domu – nie ma co się dziwić, że chce go zaklepać.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE