1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Mało kto tak sugestywnie śpiewa o pożądaniu. Kasia Lins o pisaniu erotyków po polsku: „Upiorne zadanie”

Mało kto tak sugestywnie śpiewa o pożądaniu. Kasia Lins o pisaniu erotyków po polsku: „Upiorne zadanie”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Kasia Lins (Fot. Oliwier Faikis)
Kasia Lins (Fot. Oliwier Faikis)
Spotykamy się chwilę przed rozdaniem Fryderyków. Album „Obywatelka K.L.” przyniósł jej aż cztery nominacje do tej nagrody, ale rozmawiamy również o tym, czy łatwo napisać erotyk po polsku. Bo też mało kto tak poetycko i sugestywnie jak Kasia Lins potrafi śpiewać o demonicznej sile pożądania.

Spis treści:

  1. Kasia Lins o Grzegorzu Ciechowskim: „Chcę mu odpowiedzieć”
  2. Jak napisać erotyk po polsku? Kasia Lins: „Polszczyzna jest sucha, szorstka, szeleści”
  3. Kasia Lins o ambicji i sukcesie: „Nie można cały czas napinać się na to, żeby osiągać”
  4. Kasia Lins o swojej drodze w muzyce: „Nigdy nie poszliśmy na kompromis”
  5. Kasia Lins o przyszłości: „Pozostaje żyć z dnia na dzień”

  • Na płycie „Obywatelka K.L.” Kasia Lins mierzy się z repertuarem Grzegorza Ciechowskiego. Jego muzyka towarzyszyła jej od lat, aż pojawiła się potrzeba wejścia z nim w dialog. „To nie był pomysł, to był imperatyw, coś nade mną” – mówi.
  • W rozmowie artystka wspomina również o pożądaniu w muzyce i przyznaje, że napisanie erotyku po polsku to „upiorne zadanie”.
  • Nie interesuje jej sukces mierzony wyłącznie zasięgami, hitami czy wypełnionymi halami. „Nie można cały czas napinać się na to, żeby osiągać” – mówi Lins.
  • A przyszłość? Jednego dnia wyobraża sobie dzieci i życie w lesie, innego – apartament w Nowym Jorku. Wie natomiast, że potrzebuje ruchu, żeby czuć, że naprawdę żyje i nadal ma coś do powiedzenia.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 07/2026

Kasia Lins o Grzegorzu Ciechowskim: „Chcę mu odpowiedzieć”

Angelika Kucińska: Co jest według ciebie seksowne?

Kasia Lins: Niezależność, dystans, temperament. Ale też mikrogesty, spojrzenie, ruchy, sposób bycia, który wyraża się w detalach.

Ambicja jest sexy?

Ambicja jako dążenie, a nie ta, którą definiuje klasycznie pojmowany sukces. Determinacja, choć nie w wydaniu korporacyjnym, tylko rozumiana jako puls, energia, która popycha do działania.

Uważasz, że decyzja, by zmierzyć się z repertuarem Grzegorza Ciechowskiego, była ambitna?

To był długi proces, który zaczął się od spotkania z jego muzyką.

Słuchałam Ciechowskiego od dawna, jego słowa towarzyszyły mi od wielu lat. Były dla mnie ważne, nawet jeśli często nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak silnie na mnie wpływają. Aż uświadomiłam sobie, że chcę wejść w dialog z Ciechowskim. Chcę mu odpowiedzieć.

To nie był pomysł, to był imperatyw, coś nade mną. I może dlatego, że ta potrzeba rosła we mnie latami, nie czułam, że decyzja nagrania jego piosenek jest jakimś aktem odwagi. Oczywiście, że Ciechowski jest ikoną, absolutną legendą, a rzeczy, które napisał, są kanoniczne, ale na czas pracy nad własnymi interpretacjami jego utworów należy tę świadomość stłumić na tyle, aby nie paraliżowała.

Wchodziłaś wcześniej w swoich autorskich piosenkach w dialog z Ciechowskim?

Nieświadomie. Przypomniano mi ostatnio, że na debiutanckim albumie mam utwór, który rozmawia z „Odchodząc”. Zapomniałam, bo nie wracałam do pierwszej płyty od wielu lat.

A ja o Grzegorzu Ciechowskim myślałam, gdy słuchałam piosenki „Nikogo nie chcę”, którą otwierasz płytę „Omen” z 2024 roku. Wersy „I tak siedzę w tym pudełku po zapałkach / Możesz mnie rozpalić albo spalić całkiem” mają w sobie coś z erotyków Ciechowskiego, podobną intensywność.

Album „Omen” w ogóle niesie bardzo silna emocja. Tam jest dużo napięcia, momentami wchodzę na najwyższy diapazon, jestem wręcz histeryczna w ekspresji. Choć warto zaznaczyć, że to album koncepcyjny. Próbuję złapać emocję, tę najwyższą i najbardziej skrajną, tę która nas zabija – i wrzucić ją w piosenkę.

Jak napisać erotyk po polsku? Kasia Lins: „Polszczyzna jest sucha, szorstka, szeleści”

Kiedy piosenka jest seksowna?

Kiedy mogę ją rozebrać.

To znaczy?

Lubię odkrywać kolejne warstwy, wchodzić coraz głębiej. To dotyczy sztuki w ogóle. Pociąga mnie tajemnica. Świadomość, że jest coś jeszcze. Nie lubię rzeczy podanych wprost, bezwysiłkowo.

Łatwo napisać erotyk po polsku?

Upiorne zadanie. Grzegorz Ciechowski potrafił to robić.

Polszczyzna jest sucha, szorstka, szeleści, ale nie to jest problemem. Nie można za bardzo przebierać w słowach, które dotyczą erotyki czy seksu.

To wszystko rozciąga się gdzieś pomiędzy wulgarnością, pensjonarską pruderią, infantylnością czy opisem anatomiczno-biologicznym. Szukam języka, który pozwala obrazować seksualność jako doświadczenie znaczące, a jednocześnie nie redukuje go ani do dosłowności, ani do nazbyt poetyckiego uniku.

U Ciechowskiego erotyka była polityczna, bo on śpiewał o seksie w kompletnie nieseksownych czasach.

I potrafił korzystać z tego kontrastu. Erotyka wrzucona w zimny, niesprzyjający świat. Coś, co nie działa w życiu, w sztuce jest najbardziej pociągające.

Wróćmy do początku. Zaczynasz pracę nad piosenkami Ciechowskiego. Dzielisz się tą informacją z jego rodziną, a oni wypożyczają ci klawisze, na których grał, i okulary, które nosił. Tak po prostu?

Spotkaliśmy się już wcześniej kilka razy. Gdy występowałam jako jedna z zaproszonych osób na koncercie w hołdzie Republice. Później, gdy dostałam Nagrodę Artystyczną Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego. Kiedy zaczęłam pracę nad albumem „Obywatelka K.L.”, wysłałam rodzinie Ciechowskiego pierwsze demówki. Zaprosili mnie do siebie, dali dostęp do jego notatek, potem jeszcze instrument. Kolejne gadżety pojawiały się naturalnie.

Tylko wiesz, gdy zakładam okulary, które nosił Grzegorz Ciechowski, to jest to rodzaj osobliwego doświadczenia, ale nie będę opowiadać, że wtedy Grzegorz we mnie wstępuje. Albo że ja staję się nim. To artefakt, który pozwala mi rekonstruować jego świat. Pomaga wejść w jego rzeczywistość.

Choć oczywiście nieporównywalnie bliższym spotkaniem z Ciechowskim jest obcowanie z jego muzyką. Już mówiłam, że najpierw byłam z nią jako słuchaczka. A potem usiadłam do piosenek, oglądałam je z każdej strony, zadawałam pytania. Dlaczego napisał taką zwrotkę? Dlaczego powtórzył te słowa tyle razy? Dlaczego ten numer nie ma refrenu, a jest tak genialny? To był bardzo pobudzający, piękny proces, ale nie szukam w nim metafizyki.

To brzmi jak skrupulatne, wielopoziomowe prace badawcze nad piosenką. Nie łatwiej wejść do studia i po prostu zaśpiewać?

Myślisz, że niektórzy tak robią? Podchodzą do piosenki jak do zadania? Nie wiem, dla mnie proces jest największą wartością. Nie zależy mi, żeby dojść do celu za wszelką cenę. Interesuje mnie energia, która wytwarza się, gdy komponuję lub piszę tekst. Cel, czyli gotowa płyta, stanowi promil całego procesu, chcę, żeby ten czas był dobrze spędzony. Ten proces to moje życie, a ja chcę dobrze spędzić życie, po prostu.

Co jest wartością procesu twórczego? Samopoznanie?

Każda życiowa aktywność czy spotkanie z drugim człowiekiem pozwala nam lepiej poznać siebie samych. Nie będę opowiadać, że proces twórczy jest pod tym względem lepszy.

Artyści lubią myśleć, że mają w sobie coś szczególnego.

Mnie bardzo wzrusza talent. To, że ktoś potrafi coś lepiej, jest geniuszem w swojej dziedzinie. Jest w talencie coś niesamowitego. To moja częsta fantazja – właśnie o tym, że potrafię coś o niebo lepiej w swojej dziedzinie. Nie potrafię.

Kasia Lins o ambicji i sukcesie: „Nie można cały czas napinać się na to, żeby osiągać”

Powiedziałaś, że chciałabyś dobrze spędzić życie…

Trochę banał, bo przecież każdy by chciał.

Ale co to dokładnie znaczy?

W pracy nie chcę myśleć o tym, ile jest do zdobycia. O zasięgach, hitach, halach koncertowych do wypełnienia. Gdy się za bardzo na nich skupisz, proces kreatywny staje się jałowy, a ja chcę, żeby mnie odżywiał, żeby mi dawał satysfakcję i radość. Nie można cały czas napinać się na to, żeby osiągać, bo to właśnie ten rodzaj ambicji, który cię zjada od środka.

A prywatnie?

W dobrze spędzanym życiu panuje spokój. Coraz częściej potrzebuję się wyciszyć i szukam zdrowej przeciwwagi dla coraz intensywniejszego życia zawodowego.

Wcześniej nie potrzebowałaś ciszy i spokoju?

Wiesz, jak jest, kiedy się ma 20 lat. Nie szukasz spokoju, wręcz przeciwnie. Myślę, że mnie być może w jakimś stopniu nieświadomie ciągnęło do sytuacji bardzo niespokojnych, bo obawiałam się, że jeśli ich nie przeżyję, to nie będę miała o czym pisać piosenek. Na szczęście człowiek z wielu rzeczy wyrasta.

Porównujesz się do innych?

Kiedyś często. To naturalne. Wszyscy zestawiamy swoje życie z cudzym, mierzymy sukcesy i porażki. Dziś skupiam się przede wszystkim na swojej drodze. Nie wiem czy da się nie porównywać w ogóle. Można tylko decydować, co z tym robisz.

Wydaje mi się, że zawsze miałam wysoką świadomość siebie i swoich umiejętności. Wiedziałam, co potrafię i nad czym trzeba jeszcze popracować. A teraz mam tak, że już nie potrzebuję patrzeć na innych, żeby wiedzieć, co jeszcze warto rozwinąć. Nie chcę myśleć, że właśnie wydałam świetną rzecz i się w tej myśli rozsiadać.

Kasia Lins o swojej drodze w muzyce: „Nigdy nie poszliśmy na kompromis”

Kiedy mówisz, że podążasz własną ścieżką, co masz na myśli?

Długo byłam przekonana, że na polskim rynku nie ma miejsca na taki rodzaj muzyki, jaki robię. Nie jestem artystką alternatywną, awangardową. Nie gram też popu. W Polsce trudno o muzykę środka. Nadal musimy wybierać pomiędzy tym, co łatwe, przyjemne i relaksujące, a tym, co wymaga od osób słuchających orientacji i zaangażowania… Ubolewam, że tak jest, bo chciałabym mieć trochę więcej konkurencji [śmiech]. Albo móc z przyjemnością słuchać więcej polskich piosenek…

Ja widzę jeszcze jeden problem z brakiem środka. Z jednej strony mamy muzykę, która sprzedaje stadiony, i ludzi, którzy zarabiają bardzo duże pieniądze. A po drugiej stronie są twórcy, którzy potrzebują alternatywnych źródeł dochodu, żeby w ogóle móc nagrywać płyty i grać koncerty. Możesz być jednym z nielicznych przypadków klasy średniej w polskim przemyśle muzycznym.

Musiałam długo i mocno się rozpychać, żeby zbudować sobie taką stabilną pozycję. Dziś moja kariera się nie chwieje i nie czuję się artystką sezonową, ale sporo mnie to kosztowało, również emocji. Wraz z Karolem Łakomcem piszemy muzykę autorską. Nigdy nie poszliśmy na kompromis, od początku pozostaliśmy wierni swojemu pomysłowi i zasadom, według których chcieliśmy funkcjonować w tej branży.

Mam wielką satysfakcję, gdy myślę o tym, że ten zawód daje mi dziś stabilne, bezpieczne finansowo życie. To też duża zasługa determinacji, jaką w sobie od początku miałam. Może to świadczy o naiwności, ale od zawsze czułam, że w innym świecie nie znajdę dla siebie miejsca.

Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, aby pewnego dnia móc utrzymywać się z muzyki. Z własnej muzyki, która brzmi tak, jak chcę tego ja, a nie jak chce rynek. Udało się, bo na to zapracowałam.

Widzę u ciebie duży pragmatyzm.

Duchowe potrzeby realizuję w muzyce. Nie potrzebuję doświadczeń spirytualnych poza sztuką. Nie mam tendencji, by się zagłębiać w ezoterykę, bo ku temu trzeba chyba mieć jakieś predyspozycje…

A jednocześnie „Omen” był płytą wiedźmy.

Demoniczny album, to prawda. Ale znów: muzyka i życie to u mnie światy równoległe. Gdy piszę, jestem w innym stanie umysłu. Lubię, gdy jest dziko, dziwnie i rytualnie. Odklejam się, wchodzę w inną rzeczywistość. I tak, pojawia się tam duchowość, ale taka pierwotna, mitologiczno-biblijna, a nie ta bieżąca, sprowadzona do horoskopu i tarota.

Kasia Lins o przyszłości: „Pozostaje żyć z dnia na dzień”

Myślisz czasem, jak będzie wyglądało twoje życie za 10 lat?

Mam bardzo różne pomysły na to, jak powinno wyglądać. W zasadzie codziennie widzę je inaczej. Jeżeli dziś planuję dzieci, to pewnie jutro stwierdzę, że absolutnie nie. Jeśli dziś romantyzuję życie w lesie, w kompletnym odcięciu od miasta i hałasu, to jutro powiem, że najbardziej marzę o apartamencie w Nowym Jorku. Pozostaje żyć z dnia na dzień.

Chcesz wielu rzeczy, to jest w porządku.

Muszę być w ruchu. Tylko wtedy czuję, że naprawdę żyję. Że jestem twórcza. Że wciąż mam coś do powiedzenia. I jestem dość krytyczna. Wobec świata i wobec siebie. Mam spore oczekiwania, często nieproporcjonalnie wysokie, ale nie tłumię ich, tylko widzę w nich siłę do działania. Do tego, żeby ciągle się uczyć.

A jak się zatrzymasz, to co?

Artysta chyba umiera, kiedy się zatrzymuje? Gaśnie w nim wewnętrzny przymus działania. Ale może nie wiąże się to z żadnym cierpieniem? Skoro nie ma potrzeby, bo się wypaliła, to nie ma też bólu? Może kiedyś się zatrzymam i nie będę z tego powodu płakać, ale to jeszcze nie ten moment. Wciąż jestem głodna.

Kasia Lins, właśc. Katarzyna Agata Zielińska, wokalistka, pianistka, autorka tekstów i muzyki. Ma na koncie pięć albumów. Pochodzi z Poznania, jest absolwentką wokalistyki jazzowej na Akademii Muzycznej w Gdańsku.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE