Reżyserka i scenarzystka Weronika Tofilska ma na swoim koncie już kilka głośnych projektów, ale wciąż jest o niej za mało głośno w Polsce. Może ten wywiad to zmieni?
- Weronika Tofilska szuka historii, które mieszają mrok z humorem i wymykają się prostym gatunkowym szufladkom. Tak było zarówno z „Reniferkiem”, jak i serialem „Tu zdarzy się coś strasznego”.
- Reżyserka opowiada, dlaczego w najnowszym serialu przygląda się małżeństwu także jako instytucji, która może ograniczać kobiety. Sama po wielu latach związku nie planuje ślubu.
- Sukces „Reniferka” pokazał jej, że serial może otworzyć rozmowę o stalkingu, przemocy seksualnej, wstydzie i doświadczeniach, które przez lata pozostawały przemilczane.
- Reżyserka i scenarzystka mówi też o tym, jak zmieniła się sytuacja kobiet w branży i jaki styl pracy sama wypracowała na planie.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.
Joanna Olekszyk: Zacznę od nietypowego wyznania. Zdarza mi się, nieczęsto, ale się zdarza, że gdy oglądam jakiś film, to następnego dnia spotykam realne wcielenie występującej w nim postaci. Było tak po filmie „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, po filmie „Parnassus” Terry’ego Gilliama, a ostatnio po „Love Lies Bleeding” Rose Glass, do którego współtworzyłaś scenariusz. Jadłam śniadanie na mieście i naprzeciwko mnie usiadły osoby wyglądające się i zachowujące jak wasi Jackie i Lou, tylko Jackie miała blond włosy, a Lou bluzę z kapturem. Tłumaczę sobie to tak, że najwidoczniej są tak bardzo wiarygodni, tak świetnie uchwyceni, że istnieją naprawdę…
Weronika Tofilska: To bardzo się cieszę. Postacie Lou i Jackie nie były oparte na nikim konkretnym, ale myślę, że w każdej z nas – mam tu na myśli siebie i Rose – było trochę z nich obojga, czerpałyśmy więc z osobistych przestrzeni, ale też inspirowałyśmy się ludźmi, których znamy przez całe życie. Postacie zawsze są jakimś konglomeratem czyichś charakterystycznych cech czy zachowań. Oczywiście aktorzy czy aktorki dokładają swoje elementy osobowości, dochodzi do tego praca kostiumografów i charakteryzatorów – i dopiero to tworzy całość, jaką jest dana bohaterka czy bohater.
Naczelnym celem nas jako scenarzystek jest jednak, by to, co piszemy, odzwierciedlało rzeczywistość, a wykreowane postaci były wiarygodne.
Akurat Lou i Jackie ożyli najpierw w twojej głowie, inaczej było z bohaterami „Reniferka” czy „Tu zdarzy się coś strasznego”, seriali, które reżyserowałaś, ale do których nie pisałaś scenariusza. Czy też musiałaś w nich najpierw uwierzyć? Co w ogóle decyduje o tym, że zgadzasz się wejść w dany projekt?
Podstawowa rzecz to rzeczywiście uwierzyć w historię i bohaterów już na etapie czytania scenariusza. Muszą mnie w jakiś sposób zaciekawić, zaintrygować, myślę, że mam też potrzebę utożsamienia się z nimi, przynajmniej w jakimś stopniu.
Zawsze się też zastanawiam, dlaczego ja miałabym to wyreżyserować, a nie ktoś inny. Ważne jest dla mnie, by wybierać projekty, które wpisują się w moją wrażliwość.
Po „Reniferku” dostaję dużo scenariuszy. Nawet jeśli część z nich bardzo mi się podoba, zawsze zadaję sobie to pytanie: „Czy to jest scenariusz dla mnie, czy może ktoś inny jest lepszym kandydatem do tego projektu?”.
Szukam rzeczy, które trochę odstają od naturalizmu czy realizmu. Przemawiają do mnie wątki egzystencjalne, żeby nie powiedzieć mroczne, a jednocześnie zawierające elementy humoru. Lubię rzeczy, które nie są jednoznacznie dramatyczne, które mieszają komedię i tragedię, one najbardziej mnie pociągają zarówno w pisaniu, jak i w reżyserowaniu.
Wybierasz te projekty tak dobrze, że rzeczywiście mam poczucie, jakby wszystkie były twoje, autorskie.
W tym wypadku rola reżysera polega na złapaniu balansu między swoją wizją a wizją autora. Scenarzyści pracują nad swoimi pomysłami niekiedy latami, wkładając w nie emocje, a czasem też przeżycia, reżyser wkracza dopiero na końcu tego procesu. Richard Gadd, twórca „Reniferka” po prostu opisał część swojej historii, w tym wypadku balans był rzeczywiście najtrudniejszy do osiągnięcia. Jako reżyserka chcę mieć swobodę artystyczną, ale mam poczucie, że przy serialach, niestety, czasami ta swoboda ma swoje granice.
Wybieram projekty, w które mogę wnieść coś od siebie, zamiast takich, w których po prostu kręci się zbliżenia i szerokie ujęcia, jak w fabryce. Zależało mi na tym, by mieć wpływ na to, jak ten serial będzie wyglądał, jednocześnie nie zamierzałam zmieniać tego, co mi się podobało w scenariuszu.
Chciałam stworzyć najlepszą wersję wyobrażenia, jakie miałam, gdy po raz pierwszy go czytałam. Dlatego tak ważne jest dla mnie, żebym lubiła dany projekt już od samego początku.
Tym, co łączy trzy wspomniane przeze mnie tytuły, jest też to, że trudno je przyporządkować do jednego gatunku. Na przykład najnowszy serial – „Tu zdarzy się coś strasznego” – jest opisywany jako horror, podczas gdy dla mnie jest on raczej baśnią. To opowieść pełna symboli, metafor, jest tu iście baśniowy motyw lisa czy różnych postaci pomagających bohaterce, wskazujących jej drogę lub ostrzegających ją przed tym, co się zdarzy. Jest motyw klątwy, jest motyw obcinania sobie pewnych części ciała rodem z „Kopciuszka” braci Grimm, jest wreszcie bardzo klimatyczna zima.
We wszystkich tych projektach bardzo ważne było dla mnie zbudowanie wiarygodnego świata przedstawionego. Nawet jeśli opowiadamy historię współczesną, jak w „Reniferku”, gdzie pojawiają się tak pospolite elementy jak to, że ktoś pracuje w pubie, jedzie miejskim autobusem czy ma bałagan w mieszkaniu, to musi być to wyraziste.
W kinie czy w serialach najbardziej uwielbiam to, że one zabierają cię w zupełnie inny świat, który jest bardzo spójny i tak szczegółowy, że możesz się w nim zanurzyć. To jest coś, za czym od dawien dawna gonimy, tego szukamy we wszelkiej maści opowieściach, także tych mitycznych czy baśniowych.
My łakniemy nowych krain. W „Tu zdarzy się coś strasznego” mamy odludzie, las, śnieg, chatkę na kurzej łapce – bardzo dużą chatkę na kurzej łapce – ale też labirynt. Rzeczywiście ma to bardzo dużo z baśni, bohaterka w białej sukni ślubnej jest niemal jak księżniczka. A też stałym baśniowym motywem jest to, że jeśli czegoś bardzo pragniesz, aby to dostać, musisz oddać coś z siebie, podpisać coś w rodzaju paktu z diabłem.
Poza tym baśnie są trochę straszne, a jednocześnie jest w nich dużo zabawy i niezwykłości. Są z jednej strony fantastyczne, a z drugiej – realistyczne. No i wierzymy, że to do czegoś zmierza, że będzie jakiś morał. Zupełnie jak u ciebie, choć w twojej wersji morał nie jest taki oczywisty.
W „Tu zdarzy się…” zależało nam, by pod powierzchnią niczym z baśni czy horroru toczyła się rozmowa na temat tradycyjnych wartości. Na temat tego, czym jest dziś małżeństwo, a czym może być – są w serialu przykłady dobrych i złych małżeństw. Pokazujemy, jak trudne jest znalezienie właściwej osoby i jak ważne jest to, by nie podejmować nietrafionych decyzji, kiedy te decyzje mają tak poważne konsekwencje. W końcu małżeństwo w założeniu jest związkiem na całe życie, i choć w praktyce bywa z tym różnie, to jest w tym, przyznasz, coś przerażającego.
W dodatku tradycyjne małżeństwo nie zakładało równości małżonków, kobiety były tam jednak własnością męża. Dlatego horror to tak dobry gatunek, żeby zmierzyć się z tym tematem. W serialu pokazujecie Rachel, współczesną dziewczynę, która początkowo nie chce brać ślubu, ale jednak ulega partnerowi, przekonana, że to ten jedyny i że uda im się zorganizować wszystko na własnych zasadach. Widzimy jednak, jak stopniowo ich wizja skromnej uroczystości w gronie najbliższych się oddala. Kontrolę przejmuje rodzina jej chłopaka Nicky’ego. Ostatecznie Rachel ląduje w miejscu, w którym nie chciała być, wśród ludzi, których nie zna (na ślub jest zaproszonych 100 osób!), w sukni, której nie wybrała. To symbolicznie pokazuje, że małżeństwo bywa dla kobiet opresją, a nawet grozi utratą ich tożsamości.
Rachel jest bardzo wyrazistą osobą, wierną swoim przekonaniom i swojemu sposobowi życia. Nicky wydaje się wyrozumiałym, otwartym partnerem – to właśnie te cechy czynią go w oczach Rachel atrakcyjnym – ale kiedy dziewczyna poznaje jego rodzinę, nagle zaczyna dostrzegać wszystko w innym świetle. Świat, z którego pochodzi Nicky, okazuje się kompletnie inny od tego, z którego wywodzi się ona, a że jest bardzo ekspansywny, zaczyna ją powoli połykać.
Scena z suknią ślubną, którą obdarowuje Rachel przyszła teściowa, nie pytając, czy jej się podoba, jest na to bardzo dobrym przykładem. Dziewczyna mówi nawet, że ma poczucie, jakby dla kobiet z rodziny Nicky’ego nie było ważne, kto nosi tę suknię. Na własnym ślubie czuje się jak manekin.
Wiem od kobiet, że ten serial przypomniał im ich własne doświadczenia czy też przemyślenia na temat ślubu. Moim zdaniem wpisuje się idealnie we współczesną dyskusję na temat tego, czy można zrewolucjonizować instytucję, jaką jest małżeństwo. Czy nadal musimy robić to tak, jak robili nasi przodkowie? W Polsce w końcu coraz głośniej mówi się o związkach partnerskich czy prawie do małżeństw dla par jednopłciowych. A jakie ty masz podejście do ślubu? Jest dla ciebie wartością czy uważasz je za przeżytek?
Moim zdaniem ślub to kwestia bardzo, bardzo indywidualna. Uważam, że ludzie powinni podejmować tę decyzję z własnych, osobistych powodów, a nie z chęci dostosowania się do normy społecznej. Ja i mój partner jesteśmy razem od wielu lat i nie mamy planów małżeńskich. Dla mnie osobiście czymś najfajniejszym, ale też najbardziej fair jest to, że każdego dnia podejmujesz decyzję, że chcesz być z tą osobą, ale też cieszysz się tym, jak wiele już za wami i świętujesz na przykład 10. rocznicę wspólnego życia.
Składanie tak wielkich deklaracji w dniu ślubu, w dodatku przed całym światem, na mnie podziałałoby raczej paraliżująco. Tym bardziej że na przykład w Anglii, gdzie mieszkam, według statystyk ponad 40 procent związków kończy się potem rozwodem.
Ale absolutnie nie uważam, że wszyscy powinni myśleć tak jak ja. Ludzie kierują się swoimi wartościami, dla wielu ważna jest religia, więc małżeństwo jest dla nich związkiem zawieranym przed Bogiem. Ja myślę inaczej, nie jestem osobą religijną, ale bardzo szanuję odmienne zdanie.
Wróćmy jeszcze do „Reniferka” – hitu sprzed kilku lat, za który dostałaś BAFTA TV, byłaś też nominowana do Nagrody Emmy (sam serial wygrał aż cztery). Ta prosta, choć przejmująca historia nieoczekiwanie zyskała ogromną popularność. Wiedziałaś od początku, że to jest wyjątkowy projekt? Spodziewałaś się takiego zainteresowania i tak wielkiego przełożenia tego serialu na życie? Podobno organizacje pomagające osobom, które doświadczyły przemocy seksualnej, odnotowały większą liczbę zgłoszeń właśnie dzięki „Reniferkowi”.
Odzew był naprawdę ogromny, zarówno ze strony ofiar stalkingu, jak i ofiar molestowania seksualnego, w tym mężczyzn, którzy do tej pory bardzo rzadko zgłaszali się po pomoc z powodu wstydu i społecznego napiętnowania takiej osoby jako „niemęskiej”. Okazało się, że kiedy ludzie zobaczyli kogoś, kto w dosyć otwarty sposób mówi o tych wszystkich skomplikowanych uczuciach, które się z tym wiążą – z jednej strony o uczuciu głębokiego wstydu i poczucia winy, z drugiej o nieumiejętności nazwania tego, co się wydarzyło, także nieumiejętności zerwania kontaktu ze sprawcą przemocy – coś się w nich otworzyło. Nastąpiło społeczne przyzwolenie na to, by mówić o tym szerzej.
Wiem, że Richard został ambasadorem kilku charytatywnych organizacji pomagających ofiarom gwałtów i ofiarom stalkingu. To ostatnie jest, niestety, coraz bardziej powszechnym zjawiskiem. Byłam zaskoczona, jak wiele osób po ukazaniu się serialu napisało do mnie na Instagramie czy Facebooku, że sami też się z tym zmagali, że mieli w swoim życiu prześladowcę.
Dla mnie najważniejszym przekazem waszego serialu było połączenie tych dwóch wątków i konkluzja, że główny bohater Donny dlatego był tak łatwym celem dla stalkerki, że doświadczenie molestowania naruszyło jego konstrukcję, pozbawiło go obrony. Poruszyła mnie scena, w której Donny wyznaje rodzicom prawdę i tłumaczy, że wstydził się o tym mówić, bo nie chciał wydać się niemęskim. Na co jego ojciec pyta: „A czy ja wydaję ci się niemęski? Pamiętaj, chodziłem do katolickiej szkoły”. Domyślamy się, że musiał doświadczyć tego samego.
To jest właśnie dużą zaletą scenariusza Richarda, że porusza wiele bardzo ważnych kwestii jednocześnie. W tym kwestię pokoleniowego przekazywania, „dziedziczenia” problemów emocjonalnych, błędów czy nawet traum, ale też nieumiejętności otwartej komunikacji.
Mam nadzieję, że „Reniferek” stał się w wielu domach pretekstem do dotknięcia bolesnych miejsc i porozmawiania o sprawach, które do tej pory były przemilczane. Kiedy czytałam scenariusz czwartego odcinka, gdy to wszystko się ze sobą spotyka, byłam pod ogromnym wrażeniem.
Podobno kiedy spytano cię, którą połowę serialu chcesz wyreżyserować, odpowiedziałaś, że tę z czwartym odcinkiem. Odcinkiem uważanym za najlepszy w całym serialu.
Tak, ogromnie chciałam nakręcić ten odcinek, ale kiedy już do tego doszło, zrozumiałam, że musimy być bardzo uważni i delikatni, bo bierzemy na siebie ogromny temat i jeszcze większą odpowiedzialność. Opowiadaliśmy w końcu o czyimś prawdziwym doświadczeniu, ale też wiedzieliśmy, że dla widzów, którzy doznali w przeszłości molestowania, zobaczenie tego na ekranie może być traumatyzujące. Z jednej strony nie chcieliśmy epatować pewnymi scenami, z drugiej nie zamierzaliśmy niczego tuszować, przykrywać czy pudrować. A pamiętaj, że Richard, który grał Donny’ego, sam to przeżył. Reżyserowanie go w tej scenie było naprawdę bardzo skomplikowane.
Często jesteś pytana o swoje polskie korzenie. W wielu wywiadach mówiłaś, że może dlatego tak dobrze rozumiesz czarny humor, absurd, ale też mrok, że właśnie wychowywałaś się w Polsce, czytając Franza Kafkę. Polskość może być atutem za granicą? Co zadecydowało o tym, że udało ci się zrobić karierę za granicą?
Trudno powiedzieć, myślę, że było to połączenie różnych czynników.
Zawsze uważałam siebie za osobę „pomiędzy”. Kiedy chodziłam do szkoły filmowej w Katowicach, miałam wrażenie, że nie do końca wpasowuję się w polską kinematografię, z kolei kiedy pojechałam do szkoły filmowej w Anglii, wszyscy widzieli mnie jednak jako osobę pochodząca z Europy Wschodniej.
Na pewno odkąd jestem w Anglii, zauważyłam, że jest różnica w tym, co tu uważa się za mroczne, a tym, co ja za takie uważam. Podobnie jak z tym, co jest zabawne. Na przykład dla mnie „Reniferek” jest zarówno komedią, jak i dramatem, w „Tu zdarzy się coś strasznego” też dostrzegam wiele elementów humorystycznych. Rozumiem, że nie każdy to widzi, odbieram to jako coś, co jest tylko moje, co bierze się z mojego pochodzenia, z tego, co czytałam w młodości i dzieciństwie. Tak, to był wspomniany Franz Kafka, ale to była też literatura obozowa czy związana z Holokaustem – kiedy takie lektury wypełniają twoją edukację, potrzebujesz czegoś, co spuści z tego trochę powietrza, poczucie humoru staje się rzeczą niezbędną. A że w mojej rodzinie był duży fanklub Witolda Gombrowicza, to równie bliskie są mi absurd i groteska. Oczywiście znam też brytyjskie poczucie humoru, rodzice byli anglofilami, oglądaliśmy „Latający cyrk Monty Pythona” i „Hotel Zacisze”.
Reżyserkom wciąż nie powierza się wielkich budżetów, ale z pewnością bardziej się dziś je docenia i zauważa. Masz poczucie, że trafiłaś na dobry czas dla kobiet? Kiedyś, wymieniając znane reżyserki, mówiło się: Agnieszka Holland, Jane Campion, Sofia Coppola. Teraz grono kobiet odnoszących sukcesy w świecie filmu znacznie się poszerzyło, jest choćby Greta Gerwig. Chloé Zhao...
Ciekawe, że wymieniłaś Agnieszkę Holland. Jej przykład towarzyszył mi od początku mojej drogi, była i jest jedną z najważniejszych postaci w polskiej kinematografii, stawianą na równi z Kieślowskim czy Polańskim. Początkowo, znając jej wczesne filmy, które były znakomite, ale też znając jej bardzo wyrazistą osobowość i przebojowość, obawiałam się, czy dam sobie w tym zawodzie radę, skoro nie jestem taka jak ona, tylko nieśmiała, wycofana i introwertyczna. Oczywiście to dosyć powierzchowna ocena, nie znam Agnieszki prywatnie, wypowiadam się na temat pewnej persony publicznej. Być może prywatnie też jest bardzo nieśmiałą osobą, chętnie bym się o tym kiedyś przekonała.
Pamiętam, jak pierwszy raz powiedziałam mojej rodzinie, że chcę być reżyserką. Byli pełni nadziei, ale i sceptycyzmu, trochę na zasadzie: „Reżyserką to może być Agnieszka Holland, ale ty?”. Bo ona była i jest dla nas wszystkich wzorem. Przykładem na to, że kobiecie uda się jednak przebić w tym świecie.
Kiedy zaczęłam się interesować filmem na poważnie, zaczęły pojawiać się inne nazwiska, jak wspomniane Sofia Coppola czy Jane Campion. Jeszcze później, kiedy poszłam na studia w Wielkiej Brytanii, głośno już mówiono o braku kobiet reżyserek w kinie i w telewizji, zaczęła się ta wielka zmiana, zmierzająca do tego, by przynajmniej dawać nam szansę. Myślę, że po części właśnie dzięki temu udało mi się wystartować ze swoimi rzeczami.
A jak jest dziś z tą twoją nieśmiałością?
To jest coś raczej wewnętrznego niż zewnętrznego. Kiedy pracuję, nie mam nawet na nią czasu. Wtedy koncentruję się na tym, co chcę osiągnąć, i to daje mi pewność siebie. Nigdy nie miałam potrzeby bycia w centrum uwagi i nadal nie mam.
Jaka jesteś na planie? Jesteś bardziej szefową czy partnerką do rozmowy?
Na pewno panuje tutaj pewna hierarchia. Na planie dowodzę, ale nie jest to przywództwo despotyczne, nie chodzę z megafonem, to raczej delikatne prowadzenie i wskazywanie drogi. Myślę, że skończyły się czasy reżyserów demiurgów, którzy narzucają swoją wolę całej ekipie, krzycząc na aktorów czy demonstrując swoje niezadowolenie. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii osobą od poganiania czy krzyczenia na planie jest raczej pierwszy asystent reżysera.
Oczywiście zdarzają się konflikty, napięte sytuacje czy walka o władzę, ale moim stylem na pewno nie jest ich podsycanie. Kiedy wchodzę na plan, nie skupiam się na tym, by być teraz generałem, mówić głośno i często uderzać ręką w stół, tylko raczej myślę o tym, jaki mamy cel, jak chcemy do niego dojść i co teraz zrobić, żeby wszyscy się tego trzymali i byli w pełni zaangażowani.
Wtedy wchodzimy już w konkrety, nie ma miejsca na myślenie abstrakcyjne. Nie mam pojęcia, jak pracują inni reżyserzy, ale ja na planie mniej szukam…
Ty po prostu już wiesz…
Zawsze mam wizję i wiem, w którą stronę chcę iść. Ale jestem też gotowa na zmianę kierunku, jeśli to jest potrzebne. Oczywiście każdy ma własny styl, najważniejszy jest autentyzm, nieudawanie kogoś innego.
A zdarzają się też momenty magiczne? Kiedy po jakimś ujęciu wszyscy przez chwilę jesteście oczarowani, bo udało się wam uchwycić coś wyjątkowego?
Oczywiście. I na planie „Tu zdarzy się coś strasznego”, i na planie „Reniferka”, gdzie wiedzieliśmy, jak ważne dla całości będą pewne sceny. W „Reniferku” mieliśmy kilka scen kręconych z publicznością, mam na myśli występy sceniczne Donny’ego, które nagle przerywa Martha. Statyści nie wiedzieli, jaki będzie rozwój wypadków, najpierw Richard opowiadał jakieś dowcipy, oni trochę się śmiali, a trochę nie, potem nagle odzywała się Jessica Gunning, która grała Marthę, więc reakcje były bardzo spontaniczne. Kręciliśmy te sceny w długich ujęciach, nie cięliśmy ich na kawałki, właśnie po to, by zachować ich autentyczność.
W „Tu zdarzy się coś strasznego”, zwłaszcza w siódmym odcinku, jest sporo bardzo długich scen robionych praktycznie bez montażu, na jednym ujęciu, gdy kamera przechodzi przez kolejne pokoje. Kiedy wiesz, że to będzie wyglądało dokładnie tak, jak jest nakręcone, że nie będzie potem montażu – wszyscy się bardzo mobilizują, żeby było zrobione w punkt, bo jeden błąd może wszystko zepsuć. Potem zbieramy się przy ekranie i oglądamy – i jak to się uda, pojawia się wielka satysfakcja.
To też pokazuje, że jesteście naprawdę jednym organizmem.
Tak, to jest jak skomplikowana choreografia – operator kamery, aktorzy, statyści muszą wiedzieć, co dokładnie mają robić. Dużo przyjemności sprawia mi planowanie właśnie takich scen.
A co bardziej cię pociąga? Reżyserowanie czy pisanie? Na to drugie chyba nie miałaś ostatnio wiele czasu…
„Tu zdarzy się coś strasznego” skończyliśmy w zeszłym roku, więc miałam trochę czasu, by skupić się na pisaniu, ale w moim przypadku to długofalowy proces.
Odpowiadając na twoje pytanie, trudno mi wybrać, co bardziej mnie kręci. I mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała wybierać. Na pewno w obu wypadkach, jak źle idzie, jest najgorzej na świecie. Natomiast kiedy idzie dobrze – to najlepsza rzecz pod słońcem. Kiedy reżyserujesz i masz poczucie, że właśnie nakręciliście świetną scenę albo kiedy aktor czy aktorka cię czymś zaskoczyli i wiesz, że to było bardzo dobre, ale tak samo w trakcie pisania, kiedy pojawia się ten moment flow i wszystko naturalnie biegnie do przodu – wtedy jestem najszczęśliwsza.
Życzę ci, żeby jak najczęściej udało się to łączyć. Bardzo czekam na całkowicie twój film albo serial. Czy coś takiego się szykuje?
Mam dużo planów i projektów zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Polsce, ale to wszystko się jeszcze toczy, na razie nie mam żadnego newsa, którym mogłabym się podzielić, ale może wkrótce…
Nie powiedziałyśmy jeszcze, że czeka cię wielka zmiana w życiu prywatnym. Zostaniesz mamą.
Tak, czekamy na córeczkę, mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Planuję sobie krótką przerwę od zawodowych wyznań. Będzie to dla mnie na pewno zupełnie nowa rzeczywistość. Już nie mogę się jej doczekać.
Weronika Tofilska – rocznik 1985. Urodziła się w Katowicach. Skończyła Szkołę Filmową im. Krzysztofa Kieślowskiego na Uniwersytecie Śląskim, potem National Film and Television School w Beaconsfield. Mieszka w Londynie.