1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Robisz to z troski o chorego bliskiego? Psychiatra: możesz nieświadomie wspierać jego chorobę. Na co zwrócić uwagę?

Robisz to z troski o chorego bliskiego? Psychiatra: możesz nieświadomie wspierać jego chorobę. Na co zwrócić uwagę?

(Fot. Lucy Lambriex/Getty Images)
(Fot. Lucy Lambriex/Getty Images)

Odsłuchaj artykuł

Izabela Nowakowska-Teofilak - Robisz to z troski o chorego bliskiego? Psychiatra: możesz nieświadomie wspierać jego chorobę. Na co zwrócić uwagę?

00:00 17:13
15s
0,5 x
15s
Bywa tak, że kiedy w rodzinie pojawia się przewlekła choroba, otoczenie pacjenta – zamiast wspierać człowieka – wspiera jego chorobę. Jak to możliwe? Psychiatra prof. Marek Krzystanek widzi w tym podobieństwa do syndromu uzależnienia.

Spis treści:

  1. Syndrom wspierania choroby – czym jest i jak bliscy go wzmacniają?
  2. Jak postawa rodziny wpływa na zdrowie chorego? Granice odpowiedzialności za bliskich
  3. Dlaczego bliscy wspierają chorobę? Przyczyny bierności i unikania problemu
  4. Poczucie winy, lęk i potrzeba kontroli w relacji z osobą chorą

  • Syndrom wspierania choroby może objawiać się pozornie niewinnie – od kupowania papierosów osobie chorej na serce. Psychiatra Marek Krzystanek tłumaczy, dlaczego bliscy czasem zamiast pomagać, nieświadomie utrwalają chorobę.
  • Co dzieje się z rodziną, kiedy choroba jednej osoby staje się jej wspólnym „stylem życia”? Ekspert mówi także granicach odpowiedzialności za zdrowie bliskich.
  • Możemy kochać chorego, troszczyć się o niego i jednocześnie wzmacniać jego chorobę. Psychiatra wskazuje mechanizmy, które sprawiają, że rodzina zaczyna akceptować chorobę jako coś, z czym po prostu trzeba żyć – zamiast pomagać ją zatrzymać.
  • „Największa odpowiedzialność spoczywa jednak na chorym, bo to on jest autorem swojego życia” – mówi Marek Krzystanek.

Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 01/2026

Izabela Nowakowska-Teofilak: Kiedy jakiś czas temu rozmawialiśmy, wspomniał pan o syndromie wspierania choroby przez bliskich i otoczenie pacjentów. Znam to zjawisko z życia, ale kiedy wpisałam takie hasło w wyszukiwarkę, Internet nie miał nic do powiedzenia na ten temat.

Marek Krzystanek: Nie jestem tym zaskoczony, ponieważ syndrom wspierania choroby to pojęcie, które w środowisku pozalekarskim nie istnieje. Kiedyś opublikowałem na ten temat kilka artykułów, ale ukazały się w prasie branżowej, która ma ograniczoną dystrybucję.

Wymyśliłem to pojęcie, żeby określić bagatelizowanie, ignorowanie, ukrywanie czy wręcz wypieranie obecności choroby pacjentów przez ich bliskich i otoczenie, co wiąże się z brakiem mobilizowania przez nich tej osoby do przestrzegania zaleceń lekarskich, które mogłyby tę chorobę skrócić albo przynajmniej sprawić, że jej objawy nie będą się nasilać.

W leczeniu uzależnień istnieje już taki termin jak „współuzależnienie”, czyli wykształcanie się takiego systemu zachowań wokół osoby z uzależnieniem, które je wspierają i podtrzymują. Zacząłem się więc zastanawiać, czy dokładnie tym samym nie jest na przykład: kupowanie papierosów osobie z chorobą niedokrwienną serca, pieczenie ciast dla kogoś ze zdiagnozowaną cukrzycą typu II, wyręczanie we wszystkim osoby z depresją czy wieczorne zajadanie czipsów przed telewizorem razem z bliskim, który boryka się z otyłością. W takich przypadkach również dochodzi do systemu zaadaptowania, zaakceptowania i przyzwyczajenia się otoczenia do choroby kogoś bliskiego. W efekcie ludzie ci przestają reagować na jej objawy, lekceważą wszystkie czynniki ryzyka czy objawy nasilania się dolegliwości. To może trwać miesiącami, latami i nie dość, że utrwala chorobę, to jeszcze sprzyja jej rozwinięciu, a zatem skróceniu życia.

Ignorowanie, zaprzeczanie i wypieranie choroby bliskiego obejmuje w końcu jego samego, dlatego takie podejście rozdziela ludzi, rozbija rodziny, związki.

W pewnym momencie dochodzi do marginalizowania chorej osoby, jakby nie istniała, wyłącza się ją z życia rodziny, nie zaprasza na uroczystości, ktoś inny przejmuje jej role i obowiązki. Chory staje się rodzinnym tabu, kimś, o kim nie rozmawiamy. A kiedy ktoś z zewnątrz pyta, jak się czuje, bliscy ukrywają jego prawdziwy stan, minimalizują problem, kłamią, starając się po prostu zamieść sprawę pod dywan.

Dokładnie to samo dzieje się w syndromie współuzależnienia. Ta bańka jednak stale rośnie i pewnego dnia spektakularnie pęka, a wtedy dowiadujemy się na przykład, że ktoś odebrał sobie życie albo zmarł. I wszyscy się dziwią: jak to się mogło wydarzyć, przecież wyglądał na takiego spokojnego i zdrowego człowieka otoczonego dobrą, troskliwą rodziną...

Gdybyśmy bardziej zdawali sobie sprawę z istnienia syndromu wspierania choroby, mniej bylibyśmy zaskoczeni takimi niespodziewanymi śmierciami.

Syndrom wspierania choroby – czym jest i jak bliscy go wzmacniają?

Jakie choroby i zaburzenia są szczególnie podatne na wzmacnianie przez otoczenie?

Wszystkie, które są przewlekłe. Medycyna współczesna dobrze radzi sobie z krótkoterminowymi kryzysami somatycznymi czy psychicznymi i nie obciążają one otoczenia chorego, bo zazwyczaj problem jest rozwiązywany między lekarzem a pacjentem.

Kiedy jednak mamy do czynienia z depresją, chorobą afektywną dwubiegunową, schizofrenią, zaburzeniami lękowymi czy zaburzeniami osobowości, bez wątpienia wpływają one na życie całej rodziny. Podobnie jak niepełnosprawność czy przewlekłe choroby somatyczne, typu cukrzyca, choroba otyłościowa lub choroba niedokrwienna serca.

Niestety, w takich przypadkach bliskim czasami nie starcza dojrzałości, by wejść w postawę odpowie dzialności, starają się pozbyć problemu – i raczej go unikać niż się nim zajmować. Taką taktykę generalnie staramy się przyjmować w życiu, dramat zaczyna się jednak wtedy, kiedy w pojęciu znaczeniowym słowa „problem” znajduje się drugi człowiek, a w szczególności jedna z najważniejszych osób w naszym życiu, członek rodziny.

Bywa też, że ludzie sami doprowadzają do takiego „problemu”. Dotyczy to na przykład osób starszych, które po przejściu na emeryturę otaczane są przez rodzinę kompleksowym parasolem ochronnym.

Nie muszą chodzić na zakupy, bo wszystko dostarcza im syn lub córka. Kino i teatr zastępują im opłacane przez bliskich platformy streamingowe, a spotkania towarzyskie – media społecznościowe. Wychodzą z domu tylko po to, by pójść do przychodni, co staje się poniekąd ich jedyną rozrywką, ale niestety z czasem te wizyty lekarskie są coraz bardziej uzasadnione.

Prawo biologii mówi, że nieużywane komórki i tkanki zanikają. Ten proces zaczyna się już mniej więcej po 35. roku życia. Do tego momentu nasz organizm ma biologiczny impet, który jest związany z dużą ilością hormonu wzrostu wydzielanego przez przysadkę mózgową. Ale w połowie czwartej dekady życia poziom tego hormonu zaczyna spadać i zapas biologiczny, który w dużej mierze utrzymywał ciało w dobrej formie, za czyna topnieć.

A zatem to, w jakiej kondycji będziemy w wieku 60 czy 80 lat, zależy bardziej od proaktywnej postawy. Nie warto więc zbyt wcześnie rezygnować z pracy zawodowej, bo często odgrywa ona rolę ze wnętrznego schematu porządującego życie, który nadaje człowiekowi jego rytm i utrzymuje go w aktywności.

Dlatego dla większości osób dramatem jest kończenie pracy zawodowej i przechodzenie na emeryturę, a jeśli do tego bliscy zaczną wyręczać taką osobę w codziennych obowiązkach, to jej umiejętność samoradzenia będzie zanikać.

Ale przecież kiedy wyręczamy w codziennych obowiązkach osobę starszą czy chorą na depresję, zazwyczaj kierujemy się troską.

A jednak jest to źle pojmowana troska. Jeśli bliscy widzą, że człowiek chory całe dnie siedzi sam w pokoju, leży w łóżku albo spędza czas przed telewizorem czy komputerem, ewidentnie ucieka od życia – i zamiast zabrać go do lekarza, motywować do jakieś aktywności, wyjścia z tego marazmu – zaczynają go wyręczać i stwarzać dogodne warunki do tego, by mógł trwać w tym martwym punkcie, nie jest to wspieranie człowieka, tylko jego choroby.

Trzeba więc wyłączyć telewizor, powiedzieć: „Dosyć tego, idziemy na spacer, bo lekarz powiedział, że masz codziennie spacerować przez dwie godziny”. I być obecnym do czasu, aż chory wejdzie w ten nowy plan dnia i sam zacznie go realizować.

Wydaje mi się jednak, że ludzie w zderzeniu z chorobą psychiczną często są pogubieni i nawet kiedy dostaną jakieś zalecenia od lekarza, nie bardzo rozumieją, z czym ich bliski się mierzy.

Powiedzmy sobie wprost: patrzenie bezczynnie na to, jak człowiek choruje, jak jego stan się pogarsza, jest nieetyczne i niemoralne. Żyjemy w czasach, kiedy dostęp do wiedzy jest naprawdę powszechny, nie trzeba szukać naukowych opracowań. Osoby publiczne coraz częściej otwarcie mówią o swoich problemach czy chorobach psychicznych, o tym, co w związku z tym czują, jakiej pomocy potrzebują. Wystarczy wejść do Internetu, poczytać lub posłuchać ich.

Ale niechęć do zdobywania wiedzy, do dowiedzenia się, o co właściwie w tej chorobie bliskiego chodzi, to postawa unikania problemu. Jesteśmy w tym specjalistami, ba!, uczymy się tego teraz od dziecka. Bo czym na przykład jest wychowanie bezstresowe?

Jeżeli każemy dziecku coś zrobić, to musimy się liczyć się z tym, że ono nie bę dzie chciało tego wykonać, a więc powstanie jakiś problem. Co zatem robimy? Tam, gdzie można, usuwamy nakazy, obowiązki, zasady, których trzeba przestrzegać. To bardzo słaba koncepcja społeczna, ponieważ tak wychowywane dzieci nie będą zdolne poradzić sobie w sytuacjach frustracji czy stresu jako osoby dorosłe. Tworzymy kiepski fundament stabilnego, mocnego społeczeństwa.

Jak postawa rodziny wpływa na zdrowie chorego? Granice odpowiedzialności za bliskich

Zastanawiam się jednak, gdzie są granice odpowiedzialności za zdrowie bliskich, którzy przecież nie są już dziećmi, a jednak samostanowiącymi, dorosłymi ludźmi.

Oczywiście rodzina pacjenta nie jest za niego odpowiedzialna, ale nie może pozostawać obojętna. Jako lekarz oczekuję ze strony bliskich współpracy i pomocy choremu w realizacji zaleceń. To nie jest tak, że mamy komuś na siłę wciskać tabletki czy wyciągać go przemocą na spacer. Jeśli chory tego nie chce, to musi wiedzieć, że poniesie tego konsekwencje, ale w jakimś stopniu one dotkną także jego bliskich. Choroba przewlekła jednej osoby wpływa na cały system rodzinny, więc w interesie otoczenia jest postawa proaktywna, a nie syndrom wspierania choroby i udawania, że problemu nie ma. Moim zdaniem zdrowy podział ról jest taki, że każdy ma jakąś odpowiedzialność: lekarz, terapeuta, pacjent i rodzina.

Największa odpowiedzialność spoczywa jednak na chorym, bo to on jest autorem swojego życia. Dorosłość to przecież nic innego jak suma naszych wyborów i decyzji – i ponoszenie ich konsekwencji.

Jeśli ktoś przyjmie postawę egoistyczną, musi się liczyć z tym, że przysporzy cierpienia bliskim. Wielu osobom trudno jest zawalczyć o własne zdrowie dla siebie samego, ale znajdują w sobie siłę, gdy robią to dla kogoś, kogo kochają.

Dlaczego bliscy wspierają chorobę? Przyczyny bierności i unikania problemu

Dlaczego zatem ludzie wpadają w takie mechanizmy, które utrwalają chorobę ich bliskich?

Te powody są zapewne różne, ale obawiam się, że wynika to po prostu z cech ludzkiej natury, a jedną z nich jest wrodzone lenistwo. Jeżeli mamy do wyboru zajmować się czymś albo nic nie robić, to chętniej wybieramy drugą opcję.

Z badań wynika, że osób proaktywnych, czyli samodzielnie poszukujących rzeczy, którymi mogą się zająć (a nie robiących tylko to, co muszą), jest jedynie około 2 proc., ale myślę, że jest ich 10 razy mniej.

Zdecydowana większość ludzi ma tendencję do tego, żeby nie brać odpowiedzialności za siebie i innych, nawet jeżeli są to osoby bliskie, ponieważ to zawsze wywołuje problemy i wymaga wysiłku.

Być może u podstaw syndromu wspierania choroby u bliskich leży generalna postawa niedojrzałości, którą obecnie obserwuje u rodziców psychiatria dzieci i młodzieży. Gdy pojawiają się problemy wychowawcze, rodzice upatrują ich przyczyn wszędzie, tylko nie w sobie, czyli: w lekarzu i w hipotetycznej chorobie dziecka; w szkole, bo uważają, że odpowiedzialność za to, jakie jest dziecko, ponosi nauczyciel; w niewydolnym systemie wsparcia psychologicznego dzieci i młodzieży; albo we wpływie Internetu, w którym przecież sami pozwolili swojemu dziecku zamieszkać. To wygodne!

Własne błędy wychowawcze tłumaczymy naciąganymi diagnozami psychiatrycznymi, a wychowanie dzieci chcemy zastąpić lekami. Kiedy jest czas na działanie, przymykamy oko i pozwalamy problemom rosnąć, udając, że tego nie widzimy. To przecież niedojrzałość! Dlatego tak ważna jest rola lekarza, żeby dać bodziec, stymulować do działania, wyrwać chorych i ich bliskich z marazmu, w którym często ludzie tkwią.

Poczucie winy, lęk i potrzeba kontroli w relacji z osobą chorą

A może jakąś rolę w naszej bezczynności odgrywają również poczucie winy, lęk czy potrzeba kontroli w podtrzymywaniu tych chorobowych wzorców?

Myślę, że każdy z tych aspektów trzeba brać pod uwagę. Postawa wobec chorego może być wynikiem różnych indywidualnych przeżyć, powielaniem wzorców albo kompensacją pewnych niedostatków. Efekt jednak jest taki sam: zamiast aktywnie wspierać osobę chorą w realizowaniu zaleceń, które mają jej pomóc, nie ro bimy nic, działamy na przekór i wypieramy problem, tak jakby nie istniał.

Czy wskazane byłoby, żeby rodzina korzystała ze wsparcia terapeutycznego równolegle z leczeniem pacjenta?

Jeżeli bliscy sobie nie radzą, nie wiedzą, co robić, to na pewno warto byłoby poszukać jakiegoś wsparcia i rady w tym zakresie. Ale to wymaga samoświadomości, samoobserwacji i wiedzy. Muszę wiedzieć, że mogę stać się ofiarą takiego zjawiska jak syndrom wspierania choroby. Jeżeli mam taką świadomość i dostrzegam, w którym momencie to się dzieje, mogę ewentualnie coś z tym zrobić. Kiedy jednak człowiek nigdy o tym nie słyszał i nie ma pojęcia, że wplątał się w mechanizmy wyparcia, zaprzeczania i unikania problemu, to dopiero sytuacja kryzysowa skłania go zazwyczaj do rozmowy z lekarzem czy psychologiem. To, co usłyszy w gabinecie, może go obudzić, spowodować dysonans poznawczy i zmusić do zastanowienia się, ewentualnie przemodelowania swojej postawy.

Ale by doszło do zmiany, potrzebna jest doza samokrytycyzmu, bo bliscy mogą przecież utrzymywać, że dbają o zdrowie chorego najlepiej jak potrafią i nie są w stanie już nic więcej zrobić. Dostrzegam tu ważną rolę lekarzy, psychologów i innych profesjonalistów medycznych – to oni muszą mieć świadomość niebezpieczeństwa powstawania syndromu wspierania choroby, rozpoznawać go i pokazywać to otoczeniu chorego.

Także w syndromie współuzależnienia zarówno człowiek uzależniony, jak i jego rodzina mają cały system wyobrażeń, iluzji i zaprzeczeń problemowi. Jest to zatem jakaś strategia radzenia sobie, ale niestety nieskuteczna, bo problem się tylko pogłębia – konflikt, oddalanie się ludzi od siebie i izolacja osoby chorującej w rodzinie narastają, a wszystko to prowadzi do smutnego końca. Trzeba więc mówić głośno, że ta droga nie służy zdrowiu chorego.

Co może zrobić specjalista, który widzi, że otoczenie pacjenta niweczy jego pracę, że terapia nie działa, bo w rodzinie ewidentnie jest syndrom wspierania choroby?

Jedyne narzędzia, jakie mamy, to udzielanie rad, wskazówek i zaleceń pozafarmakologicznych odnoszących się do stylu życia, które adresowane są zarówno do człowieka mającego problem zdrowotny, jak i do jego bliskich. Nie mamy jednak żadnego wpływu na to, co się dzieje, kiedy pacjent opuszcza gabinet lekarski czy psychologiczny. Od tego momentu zaczyna się już odpowiedzialność dorosłych osób i wszystko zależy od tego, jakie będą ich wybory.

Rolą lekarzy i terapeutów jest natomiast nieustanne rozwijanie u pacjenta proaktywnej postawy odpowiedzialności za siebie, musimy stale tych ludzi stymulować i edukować. Mamy być uciążliwi, nudni i uparcie powtarzać bez ogródek: jeżeli nie będziesz stosować się do zaleceń, choroba się nie cofnie.

Jeżeli nie będziesz tego robić, szybciej umrzesz. Medycyna nie jest kółkiem filozoficznym. Nie spotykamy się z pacjentami, żeby sobie podyskutować na tematy dialektyczne. To są zalecenia, które mają być realizowane, czy komuś się to podoba, czy nie, ponieważ mamy za sobą sprawdzoną wiedzę kliniczną. Musimy przekazywać ją w taki sposób, by w końcu wybić pacjenta z jakiejś utrwalonej koleiny, którą podąża do szybszej śmierci.

Marek Krzystanek, prof. n. med. i n. o zdrowiu, psychiatra, seksuolog i psychoterapeuta. Kieruje Katedrą i Kliniką Rehabilitacji Psychiatrycznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Jest przewodniczącym Naukowej Sekcji Telepsychiatrii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i autorem ponad 400 publikacji medycznych, trzech książek z dziedziny psychiatrii i dziesięciu tomików wierszy. Jest dwukrotnym laureatem indywidualnej Nagrody Ministra Zdrowia w zakresie działalności naukowej.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE