1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Współuzależnienie – od miłości do patologii

Współuzależnienie – od miłości do patologii

Lęk, uczucie wstydu i poczucie winy towarzyszą niemal każdej osobie współuzależnionej. (Fot. iStock)
„Współuzależnienie zaczyna się od troski, a z czasem staje się wspólnictwem w nałogowej destrukcji. Podtrzymuje chorobę, zamiast ją powstrzymać. Zawsze trzeba mieć na uwadze skutki swojego postępowania. Czy to, co robię, przynosi oczekiwany efekt – czy efekt odwrotny? Czy nałogowiec wskutek moich działań zaczyna lepiej funkcjonować, czy funkcjonuje tak samo albo coraz gorzej?” – tłumaczy Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholożka i terapeutka uzależnień.  

Czym jest uzależnienie, kim jest osoba uzależniona wiemy właściwie wszyscy, o współuzależnieniu nie wiemy już tak wiele. Znam osobę, która po kilkunastu latach życia obok człowieka nałogowo pijącego alkohol powiedziała: „Nie wiedziałam, że ja też jestem chora”. Czym zatem jest współuzależnienie?
Oczywiście określenie „chora” należy rozumieć w tym przypadku nie dokładnie, nie wprost. Termin współuzależnienie oznacza rozmaite dolegliwości psychiczne, czasem też fizyczne, jakie może przeżywać osoba towarzysząca człowiekowi uzależnionemu podczas jego aktywnego i destrukcyjnego nałogu.

Współuzależnienie, przynajmniej na samym początku, jest dość trudno zdiagnozować. Bowiem sam fakt, że obok danej osoby żyje ktoś, kto znajduje się w szponach nałogu, na przykład pije, awanturuje się, trwoni pieniądze itd., nie oznacza jeszcze, że bliscy z automatu stają się współuzależnieni. Mówiąc obrazowo: jeden człowiek nie będzie grać w tę niszczącą grę i szybko odejdzie, a inny mimo cierpienia zostanie. Żyjąc z osobą, która zachowuje się ryzykownie lub nieodpowiedzialnie, każdy poczuje strach. Współuzależnienie zaczyna się od strachu, który skłania do coraz bardziej ofiarnej pomocy w nadziei, że miłością, perswazją i troską uda się powstrzymać nałóg. Do tego przyzwyczajają się obydwie strony. Współuzależnienie opiera się na rozumowaniu, że gdy ktoś bliski źle żyje, powoduje problemy, cierpi, to znaczy, że ja muszę go wybawiać z kłopotów i zmienić coś w sobie — a wtedy problem zniknie.

Uratuję go…
Często myślimy, że na tym polega miłość. Myśli tak matka, która widzi, że syn ma kłopoty, myśli tak partnerka, żona, która widzi, że problemy ma jej mąż. Współuzależnienie wynika z miłości i współczucia. Co Pani robi, kiedy bliską osobę boli głowa? Przyciszy Pani radio, będzie Pani chodziła na paluszkach. Troszczymy się, staramy się ułatwić naszym bliskim wybrnięcie z kłopotu. Współuzależnienie zaczyna się więc od troski. Ale na głębszym poziomie wynika z niewiedzy. Przecież gdy kogoś bolą zęby, to nie ściszamy radia i nie chodzimy na paluszkach, tylko posyłamy do dentysty. Osobę, która nadużywa alkoholu, też trzeba posłać w odpowiednie miejsce.

Bo „pomaganie” na własną rękę może przerodzić się w patologię…
I często tak się dzieje. Gdzie jest granica? Tam gdzie nadopiekuńczość zamiast pomagać, zaczyna szkodzić. Na przykład: nie wychodzę już z domu, bo pilnuję męża, partnera, żeby się nie upił. Do tej pory chodziłam na angielski, spotykałam się z koleżankami czy lubiłam spacery. Robiłam to wszystko, a teraz zaczynam zawężać swoje potrzeby, coraz bardziej spycham je na dalszy plan, a to miejsce zajmują nie tyle potrzeby mojego partnera, ile potrzeby jego nałogu. Nałóg „potrzebuje” więcej pieniędzy, więc ja więcej pracuję, nałóg „potrzebuje” obsługi, bo on sam już po sobie nie sprzątnie, więc ja usuwam ślady pijaństwa. Nałóg „potrzebuje” parasola ochronnego, gdy z powodu kaca mąż nie może dotrzeć do pracy, więc żona kłamie, tłumacząc go przed szefem itp. Wchodzi w rolę pełnoetatowego, całodobowego ratownika kosztem siebie, czasem też kosztem innych bliskich, w tym dzieci. To już nie jest właściwie rozumiana troska, to jest wspólnictwo w nałogowej destrukcji. Współuzależnienie podtrzymuje chorobę, zamiast ją powstrzymać. Zawsze trzeba mieć na uwadze skutki swojego postępowania. Czy to, co robię, przynosi oczekiwany efekt, czy efekt odwrotny? Czy nałogowiec wskutek moich działań zaczyna lepiej funkcjonować, czy funkcjonuje tak samo albo coraz gorzej? W rezultacie krycia, kłamania, dawania alibi, sprzątania wymiocin, chowania butelek, tłumaczenia przed szefem i rodziną itd. nie przyczyniamy się do trwałej zmiany na lepsze. Mamy więc odpowiedź, czy dotyczy nas syndrom współuzależnienia, czy nie…

W Polsce ten syndrom jest dość powszechny. Pewien Amerykanin, który spędził tu wiele lat, uważał, że jesteśmy jednym wielkim współuzależnionym narodem.

Co miał na myśli?
U nas nie tylko żona/partnerka pilnuje, żeby się „nie wydało”, żeby męża nie spotkały przykre konsekwencje nałogu – robi to także na przykład sprzedawczyni w sklepie, która podaje poza kolejką dwie butelki piwa robotnikowi z pobliskiej budowy, aby podleczył kaca. Co ona robi? Ułatwia człowiekowi trwanie w nałogu, a przy okazji i ta sprzedawczyni, i niereagujący klienci dają pijakowi poczucie, że nic złego nie robi. „Przecież pani Basia też uważa, że wszystko jest w porządku, w końcu podaje mi piwo, szanuje mnie”. Podobnie postępuje niejeden szef w pracy, który pokrzyczy, pokrzyczy, ale potem wyrozumiale uzna, że każdy musi się czasem napić, zresetować. To miał na myśli mój znajomy, mówiąc o specyfice Polski w kontekście picia.

Z tematem współuzależnienia ściśle związany jest wątek wstydu.
Bardzo ściśle. Obok lęku właśnie uczucie wstydu towarzyszy niemal każdej osobie współuzależnionej. Zresztą dotyczy to wielu kobiet, nie tylko partnerek nałogowców. Czasem mąż jest wulgarny, czasem obłapia inne kobiety, a wstydzi się zawsze ona… Wstyd pcha ją w szpony współuzależnienia coraz mocniej i głębiej. Obok wstydu kroczy często także poczucie winy. Ono nie bierze się znikąd. Trafia na osoby, najczęściej kobiety, obwiniane od dziecka za kłopoty lub dolegliwości innych: mamę boli głowa, bo wróciła z wywiadówki, podczas której pani narzekała na twoje złe zachowanie; mama jest smutna, bo nie posprzątałaś mieszkania, tata jest zły, bo dostałaś niską ocenę itd. Chłopaków się tak nie obwinia, bo… „chłopakom więcej wypada”. Jak przyjdzie w podartych spodniach, umorusany po uszy – wiadomo – „chłopak musi poszaleć”, a dziewczynka – „Boże, coś ty z siebie zrobiła, jak ty wyglądasz?!”. Ten schemat wychowania bardzo sprzyja późniejszej podatności do bycia współuzależnioną. Dlatego jest ich najwięcej wśród kobiet. Bardzo łatwo wzbudzić w nich poczucie winy. Są w nim wytresowane – zbyt szybko i łatwo zaczynają czuć się winne cudzych problemów. Myślą według schematu: „Gdybym była lepszą żoną, mój mąż by nie pił”. Wpojone przez innych poczucie winy skłania, by robić wiele rzeczy, których się nie chce, ale nawykowe poczucie powinności przeważnie triumfuje.

A połączenie wstydu i poczucia winy niemal zawsze skutkuje kolejnym obciążeniem – obniżonym poczuciem wartości – „To ja jestem do niczego”.

Rozumiem, że z takim bagażem wystąpienie syndromu współuzależnienia jest niemal pewne…
Niestety tak. Mężczyzna, który jest mężem, partnerem alkoholiczki, zwykle prędko się ulatnia. Kiedy do mnie przychodzi kobieta uzależniona, zwykle towarzyszy jej matka, koleżanka, córka, siostra, ale partner – raz na sto przypadków. I znowu kłania się nasza kultura – u nas mężczyzna nie jest od opiekowania się kimkolwiek, on z cudzego powodu nie odczuwa wstydu, nie ma poczucia winy, więc raczej nie staje się współuzależnionym. Chociaż, jak zawsze, zdarzają się wyjątki.

Jak może ratować się kobieta współuzależniona?
Osoba współuzależniona musi zmienić swój sposób pojmowania miłości, odwrócić do góry nogami swój sposób myślenia – „Dlatego, że cię kocham, zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś się dalej nie pogrążał w chorobie, np. zawiadomię policję, kiedy wsiądziesz do samochodu pod wpływem alkoholu”, a nie: „Dlatego, że cię kocham, nie wydam cię”. Jednak taka rewolucja w myśleniu i w odczuwaniu nie jest łatwa. Arcyważne jest wsparcie, może być nim rozmowa z przyjacielem, sięgnięcie po odpowiednią lekturę, udział w spotkaniu Al-Anon z innymi osobami, które są współuzależnione – takich grup wsparcia jest już całkiem sporo. Trzeba zrobić pierwszy krok, by wyrwać się z matni.

Sojusznikami kobiety w tej walce powinny być: otoczenie i odpowiedni system wymuszający konsekwencje destrukcyjnych zachowań, ale z tym niestety bywa u nas bardzo różnie… Sojusznikiem kobiety powinna być rodzina, z tym także bywa różnie. Znam historie kobiet, które słyszały od własnych matek: „To ja 40 lat męczyłam się z twoim ojcem, a ty chcesz rozwodu, bo on popija? Każdy pije, a w naszej rodzinie nie ma rozwodów” – to nie są słowa, które dodają kobiecie siły w walce o wyjście ze współuzależnienia. Na szczęście młode pokolenie kobiet nie jest już tak podatne na potulne życie w udręce. Kobiety dziś są coraz bardziej asertywne, znają swoje granice, potrafią już przy pierwszych symptomach powiedzieć: „Do widzenia, panu już dziękuję”. Choć oczywiście wiele zależy od historii rodzinnej takiej kobiety, bo bywa że jest ona DDA, czyli dorosłym dzieckiem alkoholika, wtedy o współuzależnienie łatwiej, ale to temat na osobną rozmowę. W każdym razie, generalnie, zmiana, którą dostrzegam u młodych kobiet, napawa nadzieją.

Pożądane byłyby zmiany w naszym społeczeństwie — w każdej „pani Basi”, która poza kolejką sprzedaje alkohol komuś, kto chce podleczyć kaca. Kiedy w jakimś związku dzieje się źle z powodu uzależnienia, słyszymy często chór oceniających, że „wina zawsze leży po obu stronach”. Do rodziny alkoholowej nie stosuje się symetryzmu, ponieważ przyczyną patologii jest uzależnienie i wina wcale nie leży „po obu stronach”. Nauczmy się jako społeczeństwo stawać po właściwej stronie. Bez szukania wytłumaczenia i wskazywania współwinnych, bo tym wtłaczamy współuzależnioną jeszcze głębiej w ciemny tunel.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze