Dorosłe dzieci są jak lustro – widzimy w nich prawdę o sobie, czasem nieprzyjemną. A to rodzi poczucie winy, z którym nie umiemy sobie poradzić. Co z tym uczuciem zrobić, podpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.
- Dorosłe dzieci bywają dla rodziców jak lustro – patrząc na ich życie, czasem dopiero po latach dostrzegamy własne błędy i zaniedbania. Wojciech Eichelberger tłumaczy, jak poradzić sobie z poczuciem winy, które wtedy się pojawia.
- Czy można wynagrodzić dorosłemu dziecku to, czego zabrakło mu w dzieciństwie? Psychoterapeuta przestrzega przed „odszkodowaniami”.
- Przyznanie się do błędu nie oznacza nieustannego kajania się. Wojciech Eichelberger wskazuje trzy kroki: nazwać błąd, przyznać się do niego i – na tyle, na ile jest to możliwe – spróbować go naprawić.
- Nawet jeśli między rodzicami a dorosłymi dziećmi nagromadziło się wiele żalu, najważniejsza pozostaje rozmowa.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.
Alina Gutek: Ojciec obserwuje, jak syn świetnie zajmuje się dziećmi. I myśli: „Ja mu tego jako dziecku nie dałem, bo mnie nie było w domu”. Matka, patrząc na syna, który ma trudności z ogarnianiem codzienności, konstatuje: „No tak, to wszystko dlatego, że nie nauczyłam go samodzielności”. Rodzice zdają sobie poniewczasie sprawę ze swoich zaniedbań, ale ponieważ nic z tym nie mogą już zrobić, wpadają w poczucie winy.
Wojciech Eichelberger: Najważniejsze w radzeniu sobie z poczuciem winy jest uświadomienie sobie, że gdy popełnialiśmy błąd, nie byliśmy tak mądrzy jak po uświadomieniu sobie błędu. Nie mówimy tu oczywiście o sytuacjach, kiedy świadomie, z zimną krwią robiliśmy coś złego, na przykład stosowaliśmy przemoc. Na szczęście coraz mniej rodziców tak postępuje.
Z reguły błędy wychowawcze popełniamy w imię najlepszych intencji, w przekonaniu, że to, co robimy, jest dla dzieci i ich przyszłości dobre i właściwe. W istocie jednak powielamy nieświadomie chybione wychowawcze strategie i zachowania naszych rodziców.
Więc nader często okazuje się, że nasze dobre intencje wybrukowały drogę, może nie do piekła, ale do trudnych do naprawienia relacji z naszymi dziećmi. Zatem gdy ogarnia nas szczere uczucie żalu i winy, to warto jednocześnie uświadomić sobie, że gdy działając w imię dobrych intencji, popełnialiśmy błąd, to byliśmy jeszcze „ślepi i głupi”. Można powiedzieć to wprost naszemu pokrzywdzonemu dziecku: „Nie wiedziałem/am tego, co teraz wiem. Nie wiedziałem/am, że cię krzywdziłem/am. Wydawało mi się, że postępuję dobrze, w imię twojego dobra. Bardzo mi przykro, że tak się stało. Gdybym wtedy wiedział/wiedziała to, co wiem teraz, z pewnością postąpiłbym/postąpiłabym inaczej”.
Poczucie winy nie jest chyba z gruntu złe, bo powoduje refleksję nad swoim postępowaniem i może prowadzić do zmiany. Ale z drugiej strony wielu rodziców pogrąża się w tym stanie, stara się odpokutować krzywdy, wynagrodzić nieobecność. Czy takie zachowania mają sens?
Do pewnego stopnia tak. Zależy od tego, ile czasu upłynęło od popełnienia błędu do zreflektowania się.
Jeśli zaniedbaliśmy dzieci w wieku przedszkolnym, a teraz one jako dorośli domagają się od nas czasu, zabawek i opieki, to trzeba wiedzieć, że to, czego nie dostarczyliśmy dzieciom we właściwym okresie rozwojowym, jest potem nie do odrobienia.
W dodatku nasze rodzicielskie zachowania i zaniechania w okresie dojrzewania dzieci trwale formatują ich charaktery. Na przykład: nie przytulaliśmy dziecka, gdy było małe. Po wielu latach zrozumieliśmy nasz błąd. W międzyczasie dorosło i ma do nas pretensje, że na przykład na basenie i w siłowni wstydzi się swojego ciała. Postanawiamy więc zrekompensować mu wyrządzoną nieświadomie krzywdę. Przytulamy dorosłego syna czy córkę przy każdej nadarzającej się okazji. Jednak ku naszemu zaskoczeniu dorosłe dziecko niechętnie reaguje na nasze gesty i szybko odsuwa się od nas. Nie obrażajmy się wtedy. Przecież nie dziwi nas to, że mleko matki nie smakuje dorosłym dzieciom. Potraktujmy to jako zaproszenie do długiej i szczerej rozmowy, w której przyznamy się do błędu i wyrazimy żal z tego powodu, a nasze dziecko ujawni swoje poczucie krzywdy i gniew. Tylko taka rozmowa może sprawić, że za jakiś czas przytulanie będzie w miarę przyjemne dla obu stron.
Niektórzy rodzice przyjmują wtedy taką strategię, że dzieciom nadskakują, spełniają wszystkie ich oczekiwania.
Jak wynika z tego, co powyżej – to nie jest dobra strategia. Najlepsze, co można zrobić, to przyznać się, że popełniliśmy błąd, bo nie byliśmy świadomi, jak trzeba było właściwie postąpić.
Na przykład powiedzieć: „Poświęciłem ci za mało czasu, gdy chodziłeś do przedszkola, bo stanąłem wtedy przed wyborem, że albo wyjadę za granicę i zarobię szybko na mieszkanie, albo nie będziemy mieli gdzie mieszkać. Podjąłem decyzję, że wyjadę, nie mając pojęcia, że konsekwencje tej decyzji będą dla ciebie tak bolesne”.
Nie ma przecież sensu pokrzywdzonego w ten sposób dorosłego dziecka zacząć teraz nosić na rękach, opowiadać mu bajki do snu czy też bawić się z nim w chowanego. Stało się, jak się stało. Nigdy się nie dowiemy też, co by było, gdybyśmy wtedy wybrali inaczej. Być może rodzina nie miałaby sensownego mieszkania, a dzieci wyrzucałyby nam teraz, że wstydziły się zapraszać kolegów do domu. Tak więc jako rodzice powinniśmy brać odpowiedzialność za swoje świadome wybory i je z dorosłymi dziećmi szczerze, spokojnie i cierpliwie przegadywać. A przy okazji uczymy je, na czym polega dorosłe życie i jakie trudne dylematy mu towarzyszą. To najlepsza metoda i największy dar, jaki dorosłe dzieci mogą od nas dostać. Zalecam więc unikać oferowania pokrzywdzonym emocjonalnie dzieciom „odszkodowań” w formie finansowej czy materialnej.
Emocjonalne i uczuciowe długi trzeba bowiem spłacać w tej samej walucie, w której zostały zaciągnięte. A więc w walucie uwagi, czasu, obecności, szczerości i zrozumienia ofiarowywanego teraz już dorosłym dzieciom. Inaczej dług nigdy nie zostanie spłacony.
Dlaczego?
Bo rodzicielska strategia „odszkodowawcza” będzie przez dzieci odbierana jako przekupstwo, załatwianie sprawy na „odwal się”, czy pozbywanie się kłopotu na zasadzie: „przytul hajs i spie…aj” – jak mówią teraz młodzi. W dodatku uczenie dorosłych dzieci zarabiania na krzywdzie im uczynionej może szybko stać się ich wyuczoną strategią ofiary na resztę życia.
Ale co wtedy, gdy dorastające lub dorosłe dziecko nie przyjmuje wyciągniętej ręki, odgrywa się za wszystkie krzywdy mu wyrządzone, karze rodziców. A oni kajają się, przyjmując razy z pokorą. Chyba nie tędy droga do serc dzieci?
Nie tędy. To błąd w każdej sytuacji bez względu na wiek dziecka. A szczególnie wtedy, gdy dziecko dorasta lub jest już dorosłe. Bo w tym okresie życia dziecka rodzice powinni zaczynać budowanie z nim relacji partnerskich, opartych na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Obie strony uczą się wtedy, żeby w sporach zamiast szukania winnych i przerzucania się odpowiedzialnością, dążyć do zrozumienia przyczyn i porozumienia. Oczywiście zainicjowanie takich partnerskich rozmów należy do rodziców. Mogą oni – z pożytkiem dla sprawy – podzielić się wspomnieniami z czasów, gdy sami byli dziećmi i doznawali krzywd ze strony dorosłych. Bardzo ważne jest jednak, by te wspomnienia nie były przywoływane przez rodziców w imię usprawiedliwiania się przed dziećmi lub lekceważenia ich krzywdy na zasadzie: „Ja miałam/miałem gorzej od ciebie i przeżyłem”.
W kontraście do kajania się, samobiczowania, przepraszania i przekupywania dzieci opisany wcześniej sposób postępowania nie grozi utratą w oczach dzieci rodzicielskiego autorytetu. Przeciwnie, przyznanie się do przeszłych błędów i podzielenie się z dziećmi refleksją dotyczącą ich przyczyn – buduje go.
Postawa wiecznego kajania się nie jest dobra, bo kieruje nas do przeszłości, a chodzi o nasze relacje teraz i w przyszłości.
Kajanie się to postawa prowadząca donikąd, często nie mająca kresu. Przecież niewiele pożytku wynika z niekończącej się rozpaczy nad rozlanym mlekiem. Lepiej szybko posprzątać i wyciągnąć z tego pożyteczną lekcję. Jako rodzice skazani jesteśmy na popełnianie błędów. Nieświadomie powielamy zapisane w historii naszej rodziny – a nierzadko także na naszej własnej skórze i w naszych własnych sercach – niefortunne, tradycyjne metody wychowania dzieci. Bo nie mieliśmy czasu ani okazji przyjrzeć się krytycznie temu dziedzictwu. Bo nie było okazji lub/i czasu, by opanować nowe kompetencje rodzicielskie.
A rodzicielstwo to gra na wielu szachownicach, tak skomplikowana i złożona, że bez wspierania się tym, co odziedziczone, odruchowe, rutynowe, intuicyjne – nie sposób ją ogarnąć. W tej sytuacji katowanie siebie za popełniane błędy lub ukrywanie i negowanie tych błędów jest kolejnym, w dodatku największym błędem.
Jedyną sensowną i zbawienną metodą postępowania w tej sytuacji jest uczenie się na błędach. Metoda ta ma trzy zasadnicze elementy: namierzyć i nazwać błąd, przyznać się do niego i naprawić. Zatem komunikat do dorosłych pokrzywdzonych dzieci powinien brzmieć mniej więcej tak: „Zrozumiałem poniewczasie, że popełniłem błąd. Przykro mi bardzo i boli mnie to, że sprawiłem wam tym cierpienie. Wiem, że nie da się tego cofnąć. Biorę za to odpowiedzialność. Obiecuję, że nie będę tego błędu powtarzał i na tyle, na ile jest to możliwe, przyczynię się do ograniczenia skutków wyrządzonej wam krzywdy”. Ta rodzicielska pomoc powinna dotyczyć przede wszystkim tego, by skrzywdzone dorosłe dzieci nie utknęły w syndromie ofiary, dramatyzując nadmiernie swoje krzywdy wyrządzone im przez rodziców. Taka utrwalona postawa przeszkodzi im bowiem w braniu odpowiedzialności za swoje dorosłe życie.
Trzeba też uważać na „dzieci mścicieli”, które chcą karać rodziców za to, że nie dostały od nich czegoś, co im się skądinąd słusznie należało.
Takie dzieci nie chcą wejść w dialog, bo korzystają z poczucia winy rodziców, wymuszając na nich różne usługi, przysługi i fanty. Ale pamiętajmy, że każda relacja rodzice – dorosłe dzieci jest inna i ma niepowtarzalne niuanse. Jednak w każdym przypadku obie strony powinny zacząć proces dogadywania się i wyrównywania rachunków od sumiennej autorefleksji. Bo upieranie się przy swoich wersjach wydarzeń i ich przyczyn jako jedynie prawdziwych i obwinianie drugiej strony – grozi kompletnym rozpadem więzi.
Co wtedy?
Nic nie zastąpi rozmowy, w której będziemy się nawzajem słuchać. Można rozmawiać też o błędach wychowawczych ogólnie. Na przykład o tym, że ludzi szczęśliwych na tym świecie jest bardzo niewielu, że prawie każde dziecko na świecie doznaje bolesnych skutków nieuświadomionych kompleksów, niezagojonych emocjonalnych ran i wychowawczej niekompetencji rodziców. Że także nas to nie ominęło. Dlatego trzeba rozmawiać o tym, jak nam to idzie, i wspierać się w sprzątaniu tego bałaganu. Po to, by nie karmić kolejnych pokoleń tym, co szkodliwe i niemądre.
Namawiasz do rozmów, to jednak nie jest łatwe.
Jeśli będziemy robić tylko to, co łatwe, nic się nie zmieni. Przestaniemy się rozwijać i utkniemy w życiu nawykowym, do znudzenia odtwarzanym z playbacku nagranego w poprzednich pokoleniach.
Skąd się bierze chorobliwe poczucie winy rodziców? Może też z przekonania o swojej wyjątkowej roli jedynych ludzi, którzy kształtują dziecko? A przecież nie tyko oni mają na nie wpływ.
Nasze dzieci wychowują też wychowawczynie w przedszkolach i nauczycielki w szkołach, również system wartości i system społeczno-ekonomiczny, w jakim żyjemy. Na dziecięce formatowanie wpływają też w dużym stopniu, zwłaszcza w nastoletnim wieku, relacje z rówieśnikami.
Można powiedzieć w największym skrócie, że nasze dzieci wychowuje całe złożone środowisko życia. A więc biologiczne, społeczne, polityczne, obyczajowe, językowe, intelektualne, etyczne, światopoglądowe.
Warto więc dostrzegać również ten wpływ zarówno na naszą rodzicielską kondycję, jak i na kondycję naszych dzieci. Rozmawiajmy więc także o tym z dorosłymi dziećmi.
Ale najpierw trzeba pogadać ze sobą.
Tak, najpierw trzeba zrobić własny rachunek sumienia. Warto skorzystać z pomocy psychoterapeutycznej. A kiedy dojdzie do rozmowy z obrażonymi na nas dorosłymi dziećmi, możemy poprosić o mediację kogoś zaufanego lub profesjonalistę.
Co powiedziałbyś rodzicom, którzy czują, że zawiedli dzieci?
Jak już widzą swoje zaniechania i błędy, niech zaproszą dorosłe dzieci, może niekoniecznie do stołu czy na wódkę, lecz na przykład na wspólną wyprawę w góry, na biwak, na kajaki, na rowery, na jacht – gdzieś, gdzie będą mogli być długo ze sobą w ciszy i skupieniu.
A jeśli dziecko odmawia?
To zachęcić je do terapii, do udziału w warsztatach, w festiwalach rozwojowych. Wtedy prędzej czy później dojdzie do wniosku, że potrzebuje wziąć odpowiedzialność za swoje życie i za relacje ze swoimi rodzicami.
Trudnych emocji wobec dzieci, takich jak zazdrość, poczucie winy, nie można zostawić niezaopiekowanych?
Nie można. Z psychoterapeutycznego punktu widzenia uporczywe poczucie winy często bywa przykrywką dla agresji. Wielu ludzi dorasta w klimacie ciągłego obwiniania i poniżania przez swoich opiekunów czy rodziców. Gdy dorosną do swojego rodzicielstwa, są już świetnie wytrenowani w tym, żeby brać grzechy i winy innych na siebie i żyć w poczuciu winy przez całe lata. Gdy więc tak przysposobione dzieci dorastają i zostają rodzicami, to nawykowo czują się winne wszystkich trudności, pretensji i kaprysów swojego dziecka.
Inaczej mówiąc, odzwierciedlają w relacji z własnymi dziećmi relację ze swoją wiecznie niezadowoloną matką czy z ojcem, którym sprzeciwienie się groziło bolesną karą lub wyrzuceniem z domu. W psychice takiej osoby kumulują się przez lata pokłady niewyrażonego buntu i gniewu za bycie obwinianym i upokarzanym w dzieciństwie.
Jeśli takiej osobie w porę pomożemy odreagować złość i wyjść z postawy ofiary, to jako rodzic zacznie troszczyć się o siebie i stawiać dzieciom rozsądne granice. W przeciwnym razie może pójść w ślady swojego rodzica i stać się dla własnych dzieci okrutnym tyranem.
Rodzice czasem usprawiedliwiają się, że mieli gorzej i trudniej, niż mają teraz ich dorosłe dzieci. Nawet zazdroszczą im tego. Spotykasz się z takim podejściem?
Prawdę mówiąc rzadko. Częściej spotykam odwrotną narrację. Dziadkowie i rodzice, pamiętający świat analogowy, szczerze współczują wnukom i dzieciom życia w skomplikowanym, szybko zmieniającym się, nieprzewidywalnym, rozpędzonym świecie. Bo cóż z tego, że materialnie jest lepiej, że młodzi mają więcej zabawek, przedmiotów, okazji do podróży i więcej jedzenia, skoro statystyki krzyczą o epidemii przemocy i depresji wśród dzieci i młodzieży. A dzieje się tak, bo im większy gospodarczy sukces i materialny dobrobyt, tym bardziej brakuje wnukom i dzieciom naszego czasu, uwagi i obecności. Tego, by dziadkowie i rodzice ich zobaczyli, wysłuchali, zrozumieli, docenili, wsparli, by młodzi mogli poczuć się kochani i ważni. Na szczęście to wszystko w relacjach z dorosłymi dziećmi można zawrzeć w rozmawianiu. Rozmawiajmy więc – za wszelką cenę.
Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca Instytutu Psychoimmunologii (ipsi.pl) oraz portalu PositiveLife (positivelife.pl).