1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Sztuka
  4. >
  5. Elliott Erwitt uwielbiał robić zdjęcia psom. Powód? „Nie sprzeciwiają się fotografowaniu i nie proszą o odbitki”

Elliott Erwitt uwielbiał robić zdjęcia psom. Powód? „Nie sprzeciwiają się fotografowaniu i nie proszą o odbitki”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Nowy Jork, USA, 2000 (Fot. Elliott Erwitt Magnum Photos)
Nowy Jork, USA, 2000 (Fot. Elliott Erwitt Magnum Photos)
Autor uwielbianych przez publiczność fotografii Elliott Erwitt (1928–2023) nie lubił się rozwodzić nad tajnikami własnej pracy, miał za to talent do krótkich i błyskotliwych wypowiedzi na temat swojego zawodu. Na przykład: „Fotografia to nic innego jak intensywny wypoczynek i kontemplacja, które kończą się dobrym czarno-białym wydrukiem, odpowiednio utrwalonym i wypłukanym, aby nie wyblakł zbyt szybko”.

Spis treści:

  1. Elliott Erwitt i jego słynne zdjęcia psów. „Nie proszą o odbitki”
  2. Elliott Erwitt – fotograf, który ćwiczył sztukę uważnego patrzenia
  3. Elliott Erwitt: Marilyn Monroe, wielka historia i niezwykłe kadry

Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.

Szedł ulicą, kiedy jego uwagę przykuł pewien widok. Akurat nie miał ze sobą aparatu, choć Erwittowi właściwie się to nie zdarzało, bardzo rzadko rozstawał się ze swoimi dwoma leicami. Na szczęście towarzyszył mu kolega fotograf, pożyczył więc sprzęt od niego. Być może zanim nacisnął spust migawki, zapytał, czy może zrobić zdjęcie, na co akurat nie ma dowodów. W prywatnym, przepastnym archiwum Erwitta zachowały się natomiast dowody (w postaci stykówek, czyli wywołanych z kliszy miniaturek, ułatwiających selekcję zdjęć) na to, że chodził z aparatem wokół obiektu zainteresowania. Próbował z każdej strony, szukał odpowiedniego ujęcia. Aż do tego najlepszego, które wybrał potem spośród innych. Widzimy, że przed wejściem do jednego z domów, na charakterystycznych schodkach z poręczami, jakich w Nowym Jorku jest wiele, siedzi… No właśnie, kto? Trzeba chwili, żeby się zorientować, o co chodzi w tym zaskakującym układzie nóg, rąk i psich łap. I pozbyć się wrażenia, że mamy przed sobą dziwaczną hybrydę: człowieka z głową buldoga. Ta fotografia, zrobiona, o dziwo, w 2000 roku – choć równie dobrze mogłaby powstać w latach 60. – jest idealnym przykładem na to, jak Elliott Erwitt podchodził do fotografii czy w ogóle do otaczającego świata. Co go interesowało i jak chciał nam o tym opowiadać.

Elliott Erwitt i jego słynne zdjęcia psów. „Nie proszą o odbitki”

„Robię dużo zdjęć psów, bo je lubię, bo nie sprzeciwiają się fotografowaniu i nie proszą o odbitki”, stwierdził kiedyś w charakterystycznym dla siebie stylu. Ironiczny i lakoniczny, nie miał w zwyczaju rozwodzić się nad szczegółami swojej pracy, nie filozofował. Na pytania dziennikarzy odpowiadał zwykle krótko i z humorem, doprowadzając ich tym samym jednocześnie do rozpaczy (wierzcie mi, żaden redaktor nie spojrzy przychylnie na wywiad, w którym rozmówca udziela jedno- czy dwuzdaniowych odpowiedzi), a jednocześnie do śmiechu. Minimalizm Erwitt cenił też w podpisach do zdjęć: data, miejsce – tyle wystarczy. Resztę mamy dopowiedzieć sobie w głowach, dopisać własną historię do tego, co widzimy, odkrywając krok po kroku kolejne warstwy.

autopromocja
1200x300_strona glowna.webp

To właśnie Erwittowskie portrety psów i ich właścicieli należą do tych najbardziej uwielbianych. Słynna uliczna seria wykonana z poziomu chodnika – aparat ustawiony jest na wysokości oczu maleńkich psich bohaterów – narodziła się, dość przypadkowo, w latach 40., a rozwinęła w 70., kiedy fotograf dostał zlecenie „New York Timesa” na sesję modową damskich butów. Uznał, że właśnie z takiej perspektywy będzie widać obuwie najlepiej, „przy okazji” tworząc jeden ze swoich najbardziej ikonicznych cyklów.

Jest i zdjęcie z 1973 roku z Nowego Jorku, zrobione zapewne na jakiejś wystawie psich piękności. W pierwszej chwili w oczy rzuca się tu uderzające podobieństwo między objętością fryzury wpatrującej się w obiektyw kobiety i towarzyszącego jej miniaturowego szpica, ale wystarczy popatrzeć chwilę dłużej, żeby objawiły się nam inne szczegóły. Czy właścicielka patrzy w obiektyw nienawistnie czy może bardziej z niepokojem? Jej podopieczny jest zestresowany, znudzony czy po prostu nieśmiały? A może to wcale nie właścicielka tylko sędzia czy jurorka, której przeszkadza się w pracy i stąd surowość spojrzenia? Jest w tym ujęciu coś, co u oglądających – potwierdzają to organizatorzy wystaw fotografa – momentalnie wywołuje śmiech. Ale chwilę później jakiś rodzaj refleksji, może nawet niepokoju. Oto specjalność Erwitta: potrzeba drugiego i trzeciego spojrzenia, żeby zrozumieć cały obraz.

Nowy Jork, USA, 1973, (Fot. Elliott Erwitt/Magnum Photos) Nowy Jork, USA, 1973, (Fot. Elliott Erwitt/Magnum Photos)

Przy czym trzeba uczciwie powiedzieć, że potrafił on świetnie sportretować także koty i przedstawicieli innych zwierzęcych gatunków. Można się było o tym przekonać na wystawie otwartej w Warszawie, w DSH. Zorganizowana z okazji 20. rocznicy istnienia tej instytucji, we współpracy z legendarną Agencją Magnum Photos, była wydarzeniem bezprecedensowym. Nigdy wcześniej w Polsce nie mieliśmy tak obszernej, przekrojowej prezentacji twórczości Elliotta Erwitta. Retrospektywy o takiej skali do tej pory były prezentowane tylko w Paryżu, Lyonie i Brukseli, nieco skromniejszą wyprodukowała słynna Fotografika (największe muzeum fotografii na świecie), prezentując ją w Szanghaju, Tallinie i teraz w Sztokholmie.

Elliott Erwitt – fotograf, który ćwiczył sztukę uważnego patrzenia

– Lubię o Erwittcie myśleć, że był samoukiem – mówi Beata Łyżwa-Sokół, fotoedytorka, edukatorka, autorka tekstów o fotografii, tłumacząc: – Mimo że kończył szkoły artystyczne, to, moim zdaniem, dużo wcześniej trenował zmysł obserwacji. Urodził się w rodzinie żydowsko-rosyjskich imigrantów we Francji, niedługo potem przeprowadził się z rodzicami do Włoch. Kiedy miał 10 lat, już na stałe wyemigrowali do Stanów. Podobno nie opanował dobrze ani francuskiego, ani włoskiego. Przez te pierwsze lata wśród ludzi prawdopodobnie rzadko się odzywał, za to uważnie się wszystkim i wszystkiemu przyglądał. Chcę wierzyć, że właśnie wtedy, w tamtym czasie stał się znakomitym obserwatorem. W mig dostrzegał najróżniejsze relacje między fotografowanymi obiektami. Podobieństwa i kontrasty. Był niezwykle uważny i całe życie kompulsywnie fotografował. Wystawał na ulicach, wyczekując słynnego „decydującego momentu” z koncepcji Henriego Cartier-Bressona.

Kalifornia, USA, 1956, (Fot. Elliott Erwitt/Magnum Photos) Kalifornia, USA, 1956, (Fot. Elliott Erwitt/Magnum Photos)

Beata Łyżwa-Sokół była współkuratorką – razem z Katarzyną Puchalską – wspomnianej najnowszej wystawy DSH. Obie podkreślają, że Erwitt przy całym swoim talencie był także fotografem niezwykle świadomym własnej wizji. Tego, co i jak chce pokazywać odbiorcom. To on sam wywoływał i dopracowywał odbitki, on dokonywał wyboru swoich zdjęć na wystawy i do albumów, decydował o podpisach i o jakości wydruków. Pilnował więc najdrobniejszych szczegółów, kontrolując cały proces od początku do końca. W zawodzie fotografa jest to nieczęsta sytuacja, niewielu autorów zdjęć mogło i może sobie na coś takiego pozwolić.

Katarzyna Puchalska, dyrektorka DSH, kuratorka, menadżerka kultury: – Bardzo szybko trafił do agencji Magnum Photos, bo już w 1953 roku zaprosił go do niej Robert Capa, jeden z jej założycieli. Trzeba przy tym pamiętać, że Magnum to specyficzna agencja. Jest symbolem i prekursorem ochrony praw autorskich fotoreporterów i wielkiego szacunku do ich pracy. Została powołana do życia w reakcji na to, co działo się na ówczesnym rynku prasowym – jak traktowano fotografów, pozbawiając ich kontroli nad własnym dorobkiem. Założyciele agencji Robert Capa, Henri Cartier-Bresson, George Rodger i David Seymour chcieli uniezależnić się od magazynów prasowych, zatrzymać prawa autorskie do swoich zdjęć i zarabiać na ich ponownej sprzedaży. Magnum Photos powstało jako spółdzielnia w całości należąca do fotografów. Kiedy więc oglądam prace Erwitta, myślę nie tylko, jak wrażliwym i utalentowanym był twórcą, ale także o tym, że mógł godnie i dobrze żyć z pracy, którą uwielbiał. Pozwolić sobie na własne wybory i kierowanie karierą dokładnie w takim kierunku, w którym chciał.

Elliott Erwitt: Marilyn Monroe, wielka historia i niezwykłe kadry

Dużo jeździł po świecie, jego zdjęcia były publikowane w czołowych amerykańskich magazynach. Na zlecenie „Time’a” dwukrotnie odwiedził Polskę za żelazną kurtyną (w 1959 i 1964 roku), zanim trafił tu w latach dwutysięcznych. Realizował również intratne zlecenia reklamowe. I w jakiś niezwykły sposób potrafił pogodzić wszystkie te perspektywy, nadając właściwie każdemu ze swoich zdjęć charakterystyczny Erwittowski ton. Nie chodziło zawsze o humor czy uchwycenie jasnej strony życia, choć faktycznie był na tym polu mistrzem. Bo i nie wszystkie tematy dało się potraktować pogodnie. Wystarczy spojrzeć na jego wykonany w Pitssburghu portret czarnoskórego chłopca z zabawkową (choć wyglądającą niepokojąco realistycznie) bronią w ręku, udającego, że celuje we własną głowę. Portret jednocześnie porażający, ale w jakimś sensie zupełnie niewinny. Czy też najgłośniejsze polityczne zdjęcie Erwitta: prezydent Nixon w trakcie burzliwej dyskusji z Nikitą Chruszczowem (rok 1959, podczas otwarcia Amerykańskiej Wystawy Narodowej w Parku Gorkiego w Moskwie).

To, co w nich uderza, to absolutnie demokratyczne, równościowe spojrzenie fotografa. Ma się wrażenie, że Erwitt dokładnie tak samo traktował głowy państw, gwiazdy kina, modelki sesji reklamowych, przechodniów – tych dorosłych i dziecięcych, ludzkich i psich. Z zaciekawieniem, bez uprzedzeń, czekając na moment, kiedy nie będą już zauważać jego obecności i zaczną zachowywać się zupełnie naturalnie.

To on jest autorem najbardziej chyba rozpoznawalnego fotosu w historii kina – tego, na którym Marilyn Monroe na planie „Słomianego wdowca” próbuje przytrzymać unoszoną podmuchem z kratki wentylacyjnej białą sukienkę. A jednak na warszawskiej wystawie można było zobaczyć zupełnie inne zdjęcie MM. Zbliżenie na jej twarz, głównie oczy. Nietypowe ujęcie. Zamyślonej, nieobecnej duchem kobiety. Czy to na pewno jest Marilyn? Sam wspominał, że mocniej niż jej uroda – która była jego zdaniem bardziej image’em, ucieleśnieniem wyobrażenia o seksownej gwieździe – uderzyły go jej inteligencja i wrażliwość. Zdaje się, że ta wypowiedź wiele mówi o jego uważności w patrzeniu na innych i otaczający go świat.

Tak, Erwitt jak mało kto potrafił uchwycić ducha „American dream”, a Paryż czy w ogóle Francja wyglądają u niego jak kwintesencja wyobrażenia o paryskości i francuskości, ale jeśli spojrzymy na szczegół, choćby twarz chłopca w berecie, usadzonego na siodełku roweru w towarzystwie francuskich bagietek i mężczyzny w identycznym berecie, to oprócz francuskiego klimatu i symboli widzimy coś więcej. Dziecięcą ciekawość i nie chodzi tylko o portretowanego, ale i portretującego.

Times Square, Nowy Jork, USA, 1950, (Fot. Elliott Erwitt/Magnum Photos) Times Square, Nowy Jork, USA, 1950, (Fot. Elliott Erwitt/Magnum Photos)

Elliott Erwitt sam był dzieckiem szczęścia, jeśli weźmie się pod uwagę jego biografię i to od samych jej początków, od momentu, kiedy jego rodzinie w ostatniej chwili udało się uciec przed Holokaustem do Stanów. Całe życie słynął z pogodnego usposobienia. Również Katarzyna Puchalska przyznaje, że kiedy zwróciły się z Beatą Łyżwą-Sokół z pomysłem zorganizowania wystawy w DSH do Erwitta poprzez Magnum Photos, nie spodziewały się tak serdecznego, sympatycznego kontaktu. Tymczasem on od razu zapalił się do pomysłu. Korespondencję przerwała jego śmierć w 2023 roku, a ostateczny kształt wystawy był owocem pracy z agencją nad zdjęciami wyselekcjonowanymi wstępnie przez samego autora. Z tego zbioru obie kuratorki stworzyły warszawską odsłonę retrospektywy fotografa, inną niż te pokazywane wcześniej w Paryżu, Lyonie i Brukseli.

Na podsumowania i statystyki przyjdzie jeszcze pora, ale gołym okiem widać, jak ogromną popularnością cieszyło się to wydarzenie. Istnieje całkiem realna szansa, że będzie to najbardziej oblegana wystawa tego roku w naszym kraju. Znalazły się na niej także trzy zdjęcia z Polski. Zaskakujące i zarazem bardzo Erwittowskie w duchu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE