Trudno jest przemawiać w imieniu „Zetek”. Być może dlatego, że jest to pokolenie, które rzadko kiedy odzywa się na głos. Cierpiący z powodu lęków społecznych i dynamicznie rozwijającej się tożsamości kulturowej młodzi dorośli dużo pewniej czują się w mikroświatach telefonów i połączeń sieciowych. Mimo wszystko zdarzają się twórcy filmowi, którzy językiem młodych posługują się bez fałszu. Podczas zeszłorocznego Festiwalu w Gdyni była to Emi Buchwald ze swoim „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej". W tym roku na wysokości zadania stanęła Maria Wider, debiutująca w Konkursie Głownym z filmem „Fluidy”.
Ważnymi bohaterami „Fluidów” są ślimaki. W większości osobniki obojnacze, posiadające zarówno męskie, jak i żeńskie narządy rozrodcze. One nie muszą podlegać odgórnie narzuconej tożsamości, dopasować się do definicji płci, zastanawiać się kim są. Mogą po prostu być. Zwierzęta przygarnia i obserwuje z zazdrością niebinarne Miki (Wiktoria Węglowska), zagubione w świecie klarownych podziałów. Chociaż nie czuje się dziewczynką powoli zaczyna podlegać nieubłaganym prawom dorastania.
Drugą bohaterką filmu Wider jest siostra Miki, 17-letnia Nina (Julia Totoszko). Dziewczyna w fazie buntu, która już czuje się dorosła, ale jeszcze nie jest pewna, z czym to się je. Rodzeństwo jest zmuszone spędzić wakacje w domu ojca (Jacek Borcuch), na mazurskiej wsi, z dala od przyjaciół, znajomej rutyny. Entuzjazmem nie napawa zwłaszcza towarzystwo. Straciły kontakt z tatą w momencie, gdy ten zdradził ich mamę (Roma Gąsiorowska) i odszedł z domu. Teraz mają go na co dzień i muszą zmierzyć się z tłumionymi pod skórą emocjami.
To, co w filmie Marii Wider przede wszystkim rzuca się w oczy, to buzujące hormony. Powietrze jest przesycone sprzecznymi emocjami i drga tym wszystkim, o czym bohaterki boją się powiedzieć na głos. Reżyserka z ogromną wrażliwością, bez niepotrzebnego tabu podchodzi do specyficznego wieku dorastania. Momentu, kiedy człowiek, bez właściwego przygotowania, próbuje określić, kim właściwie jest. Wider łączy intymne momenty z rozpaczliwą burzą emocji. Przesiąknięty nadzieją nastoletni sentymentalizm zderza z pełną rozczarowań rzeczywistością.
Reżyserka rozumie język młodego pokolenia i śmiało korzysta z jego ikonografii. Owocowe vejpy, głosówki i rozmowy na kamerkach, memy i emotki, chamskie odzywki, pyskate dowcipy, zblazowana postawa – Wider przekonująco tka powłokę, z której znana jest generacja Z, ale nie zatrzymuje się wyłącznie na niej. Świadoma, że pod dymem z papierosów i nieustępliwym uśmieszkiem kryje się paraliżujący strach, który staje się jasny przy pierwszym zghostowanym sms-ie. Pokolenie wychowane całkowicie w erze cyfrowej, zależne od sfery wirtualnej, polegające na natychmiastowej, internetowej gratyfikacji musi odczuwać niepokój. Debiutująca twórczyni łapie te emocje i wyzwala na ekranie. Obiera strach z kolejnych warstw aż bohaterki nie mają gdzie się ukryć. I paradoksalnie dopiero wtedy zaczynają czuć się bezpiecznie.
Dużą siłą „Fluidów” jest zmienna perspektywa. Świat widziany oczami łagodnego, zdezorientowanego Miki jest ciekawostką wartą rozpracowania. Kolejne cuda młoda osoba rejestruje kamerą wideo. Obiektyw amortyzuje to, co leży na sercu. Przygląda się podpasce siostry, analizuje jej ciało, otwartość, drapieżność, seksualność. Próbuje odkryć ich punkty wspólne. Bada swoje własne odbicie w lustrze, poznaje osobę, którą ma przed sobą. Natomiast spojrzenie Niny jest bezwzględnie krytyczne. Świat widzi w czarno-białych barwach. Nie może znieść wad ojca, a jego błędy uważa za niewybaczalne. Dopóki sama nie straci niewinności i nie zasmakuje tragicznych skutków własnych decyzji. W oczach Marii Wider inicjacja jest pełna krwi, potu, jaskrawych uczuć, nastoletnich dram. Jest skomplikowana, ale także urzekająco piękna.
„Fluidy” biorą udział w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.