1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ciągle masz poczucie, że powinnaś robić więcej? Neurobiolożka dr Asia Wojsiat wyjaśnia, jak wyjść z trybu „jeszcze trochę, jeszcze krok dalej”

Ciągle masz poczucie, że powinnaś robić więcej? Neurobiolożka dr Asia Wojsiat wyjaśnia, jak wyjść z trybu „jeszcze trochę, jeszcze krok dalej”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
W wielu obszarach życia dostajemy komunikat, że zawsze może być lepiej – możemy wyglądać młodziej, osiągać więcej, rozwijać się szybciej. Przeglądając media społecznościowe, łatwo uwierzyć, że wszyscy doskonale sobie radzą, są produktywni, spełnieni, atrakcyjni. Wszyscy, tylko nie ja. Świat z nadmiarem bodźców, porównań i presji nieustannie podpowiada, że jeszcze nie jesteśmy „dość”. Co to z nami robi, zastanawiamy się razem z neurobiolożką i biochemiczką dr Asią Wojsiat.

Spis treści:

  1. Dlaczego ciągle mamy poczucie, że czegoś nam brakuje? Asia Wojsiat o „skanerze deficytów”
  2. Jak poczucie ciągłego braku wpływa na ciało i mózg?
  3. Przebodźcowanie i dopamina. Dlaczego tak trudno nam się zatrzymać?
  4. Chroniczne przeciążenie. Dlaczego im bardziej jesteśmy zmęczeni, tym trudniej odpocząć?
  5. Osiągasz cel i nadal czujesz pustkę? „Za czym właściwie gonimy?”
  6. Jak przerwać automatyczne zachowania? Asia Wojsiat o chwili między emocją a działaniem

  • Mózg łatwiej dostrzega braki i zagrożenia niż to, co już mamy. Problem zaczyna się, kiedy poczucie „ciągle za mało” towarzyszy nam bez przerwy.
  • Scrollowanie, jedzenie czy kolejne bodźce mogą dawać chwilową ulgę, ale czasem służą przede wszystkim zagłuszaniu napięcia i emocji.
  • Im bardziej jesteśmy przeciążeni, tym trudniej nam się zatrzymać. Dr Asia Wojsiat wyjaśnia, dlaczego wieczorem tak łatwo tracimy kontrolę i szukamy szybkiej przyjemności.
  • „Za czym właściwie gonimy?” – pyta neurobiolożka i przekonuje, że być może zamiast wciąż dokładać sobie kolejnych celów, warto zauważyć życie, które już mamy.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.

Dlaczego ciągle mamy poczucie, że czegoś nam brakuje? Asia Wojsiat o „skanerze deficytów”

Izabela Nowakowska-Teofilak: Mam wrażenie, że mój mózg działa jak skaner deficytów. Niemal każdego dnia podsuwa mi myśli o tym, co powinnam zrobić, zdobyć albo na co jeszcze zapracować – jakby bardziej interesowało go wyszukiwanie braków niż docenianie zasobów. Czy ludzki mózg po prostu tak działa, czy tylko mój jest tak zaprogramowany?

Asia Wojsiat: Rzeczywiście mamy tendencję do skupiania się na brakach, zagrożeniach i tym, co należałoby poprawić, zamiast na zasobach czy poczuciu wystarczalności.

Często mówi się, że mózg jest „teflonem na dobre, rzepem na złe”, że bad is stronger than good, czyli to, co trudne lub niepokojące, dużo silniej przyciąga naszą uwagę niż to, co bezpieczne i satysfakcjonujące.

Z perspektywy ewolucyjnej ma to sens, ponieważ nasz mózg kształtował się w warunkach, w których przetrwanie zależało od ciągłego skanowania otoczenia pod kątem zagrożeń: fizycznych, społecznych czy związanych z wykluczeniem z grupy. I do dziś jest on organem predykcyjnym, który stale próbuje przewidywać potencjalne niebezpieczeństwa i przygotować nas na przyszłość. Dlatego naturalnie bardziej koncentrujemy się na tym, czego brakuje, co może pójść źle i co trzeba kontrolować lub naprawić. To mechanizm bezpieczeństwa, a nie dowód na to, że coś jest z nami nie tak.

Problem pojawia się wtedy, gdy ten mechanizm zaczyna działać bez przerwy. Nadmierne analizowanie, zamartwianie się czy ruminacje tworzą pętlę chronicznego napięcia i poczucia nienasycenia. Niezależnie od osiągnięć czy aprobaty wciąż może pojawiać się myśl, że to za mało.

A do tego dochodzi współczesna kultura, która nieustannie wzmacnia poczucie niewystarczalności, o czym dużo piszą Tomasz Stawiszyński i Kama Wojtkiewicz.

Czasem, próbując łatać doraźne braki, usiłujemy zapełnić pustkę, której nawet nie potrafimy nazwać. Gdzie przechowujemy takie deficyty, które znajdują się poza naszą świadomością?

To pytanie, na które od lat próbują odpowiedzieć filozofowie, psychologowie i terapeuci: gdzie właściwie lokują się nasze deprywacje, niewyrażone potrzeby i emocjonalne braki?

Freud uważał, że nieuświadomione konflikty i deficyty mogą manifestować się poprzez ciało. I choć współczesna psychologia podchodzi do wielu założeń psychoanalizy z dystansem, to kwestia psychosomatyki wciąż jest aktualna.

Pojawiają się też koncepcje mówiące o tym, że nawet jeśli pewnych doświadczeń nie pamiętamy świadomie – na przykład tych z bardzo wczesnego dzieciństwa, kiedy struktury odpowiedzialne za pamięć, takie jak hipokamp, nie były jeszcze w pełni rozwinięte – to różnego rodzaju napięcia czy wzorce reakcji mogą pozostawać zapisane w układzie nerwowym i wpływać na nasze funkcjonowanie. Prawda jest jednak taka, że nie wiemy dokładnie, gdzie to wszystko „się znajduje”. Gdybyśmy potrafili wskazać źródło naszych nieuświadomionych deficytów, dużo łatwiej byłoby leczyć uzależnienia czy zachowania kompulsywne, bo współcześnie wiemy już doskonale, że nadużywanie konkretnej substancji czy aktywności to tylko wierzchołek góry lodowej.

Problem tkwi nie w samej substancji, ale w odłączeniu człowieka od siebie samego, dlatego dziś o uzależnieniu mówi się jako o chorobie układu nagrody i rozumie się je jako złożoną wypadkową czynników biologicznych, psychicznych oraz społecznych. Poprzez hazard, pornografię, media społecznościowe czy jedzenie próbujemy zagłuszyć to, co jest w środku.

Gdyby w uzależnieniu chodziło wyłącznie o smak, doznanie czy potrzebę fizjologiczną, wystarczyłby nam na przykład jeden kawałek czekolady, tymczasem pochłaniamy całą tabliczkę i wciąż mamy niedosyt. To wyraźny sygnał, że nie chodzi o to, co przyjmujemy lub robimy, tylko o próbę zagłuszenia czegoś, czego nie potrafimy nazwać, zlokalizować, uzupełnić, dajemy więc sobie coś w rodzaju protezy, chwilowego wypełnienia, które na moment przynosi ulgę.

Jak poczucie ciągłego braku wpływa na ciało i mózg?

Jak nasze ciało i mózg reagują, kiedy przewlekle działamy z poziomu braku?

Kiedy funkcjonujemy w takim stanie przez dłuższy czas, nasz mózg pozostaje w ciągłej gotowości emocjonalnej. Włącza się coś w rodzaju wewnętrznego alarmu, aktywizują się struktury związane z układem limbicznym, jak ciało migdałowate. Pojawiają się przewlekłe napięcie, lęk, niepokój i poczucie, że wciąż „jest za mało”. Bardzo mocno wpływa to również na gospodarkę kortyzolową. Organizm funkcjonuje wtedy w permanentnym stresie, bo cały czas odbiera rzeczywistość jako niespełniającą lub zagrażającą.

Brak akceptacji, brak poczucia spełnienia i ciągłe napięcie psychiczne sprawiają, że emocjonalnie jesteśmy bardziej rozregulowani, a oś HPA (podwzgórze–przysadka–nadnercza), stale pobudzona.

Jeśli spojrzymy na to z perspektywy neurochemii, ogromną rolę w wyregulowaniu tego stanu odgrywa serotonina, która daje nam wewnętrzne ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Dzięki niej nie musimy cały czas gonić za ekscytacją, sukcesem czy kolejnym osiągnięciem. Organizm może się uspokoić i wrócić „do siebie”.

Badania nad dobrostanem, poczuciem sensu życia i spełnienia pokazują, że osoby, które odczuwają wewnętrzne „wystarczam”, doświadczają większej równowagi psychicznej. Spada poziom stresu, poprawia się regulacja emocjonalna, a organizm funkcjonuje spokojniej.

Wpływa to również na endorfiny i ogólne samopoczucie – nawet nasza wrażliwość na ból może się zmniejszać. Mózg przestaje wtedy działać wyłącznie w trybie seeking and reward, czyli ciągłego szukania i nagradzania. Nie jesteśmy już stale napędzani potrzebą zapełniania wewnętrznej pustki. Zamiast tego możemy doświadczać, czuć, zakorzeniać się w chwili obecnej. Taki stan sprzyja również kreatywności, zdolnościom poznawczym i pracy twórczej. Kiedy mózg nie jest przeciążony ciągłym poczuciem braku, może skierować energię na tworzenie, rozwój i autentyczne zaangażowanie.

Wielu osobom wydaje się, że kiedy przestaną gonić króliczka, wszystko nagle straci sens. A przecież właśnie wtedy może pojawić się przestrzeń na coś naprawdę kreatywnego.

Kiedy żyjemy w chronicznym pobudzeniu – przebodźcowani, zestresowani, cały czas czymś zajęci i coś zapełniający – bardzo trudno o prawdziwy kontakt ze sobą. Dopiero wycofanie się z nadmiaru pozwala nam uruchomić głębsze procesy psychiczne, sieć stanu podstawowego, wewnętrzną narrację, połączenie ze sobą. I właśnie wtedy może pojawić się twórczy przepływ. Myślę, że każdy, kto pisze, komponuje, pracuje kreatywnie, zna ten stan.

Kreatywność raczej nie pojawia się wtedy, gdy mamy miliard rzeczy na głowie i funkcjonujemy w ciągłym stresie. Kiedy próbujemy zagłuszyć napięcie scrollingiem, multitaskingiem czy kolejnymi bodźcami, mózg nie ma przestrzeni na twórczość.

Bardzo pięknie mówi o tym Rick Rubin w książce „Akt twórczy. Nowy sposób bycia”, podkreśla, jak ważne jest redukowanie nadmiaru i rezygnacja z ciągłego zapełniania wewnętrznej pustki. Chodzi o to, żeby choć na chwilę pobyć z tym, co jest. To właśnie wtedy może wydarzyć się coś prawdziwie twórczego, człowiek może zacząć kreować rzeczywistość, a nie tylko na nią reagować.

Przebodźcowanie i dopamina. Dlaczego tak trudno nam się zatrzymać?

Często jednak boimy się, że jeśli wyłączymy ciągłe pobudzenie, zostanie tylko pustka.

Ten strach bardzo mocno wybrzmiewa w tytule podcastu i książki Jakuba Żulczyka i Juliusza Strachoty „Co ćpać po odwyku”. Inaczej mówiąc, co zrobić z życiem, kiedy znika ciągła ekscytacja, adrenalina i fluktuacja bodźców? Co zrobić z tymi „pustymi” godzinami? I to rzeczywiście bywa bardzo trudne.

Bo wychodzenie z uzależnień – czy szerzej: z dopaminowego przebodźcowania – nie polega na tym, że nagle całkowicie rezygnujemy z pobudzenia. Mózg, który przez lata funkcjonował w silnej stymulacji, często potrzebuje nowego kanału dla tej energii. Dlatego wiele osób po wyjściu z uzależnień angażuje się intensywnie w sport, twórczość albo inne aktywności dające poczucie przepływu.

Oczywiście również tutaj potrzebna jest równowaga, bo nawet zdrowe aktywności mogą stać się kompulsywne. Ale sedno jest gdzie indziej – nie chodzi o to, żeby wyeliminować ekscytację z życia, tylko by odkryć, co naprawdę nas odżywia, daje głęboką satysfakcję i poczucie sensu, zamiast jedynie chwilowo zasypywać wewnętrzny brak.

Dlaczego więc tak uparcie powtarzamy te same, wyniszczające schematy? Może w pewnym sensie najbardziej jesteśmy uzależnieni właśnie od tej chwilowej ulgi?

Mam poczucie, że współczesny świat wręcz promuje szybkie sposoby regulowania emocji, przez co cisza, zatrzymanie się i zostanie samemu ze swoimi myślami, staje się czymś coraz trudniejszym i mniej komfortowym. Jesteśmy tak zbombardowani bodźcami, że coraz trudniej naprawdę coś poczuć. Pojawia się zobojętnienie, czasem nawet anhedonia, więc naturalnie szukamy mocniejszych i szybszych form stymulacji.

Media społecznościowe, wysoko przetworzone jedzenie czy nieustanny scrolling dają chwilowy wyrzut przyjemności, ale zaraz potem zostawiają jeszcze większe zmęczenie i pustkę. Dlatego tak ważne jest odzyskiwanie wrażliwości na codzienne życie i uczenie się odroczonej gratyfikacji.

Kiedy stopniowo ograniczamy nadmiar bodźców, układ nerwowy zaczyna się wyciszać i dopiero wtedy pojawia się przestrzeń, żeby zobaczyć – z poziomu kory przedczołowej – co dzieje się głębiej. Czy to jest lęk? Wyczerpanie? Samotność? A może jakaś relacja albo sposób życia przestały nam służyć? Czasami problemem nie jest pustka, tylko właśnie nadmiar. A wszystkie szybkie strategie ulgi stają się po prostu formą emocjonalnej anestezji, próbą zagłuszenia czegoś, czego bardzo nie chcemy poczuć.

Chroniczne przeciążenie. Dlaczego im bardziej jesteśmy zmęczeni, tym trudniej odpocząć?

Czyli źródłem tego pogubienia jest po prostu przeciążenie?

Tak, zdecydowanie. Myślę, że przewlekłe przeciążenie jest jednym z kluczowych elementów całego tego mechanizmu. Problem polega też na tym, że bardzo trudno je w porę zauważyć. Osobom chronicznie zestresowanym i przemęczonym trudno jest zrobić coś, co realnie mogłoby im pomóc – usiąść w ciszy, odpocząć, pomedytować czy po prostu przez chwilę niczym się nie zajmować. Na początku produktywność bywa bardzo pociągająca. Daje poczucie sprawczości, satysfakcji, czasem nawet ekscytacji. I to jest naturalne, bo nasz mózg potrzebuje działania, kreatywności, tworzenia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przekraczamy granicę i wchodzimy w stan chronicznego przemęczenia.

Paradoksalnie im bardziej jesteśmy przeciążeni, tym trudniej nam się zatrzymać, bo włącza się automatyzm działania, pojawia się lęk, że jeśli zwolnimy, to nie zdążymy, zawiedziemy, coś się rozsypie. Deadline goni deadline, a my coraz bardziej odcinamy się od własnych potrzeb i sygnałów z ciała.

W takim stanie naprawdę cierpi nasza kora przedczołowa, czyli obszar odpowiedzialny za racjonalne decyzje, hamowanie impulsów, refleksję i samoregulację. Stajemy się bardziej drażliwi, wybuchowi, emocjonalni. Wszystko zaczyna nas szybciej irytować. I wtedy bardzo często uruchamiają się zachowania, które mają przynieść natychmiastową ulgę. To bardzo biologiczne i bardzo ludzkie.

Jeśli przez cały dzień kontrolujemy się, spinamy i „trzymamy w ryzach”, wieczorem ta kontrola po prostu puszcza. Otwieramy lodówkę i kompulsywnie jemy, godzinami scrollujemy telefon, oglądamy seriale do późna, sięgamy po alkohol albo inne szybkie formy regulacji napięcia. To często nie wynika z braku silnej woli, tylko z przeciążonego układu nerwowego.

Kiedy przez długi czas funkcjonujemy w napięciu i ciągłej mobilizacji, mózg zaczyna automatycznie szukać tego, co znane, powtarzalne i daje szybką ulgę, nawet jeśli długofalowo nam to szkodzi. I tak często rozwijają się kompulsje czy uzależniające wzorce zachowań.

Nie dlatego, że ktoś jest słaby, tylko dlatego, że organizm desperacko próbuje się wyregulować, choć wybiera do tego strategie, które ostatecznie nie przynoszą prawdziwego ukojenia.

Osiągasz cel i nadal czujesz pustkę? „Za czym właściwie gonimy?”

Czasem napędzani tą nienazwaną wewnętrzną pustką podejmujemy się długofalowych, niezwykle wypalających działań, dążymy do celów, którym podporządkowujemy całe swoje życie. Ale kiedy osiągamy to, czego tak bardzo chcieliśmy, w co włożyliśmy ogrom energii, zdrowia i emocji, nadal czujemy brak. Dlaczego?

Sama doświadczyłam czegoś podobnego po obronie doktoratu. To był ważny i ekscytujący etap, ale kiedy wszystko się skończyło, pojawiło się we mnie zaskakujące poczucie pustki. Cel został osiągnięty, ale nagle zabrakło samego dążenia – życia w trybie „jeszcze trochę, jeszcze krok dalej”. I pojawiło się pytanie: „Co teraz?”, które może pchać nas w stronę podejmowania różnych kompulsywnych działań wypełniających tę próżnię, która powstała.

Dużo zmieniło się u mnie wtedy, kiedy zaczęłam bardziej doceniać prostsze życie – codzienność, rytm natury, zwykłe, powtarzalne czynności. Coraz bardziej widzę, że to właśnie tam są dla mnie najważniejsze rzeczy: spokój, brak ciągłej gonitwy i życia w trybie „muszę dowieźć”.

Oczywiście aspiracje i poczucie celu są ważne, ale łatwo przekroczyć moment, w którym zaczynamy żyć wyłącznie przyszłością – „życie zacznie się później, kiedy skończę projekt, awansuję, osiągnę kolejny etap”. Wchodzimy wtedy w permanentny tryb mobilizacji, działamy w nastawieniu bojowym, z gardą, napięciem i przekonaniem, że cały czas trzeba dowozić, być produktywnym. Jakby nie było przestrzeni na wycofanie się, zatrzymanie czy zwykłe odpuszczenie.

Sama nieustannie się z tym zmagam, bo uwielbiam tworzyć i angażować się w różne rzeczy, odmawianie ciekawym projektom przychodzi mi z trudem. Ale wtedy wraca do mnie myśl Henry’ego Davida Thoreau, że ceną wszystkiego, czemu poświęcamy uwagę i energię, jest kawałek naszego życia. Jeśli koncentrujemy się na jednej sprawie, to siłą rzeczy gdzieś indziej będziemy mniej obecni, mniej dostępni. Nic nie istnieje w próżni. Wszystko wymaga zaangażowania, czasu i zasobów.

Dlatego jeśli nie zaczniemy bardziej świadomie priorytetyzować tego, co naprawdę jest dla nas ważne, będziemy cały czas tkwić w chaosie przeciążenia. Niestety wiele osób ciągle odkłada to na później, ale czasem życie bardzo brutalnie przypomina nam, że nie mamy gwarancji, ile tego „później” w ogóle nam zostało.

Bywa, że człowiek wychodzi na zwykłą przejażdżkę rowerową, zabiera ze sobą plany na jutro, na kolejny tydzień, miesiąc, rok i nagle świeca gaśnie. To jest coś, co bardzo otrzeźwia, bo w takich chwilach naprawdę pojawia się pytanie, za czym właściwie gonimy. Skąd przekonanie, że mamy jeszcze tyle czasu, żeby w końcu zacząć żyć? Przecież to może być 30 lat, ale równie dobrze dzień, miesiąc. Dlatego bardzo bliskie jest mi to, o czym pisze Ryszard Kulik w książce „Wystarczająco dobre życie”, że być może prawdziwą odpowiedzią nie jest nieustanne dokładanie kolejnych doświadczeń, sukcesów czy bodźców, ale większe zakorzenienie w tym, co już jest. W relacjach, naturze, codzienności, świadomości przemijania i prostym doświadczeniu życia takim, jakie jest. Bo być może ono już teraz jest wystarczająco dobre, tylko bardzo trudno nam to zauważyć.

Jak przerwać automatyczne zachowania? Asia Wojsiat o chwili między emocją a działaniem

Myślę, że ciężko się zatrzymać, skoro nie wiemy, co nas napędza.

Kluczowy wydaje się ten moment pomiędzy emocją a działaniem – krótka przerwa, w której możemy jeszcze świadomie zdecydować, po co właściwie coś robimy. Co próbujemy sobie tym dać? Co zagłuszyć albo wypełnić? Niezwykle ważne jest więc świadome zatrzymanie się i zwrócenie uwagi na własne reakcje – na to, co dzieje się w naszym układzie nerwowym i emocjach.

Chodzi o próbę odpowiedzenia sobie na pytania: „Jak ja się teraz czuję?”, „Dlaczego właśnie po to sięgam?”, „Co wydarzyło się chwilę wcześniej?”. Czy przed decyzją o sięgnięciu po alkohol, jakąś substancję albo przed kompulsywnym korzystaniem z telefonu pojawiło się napięcie, smutek, samotność, złość?

Psychoterapia bardzo pomaga zauważyć, że między myślą, emocją a działaniem istnieje jeszcze przestrzeń, w której możemy coś zrozumieć i świadomie zareagować. Przydatne bywają różne narzędzia terapeutyczne, choćby dialog sokratejski czy techniki defuzji poznawczej, które uczą dystansu do własnych myśli i emocji. Nie chodzi o życie w ciągłych zakazach, ale o to, kto ma kontrolę nad sytuacją. Czy świadomie decyduję, że mam ochotę na coś słodkiego i potrafię się zatrzymać po jednym kawałku, czy raczej jedzenie przejmuje kontrolę nade mną? Różnica jest ogromna. Czasami warto zrobić pauzę, dać sobie 10–15 minut i sprawdzić, czy ta potrzeba nadal jest tak intensywna. A wtedy zastanowić się, czy to, co czuję, to głód czy napięcie. A może potrzebuję odpoczynku, ruchu, kontaktu ze sobą? Samo nazwanie impulsu ma już ogromne znaczenie dla mózgu.

W kontekście uzależnień czy kompulsywnych zachowań mówi się o cravingu – intensywnej ciągocie, przymusie sięgnięcia po coś. Zauważenie tego pomaga odzyskać odrobinę kontroli. Ale podkreślę jeszcze raz: nie chodzi o całkowite zakazy i nieustanne trzymanie siebie w ryzach.

Mówię tu raczej o budowaniu świadomej relacji ze swoimi impulsami i potrzebami. Oczywiście inaczej wygląda sytuacja w przypadku uzależnień od substancji psychoaktywnych czy poważnych zachowań kompulsywnych – tam potrzebny jest już proces terapeutyczny i specjalistyczne wsparcie. Natomiast w codziennym życiu ogromnie ważne wydaje mi się to, by umieć się zatrzymać, nazwać to, co się z nami dzieje, i odzyskać poczucie, że to my kierujemy swoim zachowaniem.

Dr Asia Wojsiat, biolożka molekularna, neurobiolożka (neurochemiczka) PAN. Edukatorka, popularyzatorka nauki, wykładowczyni akademicka. Autorka podcastu „Wojsiat ogólnie” w Newonce oraz solo projektu „Umyślnie”. Kocha przebywanie w naturze, jazdę rowerem szosowym, długie spacery, książki, muzykę i dobre filmy. Związana z buddyzmem zen.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE