1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Przez 7 lat udało się im zrobić tylko jedno zdjęcie. Werner Herzog ruszył tropem „słoni duchów”. „Poczułem się jak w środku «Moby Dicka»”

Przez 7 lat udało się im zrobić tylko jedno zdjęcie. Werner Herzog ruszył tropem „słoni duchów”. „Poczułem się jak w środku «Moby Dicka»”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Także dziś, przy tak zaawansowanych technologiach, żyją na Ziemi gatunki, w których istnienie wątpimy. Co może dziwić tym bardziej, jeśli mówimy o największych zwierzętach lądowych, legendarnych słoniach gigantach. O przełomowej wyprawie w ich poszukiwaniu opowiada 83-letni mistrz kina Werner Herzog. Reżyser niezwykłego, nakręconego w stylu filmów przygodowych dokumentu „Sny o słoniach”.

Spis treści:

  1. Werner Herzog i „Sny o słoniach”. Jak reżyser trafił na trop słoni duchów?
  2. Werner Herzog o dzieciństwie: „Ciekawość jest częścią mojego życia”
  3. Słonie duchy w Angoli. „Poczułem się jak w środku «Moby Dicka»”
  4. Werner Herzog nie ma telefonu. „Tak właśnie chciałbym spędzić dzień”

  • Werner Herzog nie planował kolejnej wielkiej wyprawy. Wystarczyła jedna rozmowa, by ruszył do Namibii, a potem przejął reżyserię filmu o poszukiwaniu legendarnych słoni gigantów.
  • „Sny o słoniach” nie są jednak dla niego zwykłym filmem przyrodniczym. „To fantazja. Opowieść o duchach” – mówi reżyser, który w wyprawie dostrzegł historię przypominającą mu „Moby Dicka”.
  • Herzog wraca też do własnego dzieciństwa w odciętej od świata bawarskiej wiosce i chwili, gdy jako mały chłopiec zobaczył na horyzoncie łunę bombardowanego miasta. Jak mówi, prawdopodobnie właśnie wtedy ciekawość stała się częścią jego życia.
  • 83-letni reżyser opowiada również o naszej relacji z naturą, fascynacji ludem San i własnym sposobie życia bez telefonu.

Wywiad ukazał się w magazynie „Zwierciadło” 07/2026.

Ida Marszałek: Znane jest twoje powiedzenie: „Świat objawia się tym, którzy podróżują pieszo”. W swoim życiu pokonałeś już wiele skrajnie niebezpiecznych dystansów. Na potrzeby filmu „Fitzcarraldo” przeprawiłeś statek na drugą stronę góry, w środku amazońskiej dżungli. Przeszedłeś pieszo w zimie z Monachium do Paryża. Chyba nie trzeba było długo cię namawiać na kolejną wyprawę?

Werner Herzog: Wystarczyło kilka minut. Zadzwonił do mnie znajomy i powiedział, że po prostu muszę spotkać się z pewnym mężczyzną. Kiedy dotarłem do restauracji w centrum Los Angeles, przy stoliku siedział niejaki Steve Boyes [pochodzący z Republiki Południowej Afryki podróżnik i naukowiec, który odkrył ponad 200 nowych gatunków zwierząt – przyp. red.]. Steve zapytał, czy mógłbym pojechać z nim do Namibii, żeby doradzać przy produkcji. Pracował z nim już zespół z RPA, ale nie mieli pojęcia, jak się zabrać za ten temat. Powiedziałem: „Czemu nie? To może być nawet zabawne”.

Jednak na planie po pierwszych nagranych przeze mnie rozmowach z miejscowymi stało się jasne, że powinienem przejąć produkcję. Poprosili mnie o to wszyscy, włącznie z tymi, którzy byli częścią dotychczasowego procesu. Przekazali mi reżyserię, scenariusz i narrację. To był ten przypadek, kiedy film trafia na człowieka.

Werner Herzog i „Sny o słoniach”. Jak reżyser trafił na trop słoni duchów?

Celem waszej filmowej wyprawy był płaskowyż w Angoli. Ten praktycznie bezludny teren, położony na wysokości ponad 1200 metrów, jest nazywany przez miejscowych „źródłem życia” – dostarcza 10 razy więcej wody, niż wynosi średnie zużycie w stanie Kalifornia. Właśnie tam w 1955 roku został zabity największy okaz słonia znany ludzkości. Badacz Steve Boyes ma nadzieję odnaleźć potomków giganta, choć nie ma dowodu, że ten gatunek nadal istnieje. Wszelkie próby wytropienia choćby jednego osobnika kończyły się dotąd fiaskiem. Boyes ma jednak swoje marzenie, dlatego rusza na wyprawę z grupą superskutecznych namibijskich tropicieli, ostatnich żyjących ludzi, którzy potrafią czytać otaczające ich ziemie jak gazetę czy mapę. Krótko mówiąc, zostałeś wrzucony w naprawdę szaloną przygodę praktycznie z dnia na dzień. Nie było trudno?

Nie potrzebuję przygotowań, wystarczy, że podążam za swoim instynktem – instynktem człowieka, który uwielbia dobre historie i dobre puenty. Poza tym ważnym elementem moich dokumentów zawsze jest obsada. Dobieram ją tak samo jak w filmach fabularnych. Gdy przyjechałem do Namibii, był już tam zbiór bardzo interesujących postaci, na czele z Xui, głównym łowcą z ludu San, angolskim antropologiem Kerllenem Costą i właśnie Steve’em Boyesem.

Werner Herzog o dzieciństwie: „Ciekawość jest częścią mojego życia”

Od zawsze przyciągały cię historie marzycieli, a także miejsca odcięte od świata. Czy to ma związek z twoim dzieciństwem? Dorastałeś w górskiej wiosce Sachrang w Bawarii, bez dostępu do bieżącej wody i informacji. Pierwszy film w życiu zobaczyłeś w wieku 11 lat.

Możesz mieć rację. Kiedy byłem bardzo mały, granice mojego świata wyznaczały wiejska chata i wodospad, który wpadał do wąwozu tuż za nią. Pewnego dnia matka wyrwała mnie i mojego starszego brata z łóżka w środku nocy. Zabrała nas na wzgórze i powiedziała: „Musicie to zobaczyć. Miasto Rosenheim płonie”. Rosenheim znajdowało się 50 kilometrów dalej i właśnie je zbombardowano. Obserwowałem pożar, ale nie były to migoczące płomienie, tylko pomarańczowo-czerwone niebo pulsujące powoli. Wiedziałem już wtedy, że istnieje inny świat, niebezpieczny, którego nie widziałem i nie rozumiałem. Że jest coś takiego jak wojna, choć nie znałem znaczenia tego słowa. Prawdopodobnie właśnie od tamtego momentu ciekawość jest częścią mojego życia.

W poprzednich filmach pokazujesz naturę niebezpieczną, niewzruszoną, nastawioną na przetrwanie. Mam na myśli chociażby dokument „Grizzly Man”, w którym bohater 13 lat żyje wśród niedźwiedzi i na końcu zostaje przez nie zjedzony. Natomiast w najnowszych „Snach o słoniach” słonie przedstawiane są w sposób wręcz mityczny, a jednocześnie poetycki.

Bo to nie jest film przyrodniczy. To fantazja. Opowieść o duchach. Przenoszę publiczność w coś, czego nigdy nie widziała, poza rzeczywistość i fakty. Podwodne – zwolnione przez opór wody – ujęcia słoni, w których kamera jest tak blisko, że niemal dotyka nóg zwierzęcia, to coś niemożliwie pięknego.

Nigdy nie widziałem, żeby komuś udało się nakręcić to w ten sposób. Powiedziałem, że musimy wykorzystać te nagrania, inaczej nie mamy filmu. Wiem, że kiedy mnie już nie będzie na świecie, ludzie wciąż będą pamiętać tę sekwencję.

Słonie duchy w Angoli. „Poczułem się jak w środku «Moby Dicka»”

Pamiętasz swoją pierwszą myśl, reakcję na wiadomość, że gdzieś w Angoli być może nadal żyją niezwykłe stworzenia, o których krąży tyle opowieści, a mimo ich niebotycznych rozmiarów nie mamy żadnych dowodów na ich istnienie?

Od razu wiedziałem, że to film dużo większy niż zwykła relacja z tropienia być może nieistniejącego już gatunku. Poczułem się jak w środku „Moby Dicka”. Podążamy za gigantycznymi słoniami duchami, odpowiednikami białego wieloryba. Dla mnie fundamentalnym pytaniem jest, czy nie byłoby lepiej nigdy go nie znaleźć. Może lepiej, by pozostał niespełnionym marzeniem? Steve Boyes w końcu filmuje jednego z tajemniczych gigantów i zdobywa swój dowód. Osiąga to, o co tyle walczył. Mówię wtedy w komentarzu coś, czego raczej nie usłyszysz w żadnym filmie. Że nasz bohater musi teraz żyć ze swoim sukcesem.

Sukces to jedno, a co z naszą ludzką niezaspokojoną ambicją? Ludzie biorą od przyrody dużo więcej, niż potrzebują. W filmie jeden z bohaterów, Kerllen Costa z Angoli, który dorastał podczas wojny domowej, opowiada o strzelaniu do zwierząt z helikopterów. Pokazujesz materiały z lat 60., kiedy polowano dla sportu, przed oczami mamy potworny widok: ciągnące się kilometrami połacie ziemi gęsto pokryte zwierzęcymi szkieletami.

Samozniszczenie, którego dokonujemy, ma różne źródła, ale tak samo jak pisarz Bruce Chatwin uważam, że najistotniejszym z nich jest porzucenie koczowniczego trybu życia.

Przejście na osiadły tryb to moment, w którym stajemy się niebezpieczni dla naszego środowiska. Jego konsekwencją jest życie miejskie, nauka, postęp i ogromna liczba ludzi. Jest nas już ponad osiem miliardów, a to zdecydowanie za dużo. Potrzebujemy więcej, niż planeta może dać, a to oznacza spiralę zniszczenia.

Dlatego tak bardzo interesuje mnie lud San z pustyni Kalahari. Ponieważ to najstarsi przedstawiciele Homo sapiens, nas wszystkich, każdy na tej planecie jest ich potomkiem. Pojawili się około 150 000 lat temu. Nie wierzę, że jako gatunek ludzki mamy przed sobą kolejne 150 000 lat. Prawdopodobnie znacznie, znacznie mniej. Ale nie napełnia mnie to niepokojem.

Werner Herzog nie ma telefonu. „Tak właśnie chciałbym spędzić dzień”

Ludzie z pustyni Kalahari żyją w poszanowaniu natury, w opozycji do pędzącego postępu. To samo można powiedzieć o tobie. Powszechnie znanym faktem jest, że nie posiadasz telefonu i nade wszystko cenisz sobie fizyczne interakcje.

Rozpoznaję w nich siebie. W wieczornych rozmowach z synem, w dniach bez ustalonego planu, narzuconego harmonogramu. Kiedy siedzą i spokojnie naprawiają swój instrument w otoczeniu kurczaków, widzę siebie w tej prostej przyjemności z życia. Tak właśnie chciałbym spędzić dzień. Lepiej być po prostu nie może. Obserwowanie ich istnienia daje mi radość.

W „Snach o słoniach” ważną rolę odgrywa również monumentalny Henry, czyli wspomniany już słoń gigant ustrzelony w 1955 roku. Jego zrekonstruowaną postać można oglądać w waszyngtońskim Smithsonian National Museum of Natural History, opatrzono ją podpisem: „Słonie w niebezpieczeństwie: twoje wybory mają znaczenie”. Prawda, że jest w tym dużo ironii? Henry padł przecież ofiarą myśliwego…

Myślę, że to, co pokazujemy w filmie, skutecznie zniechęca do nielegalnych polowań. Już samo to, jak trudno dostać się na wyżynę w Angoli, sprawia, że nikt nie będzie miał głupich pomysłów. Nie da się tam przylecieć helikopterem, to za daleko. Nie da się stamtąd wylecieć, nie ma możliwości, by zabrać ze sobą wystarczającą ilość benzyny. Nie da się iść osiem dni pieszo, brodząc w rzekach. Nie ma tam żadnych mostów, żadnych dróg, stacji benzynowej, niczego. To teren niezamieszkany, a przy tym tak duży jak Anglia. W filmie podkreślam wyraźnie wielkość tego terytorium, żeby było to oczywiste dla kłusowników. Nie mają tam szans. To bardzo przekonujące. Naprawdę każę im trzymać się z daleka.

A więc Ziemia chroni się sama. Swoim ukształtowaniem.

Nie tylko. Chroni ją także mitologia miejscowych ludzi. Wierzą, że słonie są ich przodkami. Że mają z nimi królewską więź. Czuwa nad nimi król ludu Nkangala w Angoli, którego Boyes i tropiciele proszą o pozwolenie na wyprawę. Jego obecność jest dużo skuteczniejsza niż jakakolwiek broń. W parkach w Kenii, w Serengeti w Tanzanii, w RPA jest pełno uzbrojonych strażników, ale oni tylko spowolnili rzeź słoni. To coś, czego nie da się powstrzymać bronią. Pod ochroną króla są dużo bezpieczniejsze.

Opieka miejscowej ludności zostaje nagrodzona. Oni widzieli słonie duchy na własne oczy.

Od czasu do czasu się z nimi spotykają. Widują je myśliwi polujący na antylopy. I jest to absolutnie wyjątkowe. Badacze wielokrotnie próbowali pozyskać fizyczny dowód istnienia gigantycznych słoni. Na drzewach umieścili kamery sterowane ruchem. Setki kamer. Czekali siedem lat. Przez ten czas udało im się zdobyć tylko jedno zdjęcie. Przed wyprawą istniały w sumie 62 zdjęcia. Ostateczny dowód zostaje jednak nagrany telefonem.

„Sny o słoniach” od 12 czerwca będzie można oglądać w polskich kinach. A czy masz już następne marzenie? Pracujesz nad czymś nowym?

Niedawno ukończyłem pełnometrażowy film „Bucking Fastard”, którego nikt jeszcze nie widział. Zagrały w nim Kate i Rooney Mara oraz Orlando Bloom. A trzy tygodnie temu zacząłem kolejny film w Meksyku i w Austrii. Właśnie wczoraj wróciłem z Wiednia. Dziś, jak tylko skończymy wywiad, idę do montażowni. Tak to zawsze u mnie wygląda. Mam nadzieję, że wyniosą mnie z planu filmowego nogami do przodu.

Werner Herzog, rocznik 1942. Reżyser filmowy, teatralny i operowy, scenarzysta, producent, pisarz. Urodził się w Monachium, gdzie wrócił w wieku 11 lat, bo jako niemowlę wyjechał stamtąd z rodziną do odciętej od świata wioski Sachrang. Do jego najsłynniejszych filmów należą „Stroszek”, „Nosferatu wampir”, „Fitzcarraldo”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE