Krzysztof Kamil Baczyński był niski, wątły, miał astmę, nie nadawał się na żołnierza. Trwało powstanie…
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.
Ania Janko napisała we wstępie do wyboru jego wierszy: „Zginął trafiony w głowę, gdy nieostrożny wychylił się na linię strzału w oknie narożnego pokoju na pierwszym piętrze pałacu Blanka, 4 sierpnia, w piątek, około 16. – To poeta Baczyński – powiedział któryś z powstańców do sanitariuszki – niech pani zapisze, bo pani nie zapamięta”. Ktoś powiedział, myśląc o losie poety, że Polska to kraj, w którym strzela się do wroga diamentami… Baczyński miał 23 lata. Jego śmierć uosabia piękny bezsens tego powstania.
Gdy zaczął pisać wiersze, pisał je maniacko w każdej wolnej chwili. Matka poety – był z nią związany mocniej niż z ojcem, który odszedł od rodziny – była żydowskiego pochodzenia, o czym przez wiele lat milczano. Pochodziła z zasymilowanej rodziny, sam poeta czuł się w stu procentach Polakiem, ale w czasie okupacji obejmowały go w pełni ustawy norymberskie.
Poeta w 1942 roku ożenił się z Barbarą Drapczyńską. W czasie wojny miłość była wzmacniana przez czas grozy i śmierci. A młodzi ze wszystkim się spieszyli. Barbara 24 sierpnia 1944 roku została trafiona w głowę odłamkiem szkła, nie wiedziała o śmierci męża. Umierając, trzymała w rękach tomik jego wierszy. Była w ciąży.
Zdumiewa poetycka dojrzałość Baczyńskiego, w tym wieku nie pisze się takich wierszy. Ale to dotyczy nie tylko jego, ale całej generacji młodych ówczesnych poetów. Gajcy, Trzebiński, Bojarski, Stroiński znali się, wszyscy konspirowali, wszyscy będą ginąć jak nie w powstaniu, to wcześniej, rozstrzelani. Gajcego i Trzebińskiego znała dobrze moja mama, poetka Mieczysława Buczkówna, opowiadała mi, jak chodziła z nimi na tajne literackie spotkania.
Wiersze Baczyńskiego śpiewała genialnie Ewa Demarczyk, brzmiały, jakby były pisane dla niej. Na pewno przyczyniła się do ich spopularyzowania.
Poeta jest ceniony i lubiany, czasem porównywany do Słowackiego. I nie ma znaczenia, że nie jestem wielbicielem poezji Baczyńskiego, choć wzrusza mnie jego los i imponuje wyobraźnia. Zacytowany przeze mnie wiersz jest jednak znakomity. A przez to, że wyśpiewany był przez Ewę Demarczyk, tak się związał z piosenką, że nie potrafię go czytać, nie słysząc dramatycznego głosu Demarczyk. Proszę mnie nie prosić o interpretację tego utworu, nie potrafię tego zrobić, to kaskada surrealistycznych obrazów z puentą, w której jest wizja zagłady całego pokolenia. A jednak poeta nie „popłynął w zapomnienie”, jak chcą ostatnie słowa wiersza.
Kto mi odda moje zapatrzenie
i mój cień, co za tobą odszedł?
Ach, te dni jak zwierzęta mrucząc,
jak rośliny są — coraz młodsze.
I niedługo już — tacy maleńcy,
na łupinie orzecha stojąc,
popłyniemy porom na opak
jak na przekór wodnym słojom.
Czerwień krwi dziecinnie się wyśni
jako wzdęte policzki wiśni.
Metal burz się wywiedzie na nowo
zapienioną dmuchawca głową.
A łez grzmot jak lawina kamieni
w małe żuki zielone się zmieni
i tak w wodę się chyląc na przemian
popłyniemy nieostrożnie w zapomnienie,
tylko płakać będą na ziemi
zostawione przez nas nasze cienie.
16 I 42 r., Krzysztof Kamil Baczyński „Pół mnie a pół Bogu”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997.
Tomasz Jastrun, poeta, prozaik, krytyk literacki, czuły obserwator świata. Zawsze z książką obok poduszki.