Jest takie miejsce na muzycznej mapie, które od kilku lat lśni jak najbardziej imponujący z diamentów w biżuteryjnej kolekcji. To Sphere, naszpikowana nowinkami technicznymi koncertowa przestrzeń w Las Vegas, podświetlona olbrzymia kula, którą widać podczas podchodzenia do lądowania w mieście równie dobrze, jak najsłynniejsze hotele na Stripie. Sphere obiecuje niezapomniane doznania koncertowe i słowa dotrzymuje, co potwierdzają moje wciąż żywe wspomnienia fantastycznego występu U2.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.
Irlandzka grupa zainicjowała działalność tej innowacyjnej widowiskowej przestrzeni, która od 2023 roku stała się punktem obowiązkowym na planie żądnych niezwykłych koncertowych doznań. W Sphere grali już między innymi popowi Backstreet Boys, ikoniczni w Stanach The Eagles czy kultowi tam Phish. Wkrótce swoją rezydencję rozpocznie legendarna Metallica. Sphere jest wielka i tego od swoich gości oczekuje, wprost proporcjonalnej skali muzycznego dorobku. Gdy powstaje ten tekst, koncertowa hala na dwa miesiące „należy” do zespołu No Doubt. Pamiętacie ich jeszcze?
Być może odpowiecie twierdząco, dopytam więc bardziej szczegółowo: a czy pamiętacie, kiedy Gwen Stefani, wokalistka grupy, była najbardziej cool dziewczyną w muzyce? Gdy Gwen była TĄ kobietą, z plakatów, okładek magazynów, z ekranów MTV, z marzeń twojego chłopaka i z twojej listy modowych inspiracji? Była całym pakietem, najrzadszym zjawiskiem w kulturze masowej. Przebiła się do masowej świadomości jedną z najsłynniejszych ballad lat 90., niezapomnianą „Don’t Speak”, ale nie była tylko smutną dziewczyną ze złamanym sercem.
(Fot. Ethan Miller/Getty Images)
W „Just a Girl”, feministycznym hymnie tamtych czasów, zaczepnie śpiewała: „Jestem tylko dziewczynką w tym świecie, bo to wszystko, na co mi pozwalasz!”. Tańczyła w rytm przebojowych, skocznych „Sunday Morning” czy „Spiderwebs” ujawniając wyrzeźbione godzinami ćwiczeń silne ciało. Tleniona blondynka z czerwonymi ustami w krótkich topach i bojówkowych spodniach zmiksowała popkulturowe inspiracje w nową całość, swój, od razu rozpoznawalny wizerunek. Być może przeszła do obrazkowej historii muzyki jako przygnębiona końcem wielkiej miłości wokalistka w granatowej sukience w grochy z teledysku „Don’t Speak”, ale Gwen w kulturze masowej to więcej niż jeden kadr. Wspominana tu era „Tragic Kingdom”, trzeciej płyty w dyskografii No Doubt, sprzedanej w kilkunastomilionowym nakładzie wydawniczej potęgi drugiej połowy lat 90., to jeden z największych sukcesów w historii amerykańskiego rynku fonograficznego. Niezaprzeczalny. A jednocześnie dziś nieszanowany, ignorowany, zapomniany.
Bycie kustoszem swojego dorobku to umiejętność w branży niewymieniana obok oczywistości: talentu, pracowitości, szczęścia, urody. Tak zachwyca nas wchodzenie na szczyt, intrygują momenty upadku, wzruszają powroty, inspirują sukcesy, że zapominamy o tym nudnym, jednostajnym wykresie, gdy nie dzieje się za wiele, po prostu – jest, jak jest. Oczywiście, nikt nie oczekuje od wykonawców, że przez całą wieloletnią działalność będą wydawać płyty wybitne czy multiplatynowe. Nie zrobił tego nikt, ani Stonesi, ani Madonna ani, wybaczcie Swifties, wasza Taylor. Najbliżej bezsprzecznie wielkiego dorobku są pewnie The Beatles, ale nie wytrzymali wydawniczo nawet dekady, kto wie, co nagrywaliby po latach od największych sukcesów? Spadek formy jest wkalkulowany w wieloletnią działalność, wręcz oczekiwany. Ale tąpnięcie medialnej osobowości, jej wizerunkowy krach, zaprzeczenie sobie – tego fani nie wybaczają. Bo nie taką osobę pokochali. A taka, zatopiona w bursztynie, zostaje już na zawsze w ich pamięci – i nie chcą inaczej. To jest ta klatka wielkiej sławy, bo chociaż każdy artysta ma prawo do ewolucji, wybaczcie banał, to niebanalne jest ryzyko, które przy każdym nieoczekiwanym ruchu podejmuje.
No Doubt, 2001. (Fot. Kevin Winter/Getty Images)
Co, jeśli straci fanów, pójdzie w kierunku innym niż oni? Nieliczni wykonali tak daleką podróż w przeciwną stronę jak Gwen Stefani. I jeszcze podarła bilet powrotny…
Nic nie zapowiadało takiego obrotu zdarzeń. Sukces „Tragic Kingdom” wystrzelił ją do pierwszej ligi gwiazd muzyki pop, a inspirowana ska i reggae muzyka No Doubt gwarantowała miejsce w elicie wykonawców ambitniejszej, szanowanej muzyki. Była na topie każdego ze światów. Ikona mody, czarująca w wywiadach, prostolinijna, spontaniczna dziewczyna z Kalifornii, na scenie dynamit energii, siła, z którą należało się liczyć. Co prawda następca „Królestwa”, „Return of Saturn”, rozczarował, ale grupa szybko zapomniała o nieudanym albumie, w 2001 roku wydając świetne „Rock Steady”. Gwen flirtowała z ideą solowej kariery, współpracując z sukcesem z innymi artystami, aż wreszcie w 2004 roku zadebiutowała płytą „Love. Angel. Music. Baby.”.
Zrobiła wtedy rzecz, której może pozazdrościć jej Mick Jagger, a pogratulować Phil Collins. Opuściła uwielbianą grupę i sama, bez bezpiecznego zaplecza, odniosła porównywalny sukces jako solistka.
Era „L.A.M.B.” to czasy artystycznego i komercyjnego triumfu Stefani, przeboje na szczytach list, okładka amerykańskiego „Vogue’a” i tytuł „pierwszej lady rocka”, rola w „Aviatorze” Scorsesego, własna linia ubrań i marka perfum, niezapomniane sceniczne wizerunki – acz znacząco inspirowane dorobkiem innych kultur, co po latach pozostawia pewien niesmak – pełne perełek od Galliano i Westwood, ach, co to był za przekaz dla innych kobiet! „Długo, bo potrzebowaliśmy trzech płyt, czekałam z No Doubt na sukces, a gdy przyszedł, postanowiłam chcieć więcej, chociaż byłam o 10 lat starsza i mówiono mi, że mój czas się kończy”. „Na co czekasz?”, tak zatytułowała swój pierwszy solowy singiel, śpiewając w nim o sobie, „wciąż supergorącej wokalistce”. Gwen inspirowała do pozytywnego myślenia i do działania, obowiązkowo w couture i najszykowniej ułożonych blond lokach. „L.A.M.B.” promowała między innymi piosenka „Cool”. Nie było lepszego słowa opisującego Stefani w tamtych czasach. I jest to coś, o czym trzeba dziś przypominać, bo pamiętają to nieliczni.
Rozmyślam w ostatnich dniach o Gwen, bo koncerty No Doubt w Sphere, chociaż wyprzedane, mają kiepską prasę. Surowe opinie wydają mi się i przesadzone, i niezasłużone.
Internetowi krytycy na podstawie tiktokowych rolek wydają werdykty o słabej wokalnej kondycji, braku energii i „skoku na kasę”. Ja widzę 56-latkę w imponującej formie, dającą z siebie na scenie wszystko. Ale ja, w przeciwieństwie do milionów wychowanych na „Tragic Kingdom”, nie obraziłam się na Stefani. A Ameryka jest na nią bardzo, bardzo zła. Gwen złamała tę bursztynową obietnicę bycia na zawsze tą fajną, wyluzowaną dziewczyną w bojówkach, która z taką samą energią opowiada o złotych kolczykach i o swoim mężu, popijając piwko z kumplami z zespołu. Przestała wydawać świetne albumy. Oddała się macierzyństwu, rodzinnemu życiu i coniedzielnym wyprawom do kościoła.
Później popełniła „przestępstwo” ingerencji w urodę, kolejna z przeklętych, które stanęły przed wyborem: nie zrobię nic = jestem stara, zrobię coś = jestem sztuczna, stała się pierwszy raz w karierze obiektem kpin. A potem to już poszło lawinowo, dokonała samych niewłaściwych z wizerunkowej perspektywy wyborów.
Zmieniła garderobę na bardziej konserwatywną, partnera z rockmana na gwiazdę country, a życie na okładkach na to z dala od kamer. Na swoje nieszczęście zaczęła mówić o wierze w Boga, wyznawanych tradycyjnych zasadach i dalekim od scenicznych szaleństw systemie wartości. Gwoździem do medialnej trumny był udział w kampanii reklamowej jednej z chrześcijańskich aplikacji. To rozwiało ostatnie wątpliwości. Nasza zbuntowana dziewczyna z plakatu, zlana potem i robiąca pompki na scenie jak najsilniejsi faceci, nasza pop-punkowa Monroe, najpewniej głosuje na Trumpa. Kurtyna, koniec.
Jej koleżanki z „rocznika 95–96” poszły inną drogą. Fiona Apple nie straciła nic ze swojej bezkompromisowości. Alanis Morissette wciąż przemierza świat, śpiewając o sile kobiety. PJ Harvey pozostaje niekwestionowaną artystką wybitną, a Björk kreatywną wizjonerką. W różnej skali, ale bezsprzecznie są szanowanymi, cenionymi wokalistkami. One, nie Gwen.
Nie zamierzam oceniać jej poglądów, ale instynkt wizerunkowy już tak, bo jej go po prostu zabrakło. Będziemy wkrótce przyglądać się uważnie temu, co to znaczy, długo i z sukcesem nawigować swoją karierą, bo czeka nas premiera nowego albumu Madonny, mistrzyni przetrwania. W pierwszym singlu z nadchodzącej płyty śpiewa: „Nie komentuj moich pomysłów, nie interesuje mnie, co o mnie myślisz i czego oczekujesz. Twoje wyobrażenia zabijają całą radość”. Może pozwolić sobie na taką buńczuczność, bo tak wychowała swoich fanów, jest w końcu Madonną, zaczepną, niepoprawną, niesłodką gwiazdą muzyki pop. Dobrze to sobie wymyśliła, od samego początku, imponujące 44 (!) lata temu. Gwen, zdawało się nam w najlepszych latach, miała wszystko. A jednak zabrakło jej jednego. Pomysłu na długowieczność w najlepszym stylu, cool.
Anna Gacek, dziennikarka, przez dwie dekady głos radiowej Trójki, do której właśnie wróciła ze swoją kultową audycją „Aksamit” (na antenie w poniedziałki od 19:00 do 21:00), autorka książki „Ekstaza. Lata 90. Początek”, podcasterka.