Po sześciu latach od premiery „Kundla” Artur Rojek wydał trzeci solowy album – „Chciałbym urodzić się żeby latałem”. Tytuł to wypowiedź jego syna, która przypomniała artyście, że niezależnie od wieku wszyscy tak naprawdę mamy podobne pragnienia. Podczas odsłuchu nowej płyty zapytałam go o wspomnienia z pracy nad nią, artystyczne plany i ostatnią życiową lekcję.
Album ukazał się 18 września 2026 roku. Wśród poprzedzających go singli znalazły się „Gruby, mały”, „W objęciach”, nagrane z Dawidem Podsiadło „Yeti” oraz „Mirafiori”. Za produkcję płyty odpowiada Olek Świerkot.
Jesienne koncerty promujące wydawnictwo wyprzedały się jeszcze przed rozpoczęciem trasy, dlatego Rojek zapowiedział już kolejną – „Mirafiori Tour 2027”.
Ta płyta jest dla Rojka jak album rodzinny ze zdjęciami z różnych etapów życia. Artysta śpiewa o trudnych doświadczeniach z dzieciństwa, wstydzie, młodzieńczych fantazjach, wciąż pogłębiającej i poszerzającej się miłości do żony, a także ojcostwie, które zmieniło jego sposób patrzenia na siebie i życie.
Patrycja Fijałkowska: Jakie jest Pana najpiękniejsze, najcenniejsze wspomnienie z pracy nad płytą?
Artur Rojek: Najcenniejsze jest dla mnie to, że podczas pracy nad płytą i współpracy z różnymi ludźmi czerpaliśmy od siebie nawzajem. Działo się to w naturalny sposób. Nic nie było na siłę. Wszystko nie tyle było zaplanowane, ile toczyło się bardzo spokojnie i naturalnie. Może dlatego, że nie mieliśmy aż tak wielu własnych, indywidualnych oczekiwań.
Myślę, że każdy z nas podchodził do tej pracy z pewnym stresem i obawą. Znamy się od dawna, więc zastanawialiśmy się, jaka będzie między nami relacja i jak będzie nam się razem pracowało. Potem dołączyły kolejne osoby, które też znam od dawna, i znów pojawiało się to pytanie. Nic złego jednak się nie wydarzyło.
„Myśl pozytywnie, przygotuj się na najgorsze”. W tym przypadku ta maksyma świetnie się sprawdziła.
Od kiedy zakładał Pan, że powstanie ta płyta?
Mogę sobie coś zakładać, ale tak naprawdę nigdy nie działa to u mnie w ten sposób. Wydawanie płyty to nie jest organizowanie festiwalu. Kiedy zaczynasz organizować festiwal i robisz go co roku, później musisz przygotowywać go co roku. A płytę możesz wydać po roku, dwóch, trzech albo sześciu latach. Różnie – w zależności od tego, kiedy poczujesz, że jesteś gotowy.
Czyli teraz też nie wie pan, czy powstanie kolejna płyta?
Zakładam, że coś powstanie, ale nie wiem kiedy ani o czym będzie. Nie mam jeszcze takiej pewności. Przy tej płycie też nie zakładałem, że ukaże się równo sześć lat po poprzedniej ani że będzie miała taką, a nie inną formę.
Czujesz, że to jest ten moment. Słyszysz też dookoła: „Ej, mógłbyś już coś nagrać”. Więc zaczynasz się za to zabierać i dopiero wtedy otwiera się przed tobą ten świat. Rozpoczynasz proces, a potem coraz bardziej się w nim zanurzasz. I wtedy wszystko się zaczyna.
Jaką życiową lekcję ostatnio pan odrobił?
Wszystko jest lekcją. Każdego dnia czegoś się uczymy, to w każdej chwili wydarza się coś, na co zwracasz uwagę albo co przyciąga twoją uwagę. W zasadzie cały czas czegoś doświadczasz.
Wiadomo, że bywają momenty bardziej intensywne, kiedy coś oddziałuje na ciebie bezpośrednio i wyraźnie to czujesz. Myślę jednak, że już samo wyjście z domu, mijanie ludzi może być początkiem czegoś. Już wtedy zaczyna się jakaś lekcja.