Byliśmy szkoleni, żeby ratować ludzkie życie, a nie stawać się sędziami życia – mówi dr Rafał Zadykowicz. A jednak lekarz musi nieraz podejmować decyzje, które wykraczają poza sztukę medyczną. Na przykład gdy ktoś odmawia leczenia. Albo gdy uruchomienie procedur może wystawić pacjenta na zagrożenie życia i trzeba wybrać mniejsze zło. Co wtedy?
- Co powinien zrobić lekarz, gdy pacjent odmawia leczenia, które mogłoby uratować mu życie? Dr Rafał Zadykowicz mówi o sytuacjach, w których wiedza medyczna nie daje prostej odpowiedzi.
- Pracując z Lekarzami bez Granic na granicy polsko-białoruskiej, przekonał się, że skierowanie chorego do szpitala nie zawsze oznacza dla niego bezpieczeństwo. „Byliśmy szkoleni, żeby ratować ludzkie życie, a nie stawać się sędziami życia” – mówi.
- Szczególnie trudna jest pomoc osobom, które doświadczyły przemocy seksualnej czy handlu ludźmi. Sama diagnoza i leczenie nie wystarczą, jeśli brakuje bezpiecznego miejsca, psychologa czy skutecznej ochrony.
- „Pacjentka przychodzi do lekarza z całym swoim światem” – podkreśla dr Zadykowicz.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2026.
Beata Pawłowicz: W „Lancecie”, prestiżowym brytyjskim piśmie medycznym, opisał pan sytuacje, w których decyzja lekarza nie jest wyłącznie decyzją kliniczną. Jeden z takich przypadków dotyczył pacjentki, która odmówiła leczenia mogącego uratować jej życie.
Rafał Zadykowicz: To sytuacja, która zostaje z lekarzem na zawsze. Młoda kobieta była w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, z rozsianym wykrzepianiem wewnątrznaczyniowym. Medycznie wiedzieliśmy, co robić: zastosowanie produktów krwiopochodnych dałoby jej szansę przeżycia – ona jednak odmówiła z powodów związanych z jej wiarą i systemem wartości. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić, szanując jej decyzję. W takich sytuacjach medycyna staje się czymś trudniejszym niż procedura.
Chyba każdy lekarz ma w sobie silny impuls ratowania życia. Ale autonomia pacjenta nie jest ozdobnikiem, który działa tylko wtedy, gdy zgadzamy się z jego decyzją. Jest prawdziwa właśnie dlatego, że obowiązuje, nawet gdy decyzja pacjenta jest dla nas trudna do przyjęcia.
Przysięga Hipokratesa zobowiązuje jednak lekarzy do ratowania ludzkiego życia wszelkimi dostępnymi im sposobami...
Przyjmując odmowę tej pacjentki do udzielenia jej przez nas pomocy, musieliśmy zaakceptować prawdę o tym, kim jesteśmy. Jesteśmy tylko lekarzami. Nie jesteśmy bogami. W pracy humanitarnej, jak i na sali operacyjnej, obowiązuje ta sama zasada: decydujemy z pacjentami, a nie za nich. Szanujemy opinie pacjenta, biorąc pod uwagę jego zdolność do rozumienia sytuacji. Postawienie na pierwszym miejscu wartości chorego zmusza nas do niewygodnych wyborów, na przykład właśnie powstrzymania się od ratowania jego życia za wszelką cenę.
Lekarz często musi podejmować decyzje, które wykraczają poza sztukę medyczną?
Życie pokazało mi, że tak, a od roku 2022, kiedy mój zespół medyczny trafił w ramach organizacji Lekarze bez Granic (Médecins Sans Frontières, MSF) na granicę polsko-białoruską – wielokrotnie.
Mieliśmy tam zanieść medycynę humanitarną zgodną ze światowymi standardami, a niespodziewanie wielkiego znaczenia nabrały plecaki z kocami termicznymi, płynami, jedzeniem i suchymi ubraniami. Naszymi pacjentami byli ludzie z Bliskiego Wschodu, a także krajów takich jak Somalia, Gabon czy Erytrea. Chorowali na infekcje, mieli urazy, odmrożenia, odwodnienie, hipotermię.
W normalnych warunkach decyzja często byłaby oczywista: transport do szpitala. Ale tam nic nie było oczywiste, bo hospitalizacja mogła oznaczać uruchomienie procedur, które dla pacjenta wiązały się z ryzykiem rozdzielenia z rodziną, detencji, czyli umieszczenia w zamkniętym ośrodku dla cudzoziemców, albo przymusowego opuszczenia Europy, a za jej granicami mogły czekać go tortury czy nawet śmierć.
Decydując o najlepszej pomocy medycznej, lekarz musi brać pod uwagę system?
W teorii słuszna decyzja o skierowaniu pacjenta do szpitala może wplątać go właśnie w system, który stworzy zagrożenie dla jego życia. Trzeba więc ważyć bezpośrednią korzyść kliniczną wobec przewidywalnej szkody psychicznej, prawnej czy egzystencjalnej. Na podstawie parametrów można ocenić stopień zagrożenia życia pacjenta, ale są pytania, na które nie ma algorytmu klinicznego. Na przykład w grupie imigrantów wszyscy są w złym stanie ogólnym, ale jedno z dzieci wymaga hospitalizacji. Tylko że nikt nie wie, jak ono poradzi sobie psychicznie, kiedy zostanie osamotnione. Takie decyzje ostatecznie podejmuje się intuicyjnie. Czy zawsze są dobre? Konsekwencji przewidzieć się nie da. Byliśmy szkoleni, żeby ratować ludzkie życie, a nie stawać się sędziami życia.
W „Lancecie” mówi pan, że takie dylematy etyczne były też tematem konferencji o zdrowiu globalnym i bioetyce w Wielkiej Brytanii.
Rozmawialiśmy tam właśnie o pozornie prostych sprawach: Kiedy kierować pacjenta do szpitala, a kiedy nie? Jak łączyć legalność działań z duchem humanitaryzmu? Co zrobić, kiedy procedura, która na papierze wygląda na ochronną, w praktyce może narazić pacjenta na kolejną krzywdę? Te pytania szczególnie ostro wybrzmiewają w pracy z osobami, które doświadczyły przemocy seksualnej czy handlu ludźmi albo przemocy na szlaku migracyjnym.
Wyobraźmy sobie grupę wyziębionych, niedożywionych osób. Wśród nich jest jedna kobieta – wycofana, przerażona, niemal niewidzialna. Trzeba pomóc wszystkim, ale jednocześnie pojawia się podejrzenie, że ona może być ofiarą przemocy seksualnej. Co zrobić? Czy próbować ją odseparować? Czy powiedzieć, że wymaga hospitalizacji? W szpitalu byłaby bezpieczniejsza. Tylko – na jak długo? W izbie przyjęć mogliby przecież uznać, że nie wymaga hospitalizacji, i po konsultacji odesłać.
Dokąd?
Do tego miejsca, gdzie doznała przemocy. Właśnie takie pytania pokazują granice systemu. Lekarz może rozpoznać zagrożenie, udzielić pomocy medycznej, zgłosić problem. Ale jeśli nie ma „bezpiecznego miejsca”, jeśli nie ma sprawnego systemu ochrony – tłumacza, psychologa, pracownika socjalnego i procedury, która naprawdę działa – to sama diagnoza nie wystarczy.
Dlatego opieką nad kobietami, dziećmi czy też mężczyznami, bo i oni padają ofiarą gwałtów, powinny zajmować się właściwie przeszkolone jednostki systemu. Na całym świecie system właściwej opieki w praktyce nie istnieje.
Dlatego medycy często muszą robić więcej, niż formalnie mieści się to w zakresie medycyny ratunkowej. Nie dlatego, że chcą zastępować cały system, ale dlatego, że tego systemu przy pacjencie po prostu nie ma.
Serce pomaga podejmować takie decyzje?
Serce pomaga, ale samo serce nie wystarczy. Potrzebne są: wiedza, doświadczenie, procedury i zespół. W pracy z osobami pokrzywdzonymi przemocą czy handlem ludźmi najgorsze, co można zrobić, to działać impulsywnie, bez zrozumienia ryzyka. Ofiary często trafiają do szpitali nie dlatego, że mówią: „jestem ofiarą”. Trafiają z powodu urazów, bólów, infekcji, krwawień, złamań, objawów psychosomatycznych. Boją się. Nie wiedzą, komu mogą zaufać. Czasem są kontrolowane przez sprawców, czasem mają za sobą tyle zdrad i przemocy, że zaufanie do kogokolwiek wydaje się niemożliwe. Spotykając się z nimi, pytam siebie: Jak ja bym się czuł na ich miejscu? Jakiej pomocy bym oczekiwał? To ułatwia podjęcie decyzji, jak postępować.
Gdy byłem jeszcze młodym lekarzem, te sytuacje były dla mnie tak trudne, że wracałem do domu i próbowałem jakoś sobie z tym poradzić, dzieląc się swoimi przeżyciami z najbliższymi. Z czasem zrozumiałem, że trzeba mieć bardziej dojrzałe sposoby radzenia sobie z ciężarem takich historii. Nie można latami dotykać cudzej traumy i udawać, że ona w żaden sposób nas nie dotyka.
Mężczyźni również padają ofiarą przemocy seksualnej?
Tak, zwłaszcza na szlaku migracyjnym przez Afrykę Północną czy też Grecję. I to jest temat, o którym wciąż mówi się za mało. Przemoc seksualna nie wybiera płci, wieku czy narodowości. Muszę jednak przyznać, że to skala przemocy wobec dziewczynek i kobiet mnie zaszokowała. Dla wielu młodych kobiet droga migracyjna do Europy wiąże się z wysokim ryzykiem gwałtu, wykorzystania seksualnego albo handlu ludźmi.
Przemoc seksualna jest aż tak powszechna?
Niestety tak. Pamiętajmy też o takich jej formach, jak okaleczanie żeńskich narządów płciowych. Kobiety na przykład z Mali czy Somalii często były poddawane takim praktykom w dzieciństwie. To przemoc, której konsekwencje mogą dotykać ich przez całe życie.
Co więcej, przemoc seksualna nie dotyczy wyłącznie sytuacji migracji czy wojny. Jest obecna także w naszych domach, szkołach, rodzinach, w pracy. Często pozostaje niewidoczna, bo osoby, które jej doświadczyły, nie zgłaszają się po pomoc, ponieważ boją się, że nikt im nie uwierzy, że zostaną ocenione, że procedury odbiorą im resztkę poczucia kontroli.
To może budzić poczucie bezsilności?
Tak, ale jako lekarz mogę pomóc konkretnej kobiecie, która trafia do mojego gabinetu. Staram się też zamieniać bezsilność w działania systemowe. W ramach współpracy międzynarodowej rozmawiamy o tym, jak tworzyć procedury, które naprawdę pomagają, a nie tylko dobrze wyglądają w dokumentach. W Madrycie, podczas spotkania organizowanego przez WHO, do rozmowy zaproszono osoby, które same doświadczyły przemocy seksualnej. To było ważne. Bo systemy pomocowe zbyt często projektowane są bez głosu tych, którym mają służyć. Te osoby mówiły o bezsilności, o braku zaufania, o braku kompleksowej opieki i o tym, że większość przypadków przemocy seksualnej nigdy nie jest zgłaszana.
Osobie pokrzywdzonej przemocą seksualną nie wystarczy podać antykoncepcji awaryjnej czy leków przeciw infekcjom przenoszonym drogą płciową. To ważne, ale to początek. Potrzebne są pomoc psychologiczna, bezpieczna ścieżka prawna, wsparcie społeczne.
W Międzynarodowej Federacji Ginekologów i Położników pracowaliśmy nad protokołem dotyczącym postępowania w tych przypadkach. Chodzi o dokument, który może być użyteczny na całym świecie. Nie zmienimy świata jednym protokołem, ale możemy dać lekarzom narzędzie, które sprawi, że nie skrzywdzą, choćby nieumyślnie, osoby już skrzywdzonej.
Kiedy pan poczuł, czym są granice pomocy medycznej?
Na dyżurze, podczas którego na izbę przyjęć trafiła kobieta z Ukrainy. Krwawiła, była w ciąży, istniało ryzyko poronienia. Tuż przed wejściem do gabinetu dowiedziała się, że jej dom został zbombardowany. Pokazała mi film nagrany przez sąsiadów. Płakała w sposób, którego się nie zapomina.
Siedziała naprzeciwko mnie, ale psychicznie była gdzieś zupełnie indziej – w ruinach swojego domu, w życiu, które w jednej chwili przestało istnieć. Wtedy zobaczyłem, że pacjentka nie przychodzi do lekarza „tylko” z ciążą czy bólem brzucha. Przychodzi z całym swoim światem.
A czasem ten świat właśnie się rozpada. To był jeden z impulsów, które popchnęły mnie w stronę działań humanitarnych. Po wybuchu wojny trafiało do nas wiele kobiet z Ukrainy. Wyglądały jak my, często mówiły po polsku albo szybko zaczynały rozumieć język. Miały podobne potrzeby, marzenia, lęki. I to podobieństwo było poruszające. Nagle stawało się jasne, że granica między „nimi” a „nami” jest cienka. Każdy z nas może kiedyś stać się kimś, kto potrzebuje pomocy w obcym kraju, w obcym języku, w sytuacji, której nie wybierał.
Na łamach „Lancetu” pisze pan o Wielkim Lesie, w pobliżu którego mieszkała pana babcia, a przez który przechodzą uchodźcy. Czy to Puszcza Białowieska?
Tak, w jej pobliżu się wychowałem, ale dziś ten las stał się dla mnie metaforą miejsca, w którym rządzą inne prawa niż w społecznościach położonych na jego obrzeżach. Granica tego lasu może przebiegać nawet przez środek naszych miast. W Warszawie coraz częściej spotykamy kobiety z Ameryki Południowej. Przyjechały do pracy, zaszły w ciążę, muszą urodzić dzieci, a często nie mają ubezpieczenia albo nie wiedzą, jak poruszać się w systemie. Widzimy je w izbach przyjęć. Mają takie same potrzeby jak Polki: chcą zadbać o zdrowie swoje i dziecka. Ale mają słabszy dostęp do opieki, więc ich problemy bywają rozpoznawane później, a powikłania mogą być poważniejsze. To jest wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia.
Ludzie mają różne paszporty, historie, ale podobne potrzeby: bezpieczeństwo, godność, zrozumienie.
Polki też bywają za tą „granicą”?
Oczywiście. Przemoc nie jest czymś, co przychodzi do nas wyłącznie z zewnątrz.
Mieliśmy salę, gdzie są zielone ściany, rysunki rybek, przestrzeń, która miała być przyjazna dla najmłodszych pacjentów. A jednocześnie właśnie tam trafiało wiele dziewczynek po gwałcie albo z podejrzeniem przemocy seksualnej. Najtrudniejsze było to, że te dziewczynki przyjmowało się często między „zwykłymi” pacjentkami. Dlatego czasem jedynym sposobem, żeby zyskać czas i stworzyć przestrzeń do realnej ochrony, jest hospitalizacja.
Jeśli wiemy, że dziewczynka doświadcza przemocy w domu, to wypisanie jej, „bo nie ma wskazań medycznych”, może oznaczać odesłanie jej prosto do sprawcy. Potrzebujemy czasu na uruchomienie policji, pracowników socjalnych, sądu rodzinnego.
W idealnym świecie mielibyśmy sprawne procedury, miejsca interwencyjne, psychologów dostępnych od razu, bezpieczne ścieżki przekazywania informacji. W realnym świecie lekarz czasem musi wykorzystać te narzędzia, które ma. Nawet jeśli są niedoskonałe.
Co najbardziej przeszkadza w zmianie systemu?
O osobach wykluczonych decydują ludzie, którzy nigdy nie byli wykluczeni. Zawsze mieli dostęp do lekarza, pieniędzy i mają „kontakty”. To nie jest zarzut, lecz opis mechanizmu. Dlatego tak ważne jest, żeby w tworzeniu procedur słuchać tych, którzy z systemem zderzają się najmocniej: pacjentek, organizacji pomocowych, lekarzy, którzy działają na pierwszej linii frontu.
Jeśli medycyna i system medyczny, który tworzymy, mają służyć ludziom, muszą widzieć człowieka także wtedy, gdy przekracza on nasze wyobrażenie o „typowym pacjencie”. Prawdziwa etyka w udzielaniu pomocy medycznej zaczyna się w chwili, kiedy system chciałby odwrócić wzrok, a lekarz mimo wszystko zostaje przy człowieku.
Rafał Zadykowicz, dr nauk medycznych, ginekolog-położnik z organizacji Lekarze bez Granic (MSF), niosącej pomoc wykluczonym z dostępu do opieki zdrowotnej, ofiarom konfliktów, przemocy i kryzysów humanitarnych. Pracuje w Klinice Położnictwa i Perinatologii WUM, jest też wykładowcą akademickim oraz prowadzi zajęcia w szkole rodzenia.