1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Pacyfizm jest luksusem, na który nas teraz nie stać”. Żenia Klimakin o świecie po 2022 roku

„Pacyfizm jest luksusem, na który nas teraz nie stać”. Żenia Klimakin o świecie po 2022 roku

(Fot. Mickey Wyrozębski)
(Fot. Mickey Wyrozębski)

Odsłuchaj artykuł

Remigiusz Grzela - „Pacyfizm jest luksusem, na który nas teraz nie stać”. Żenia Klimakin o świecie po 2022 roku

00:00 20:32
15s
0,5 x
15s
Jest Ukraińcem i Polakiem. Dziennikarzem, aktywistą, wolontariuszem. Żenia Klimakin tłumaczy Ukraińcom Polskę, a Polakom Ukrainę. Współorganizuje marsze wdzięczności Ukraińców dla Polaków, z okazji Dni Niepodległości Ukrainy zbiera fundusze na polskie hospicja, bierze udział w akcji Żonkile, zbiera relacje ocalałych z Zagłady i dotkniętych traumą wojny, która trwa za naszą granicą.

Spis treści:

  1. Żenia Klimakin: „Wojna mnie przeorała”
  2. Żenia Klimakin o ukraińskiej tożsamości: „Zrozumiałem, że to część mojego DNA”
  3. „Chcę tłumaczyć Ukraińcom Polskę, a Polakom Ukrainę”
  4. Żenia Klimakin o wojnie: „Pacyfizm jest luksusem, na który nas teraz nie stać”

  • „Wojna mnie przeorała” – mówi Żenia Klimakin. Dziennikarz opowiada, jak po 24 lutego 2022 roku zmieniły się jego życie, praca i myślenie o własnej tożsamości.
  • Dziennikarz wychował się w Berdyczowie, w domu mówił po rosyjsku, a ukraińskość zaczął świadomie odkrywać dopiero po aneksji Krymu. Dziś mówi o sobie jako o człowieku dwóch tożsamości – ukraińskiej i polskiej.
  • Żenia Klimakin rozmawiał z matkami poległych ukraińskich żołnierzy, ocalałymi z obozów i osobami, które doświadczyły rosyjskiej niewoli. „Interesuje mnie tajemnica ludzkiej godności, wrażliwości, kruchości” – tłumaczy.
  • W wywiadzie dla „Zwierciadła” z Remigiuszem Grzelą opowiada też o sprowadzeniu rodziców z Ukrainy, śmierci ojca, poczuciu winy i pytaniu o sens. I przyznaje: „Pacyfizm jest luksusem, na który nas teraz nie stać”.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026.

Żenia Klimakin: „Wojna mnie przeorała”

Remigiusz Grzela: Zmieniłeś się od 2022 roku, wybuchu pełnoskalowej wojny?

Żenia Klimakin: Tak, bardzo. Wojna mnie przeorała. Jest to czas skrajności. Nigdy nie czułem się tak słaby w niektórych momentach. Nigdy nie czułem się tak silny. Dużo się o sobie dowiedziałem. Nie przypuszczałem, że mogę pojechać na granicę blokować rosyjskie TIR-y, podejmować akcje protestacyjne, solidarnościowe. Wojna odpaliła determinację do pokonywania niemożliwego.

Przy nadgarstku masz wytatuowane słowo „sens”.

Pisane cyrylicą. Zainspirował mnie psychiatra i psychoterapeuta Viktor E. Frankl, autor książki „Człowiek w poszukiwaniu sensu”. Przeżył obozy zagłady. Sens był jednym ze słów kluczy jego badań. Obserwował ocalałych.

Ten, kto miał sens, miał po co żyć, był w stanie przetrwać. Ten, kto tracił poczucie sensu, tracił siły do życia, szybko umierał.

Sam pojechałem do wielu byłych obozów zagłady, nie wiem nawet, ile razy byłem w Auschwitz-Birkenau, w Stutthofie, spotykałem się z ocalałymi. Interesuje mnie tajemnica ludzkiej godności, wrażliwości, kruchości, dlaczego te osoby przetrwały i nie wyszły zgorzkniałe. Uśmiechają się, są życzliwe. Ten tatuaż zrobiłem przed wojną. Kiedy wybuchła, spojrzałem na rękę i wiedziałem, co robić. Po 2014 roku, czyli aneksji Krymu przez Rosję i wojnie w Donbasie, wytatuowałem też słowo „pamięć”.

Dotarło do mnie, że największymi ofiarami wojny Rosji przeciwko Ukrainie są matki, których synowie poszli walczyć i nigdy nie wrócili.

Rok czy dwa przed wybuchem pełnoskalowej wojny zacząłem nagrywać z nimi wywiady. Naiwnie myślałem: przyjadę z mikrofonem, poproszę, aby opowiedziały. Konsultowałem się z psychiatrami, jak rozmawiać, żeby nie przekroczyć granicy. Tymczasem im brakowało słów, żeby nazwać albo wytłumaczyć to, co je spotkało. Od jednej z matek usłyszałem: „Kiedy opowiadam o synu, mam wrażenie, że znów żyje”. Inna dopiero po śmierci syna zaczęła go poznawać. Była oszczędna w emocjach, więc syn się jej nie zwierzał. Na cmentarzu poznała jego dziewczynę, nawet nie wiedziała, że ją miał. Czuła się winna, że o nic go nie pytała.

Potrzeba czasu, żeby mówić?

Znam osoby, które doświadczyły przemocy seksualnej podczas wojny. Zaczynają mówić po siedmiu, ośmiu latach, dopiero gdy czują się wewnętrznie silniejsze.

Teraz, w ogóle po raz pierwszy w Ukrainie, mężczyźni zaczynają mówić, że doświadczyli przemocy seksualnej w rosyjskiej niewoli. Wcześniej temat nie istniał.

Żeby rozmawiać na trudne tematy, trzeba założyć też, że nic nie jest czarno-białe, że jest wiele odcieni szarości. Ludmyła Husejnowa, działaczka na rzecz praw człowieka, spędziła w niewoli trzy lata. Wyznała mi, że w więzieniu, w jakim była, niektóre kobiety zgadzały się na seks z Rosjanami. Jedna z nich musiała to robić, by zobaczyć syna. To była jedyna możliwość uzyskania 10-minutowej rozmowy z niepełnoletnim synem. Przyprowadzano go, mogła go przytulić, ucałować.

Byłeś innym dziennikarzem przed wybuchem wojny?

Wcześniej w Ukrainie pracowałem w telewizji w redakcji programów muzycznych, robiłem w telewizji śniadaniowej felietony. W Polsce pracowałem w „Dzień dobry TVN” i jeździliśmy na Euromajdan, czyli Rewolucję Godności, robić reportaże. Jako dziennikarz zacząłem wtedy tracić lekkość.

Co to znaczy „tracić lekkość”?

Odchodzić od lżejszych tematów. Odkąd jest wojna, wszystko, co nią nie jest, wydaje się mało istotne, chociaż dziś wiem, że to nieprawda. Bo to nieistotne może cię uratować.

Żenia Klimakin o ukraińskiej tożsamości: „Zrozumiałem, że to część mojego DNA”

Jak rodziła się twoja ukraińska tożsamość?

Urodziłem się jeszcze w Związku Radzieckim, państwie, którego całe szczęście nie ma od 1991 roku. Na podwórku w rodzinnym Berdyczowie rozmawiało się w różnych językach, po ukraińsku, po rosyjsku. Były też rodziny żydowskie, które po upadku ZSRR masowo wyjeżdżały do Izraela, Stanów Zjednoczonych. W ogóle nie zadawałem sobie pytania, kim jestem. Nie dostałem się do szkoły ukraińskiej, bo była tylko jedna. Wszyscy znali ukraiński, ale w domu mówiło się po rosyjsku. Dopiero rok 2014 otworzył mi oczy. Miałem już 34 lata.

Stałeś się Ukraińcem?

Zrozumiałem, że kocham tych ludzi, tę stolicę, te piosenki, teatry, książki, i że to ma swoją nazwę – ukraińskie. I że to część mojego DNA.

Zaczął się euforyczny proces odkrywania, że to moje. Dokładnie w tym samym momencie zacząłem to tracić. Gdyby nie wojna, może bym jeszcze długo nie rozumiał.

Ale to nie cała układanka, bo mam też polską tożsamość. Ojciec mojej babci, Kazimierz Merecki, był z Krakowa. Został zabity przez Rosjan. Mając kilkanaście lat, mówiłem po polsku, śpiewałem kolędy, znałem pieśni patriotyczne. Pierwszą książką przeczytaną po polsku był „Pan Tadeusz”, jedyna polska książka w domu. Kiedy przeprowadziłem się do Polski w 2009 roku, poczułem też polską tożsamość. Zobaczyłem flagi, święta narodowe, słyszałem hymn i zewsząd język, którego nie da się nie kochać.

Nigdy nie rozumiałem, dlaczego Rosjanie mówią o Polakach: „pszeki”. Że tych szeleszczących liter jest za dużo, bo są nieprzyjemne, „pszeki”. A mnie zawsze wzruszały te „ś”, „ć” – wolność, radość, miłość, jak muzyka.

O Ukraińcach i Białorusinach mówili: „nie do język”, „nie do naród”, „nie do kultura”, czyli wszystko niedokończone, malutkie, a nie prawdziwa kultura.

Wychowanie w Związku Radzieckim miało rys pogardy?

To ważna część całej tej architektury. Może nawet jeden z budulców fundamentu. Pogarda i przekonanie, że to my, Rosjanie, jesteśmy lepsi niż inni. Wiadomo, że w każdym narodzie są sprawiedliwi, ale mainstream był i jest właśnie taki.

Wielu ukraińskich twórców mówi, że to nieprawda, że rosyjska kultura nie jest winna, kiedy ktoś pyta: „A co wam Puszkin zrobił?”.

Często kultura rosyjska pełni funkcję fasadową. Wszyscy pamiętamy sytuację z Mariupola i Teatr Dramatyczny, w którym ukrywały się dzieci. Przed budynkiem po rosyjsku olbrzymimi literami było napisane DZIECI, żeby Rosjanie nie zrzucali tam bomb. Nikogo to nie powstrzymało. Mnóstwo ludzi zginęło, w tym dzieci. I co zrobili Rosjanie? Ogrodzili to portretami rosyjskich twórców, np. Puszkina. Mocna metafora. A potem wszystko zostało zalane betonem. Przecież tam są ludzie, resztki ciał i tam będzie uprawiana rozrywka.

„Chcę tłumaczyć Ukraińcom Polskę, a Polakom Ukrainę”

Jesteś redaktorem naczelnym „Nowej Polszczy”, magazynu, który tłumaczy Ukraińcom Polskę. Czy twój głos jest słyszalny na Ukrainie?

Dowodem są przedruki tekstów, które publikujemy. Jako człowiek dwóch tożsamości wiem, że nie wchodzą ze sobą w żaden konflikt, całkiem dobrze współistnieją.

Dlatego zależy mi na porozumieniu pomiędzy Polakami a Ukraińcami, na wzajemnym szacunku. Chcę tłumaczyć Ukraińcom Polskę, a Polakom Ukrainę.

Z Centrum im. Mieroszewskiego, wydawcą „Nowej Polszczy”, przygotowaliśmy z mojej inicjatywy antologię „Wojna 2022. Eseje, wiersze, dzienniki”. Ponad czterdzieścioro ukraińskich autorów pisało o rosyjskiej agresji w schronach, okopach, w czasie alarmów bombowych...

Chciałeś, żeby była pisana na gorąco?

I dzisiaj już części jej autorów nie ma. Na promocję w Warszawie przyjechała Wiktoria Amelina. Mówiła, jakie to szczęście wchodzić do deokupowanych miast. Bo była nie tylko pisarką, ale też zbierała dowody na rosyjskie zbrodnie wojenne. Tam są sceny, w których ludzie wykopują z ziemi flagi ukraińskie, bo podczas okupacji bali się, że zostaną zabici za flagę. To ona wykopała dziennik wojenny Wołodymyra Wakułenki, który zakopał pod wiśnią. Miał intuicję, bo następnego dnia przyszli po niego. Po deokupacji tej miejscowości jego ciało znaleziono w masowym grobie. Amelina zginęła po ataku rakietowym w Kramatorsku. W pierwszym wydaniu antologii nie było jeszcze nazwisk w czarnych ramkach, a to najwybitniejsi pisarze ukraińscy.

To twoja walka?

Oczywiście.

Żenia Klimakin o wojnie: „Pacyfizm jest luksusem, na który nas teraz nie stać”

Pytam, bo obejrzałem podcast Magdaleny Rigamonti, która zapytała cię, dlaczego nie jesteś w Ukrainie i nie walczysz. Pamiętam twoją długą pauzę. Powiedziałeś, że musisz przepraszać, że żyjesz.

Jestem obywatelem Polski i zdaję sobie sprawę, że robiąc to, co robię tu, jestem bardziej skuteczny, niż byłbym w Ukrainie, gdzie nie mieszkam od prawie 17 lat. Ale z drugiej strony, to mnie absolutnie nie usprawiedliwia przede mną samym.

Kiedyś mówiłeś, że jesteś pacyfistą.

Marzę o świecie, w którym pacyfizm jest możliwy. Bo co zrobisz, kiedy do ciebie przyjdą i będą chcieli zrobić krzywdę tobie i twoim bliskim? Cały świat zaczyna płonąć. Pacyfizm jest luksusem, na który nas teraz nie stać.

Przyjechałeś do Polski w poszukiwaniu pracy?

Nie, w Kijowie całkiem nieźle mi szło. Ale w telewizji i w radiu zmieniło się szefostwo. Pomyślałem, że to dobry czas na zmianę. Akurat dostałem roczną wizę do Polski. Miałem pieniądze. Policzyłem, że wystarczą na jakiś czas. Wynajmę mieszkanie w Warszawie, będę spacerował w Łazienkach, czytał książki po polsku. Pierwszego czy drugiego dnia w Warszawie chciałem się zorientować, jak się poruszać po mieście. Wsiadłem w autobus 175 na Nowym Świecie i pojechałem na lotnisko. Stoję na przystanku, żeby wrócić na Nowy Świat i podchodzi kobieta, pytając, czy mogę sprawdzić, o której będzie autobus, bo nie może znaleźć okularów.

„Skąd pan jest, bo słyszę obcy akcent”. „Z Ukrainy”. „U was jest tak trudna sytuacja, ale proszę się nie martwić, w Polsce też był PRL, było źle, a teraz jesteśmy w NATO, w Unii, jesteśmy pięknym krajem, warto walczyć”.

A to był rok 2009, z dzisiejszej perspektywy to jeszcze trudno nie było. Podjeżdża autobus. „Jak pan ma na imię? Czym pan się zajmuje?” „Żenia Klimakin, dziennikarz. A pani kim jest?” „Maja Komorowska, aktorka”. I wtedy mnie wmurowało. Znałem filmy, w których grała, tylko nie spodziewałem się takiego spotkania. Niedawno czytała fragmenty wydanego przez nas zbioru reportaży „Robaków rozgryzać nie wolno” Tetiany Kolesnychenko o życiu, stracie i pustce po wojnie. Przypomniałem jej to. Czy to nie znak, że jedną z pierwszych osób spotkanych w Polsce, była ta szlachetna i zaangażowana obywatelka?

Jak zaczynałeś w Polsce?

Od zera. Zadzwoniłem do sekretariatu TVN, poprosiłem o rozmowę z Edwardem Miszczakiem. Na moje szczęście był na urlopie. Połączono mnie z Bogdanem Czają, jednym z dyrektorów. On skierował mnie do „Dzień dobry TVN”. Producentka Katarzyna Białek umówiła się ze mną na 10 kwietnia 2010. A tu wiadomość o katastrofie smoleńskiej. Od samego rana nadawałem live sprzed pałacu prezydenckiego dla największej ukraińskiej stacji telewizyjnej. Wszyscy dookoła płakali, mnie też łamał się głos. Ale, myślę, nikt nie odwołał spotkania, więc idę do TVN-u. Kasia powiedziała mi później, że jak usłyszała od sekretarki, że przyszedłem, to złapała się za głowę, bo jeszcze brakowało jej tego dnia Ukraińca szukającego pracy.

Dość szybko nastrój w Polsce się zmienił.

Ja długo widziałem Polskę bez podziałów. Często, jak się zachwycałem polskim patriotyzmem, przyjaciele mówili: „Jeszcze się przekonasz”. Przeżywałem pierwszą miłość do Polski. Szybko zacząłem pracować, bo producentka we mnie uwierzyła i wysłała w pierwszą delegację do Kijowa, gdzie w trzy dni miałem zrobić pięć materiałów, w tym wywiad z Julią Tymoszenko, reportaż o gwieździe ukraińskiego „Playboya”… I, słuchaj, zrobiłem.

Kiedy zacząłeś myśleć o sprowadzeniu do Polski rodziców?

Natychmiast, jak wybuchła wojna. Ale opierali się.

Dopiero kiedy w Berdyczowie domy zaczęły trząść się od eksplozji, udało mi się ich przekonać, choć ojciec powtarzał: „Nie dojadę do granicy. Chcesz, żebym zmarł w drodze?”.

Nie mogłem znaleźć nikogo, kto przywiózłby ich do Polski. Pociągi były przepełnione. I wtedy koleżanka Polka, Monika, która wzięła do domu ukraińską matkę z dziećmi, zapytała tę Ukrainkę, kto mógłby pomóc, ona zadzwoniła do męża. Jechał przez pół Ukrainy, żeby zabrać moich rodziców i dowieźć do granicy, gdzie czekałem z przyjacielem Marcinem Matlakiem prawie 11 godzin. Był 8 marca. Kupiłem dla mamy tulipana, który zmarzł i opadł. Marcin nagrał, jak się witamy, ale boję się to obejrzeć, bo taty już nie ma.

Jak wyglądało wasze życie?

Wyjechałem od rodziców, mając 18 lat, od tamtego czasu z nimi nie mieszkałem. Kiedy przyjechali, to był nasz miodowy miesiąc. Każdy był dla siebie delikatny, dobry, dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się czasem, płakaliśmy. Chociaż nie byłem z nimi stale, bo byłem w centrum działania pomocy uchodźcom. W Polsce zaczęły się u taty kłopoty z sercem, następstwa doświadczeń wojennych z Ukrainy, miał zawał. Był w śpiączce.

Kiedy się wybudził, pierwsze, co powiedział: „Zadzwoń do mamy, powiedz, że ją kocham”.

Kiedy umierał, paraliżowało mu ręce, nogi. Ostatniego dnia był już na oddziale intensywnej terapii, saturacja mu mocno spadła, pielęgniarki wyprosiły mnie z sali. Słyszałem elektrowstrząsy, próbę ratowania go, potem go intubowano. Kiedy trafił do szpitala, powiedział mi: „Nie chciałbym takiego życia zależnego od innych, leżeć jak warzywo, wolałbym umrzeć”. Więc kiedy po raz pierwszy serce się zatrzymało, miałem taką myśl, że może to lepiej dla taty, bo tak chciał. A teraz sam siebie katuję za tę myśl.

Z rodzicami rozmawiałeś po rosyjsku?

Tata doskonale władał ukraińskim, ale na co dzień posługiwał się rosyjskim. Po 24 lutego 2022 zaczął mówić wyłącznie po ukraińsku. Pewnego dnia w szpitalu pani doktor zapytała go, czy woli rozmawiać po polsku, czy po ukraińsku, bo znała język. „Mogę tylko po ukraińsku albo po rosyjsku”. Na co ona: „Nie znam rosyjskiego”. Po długiej pauzie powiedział: „Też chciałbym nie znać tego języka. Ich kultury, obyczajów. Chciałbym, aby były dla mnie obce”. Mama wróciła do Ukrainy pod koniec 2022 roku. Mówi: „Ja się w Polsce nie urodziłam, oprócz ciebie nikogo nie znam, nie nauczę się języka. W Polsce cały czas byłam w stresie. W Ukrainie alarmy bombowe, drony latają, ale wyluzowałam”.

Jaki był twój Berdyczów?

Jest tam cmentarz, na który chodziłem z babcią za rękę. U nas na cmentarzach się jada, biesiaduje, bo osoba zmarła nie zniknęła, jest z nami, tyle że w ziemi. Przy grobach są ławeczki, stoliczki. Nie przychodzi się tylko zapalić świeczkę, ale porozmawiać, popłakać, pośmiać się. Dziadek palił, więc babcia mu na grobie fajeczkę zostawiała. Lubił czasem wypić pięćdziesiątkę wódeczki, to potrafiła mu ją wlać do ziemi. Jest cmentarz prawosławno-katolicki, jest żydowski. Jest targ, gdzie można wszystko kupić, od kiszonych arbuzów po sprzęt. Życie tętni. Moja mama potrafi pół dnia spędzić na targu. Trzecie ważne dla mnie miejsce to Sanktuarium Matki Boskiej Berdyczowskiej. Za komuny było tam Muzeum Ateizmu, a obraz Matki Boskiej Berdyczowskiej był jego głównym eksponatem. Była tam później szkoła muzyczna, gdzie uczyłem się grać na akordeonie, gitarze, śpiewać. Teraz wspólnota katolicka odzyskała sanktuarium, są msze.

O czym marzyłeś?

O pracy w telewizji. Ale zawód wybrałem w sposób naturalny, bo uwielbiam słuchać, spotykać się z innym człowiekiem, uwielbiam ludzi, którzy nie mieszczą się w kategoriach, inaczej widzą świat.

I co dalej z wojną?

Kiedyś się skończy. Marian Turski powiedział mi, że najgorsze zaczyna się po wojnie, w głowie człowieka. Że tylu jego przyjaciół – ocalałych – popełniło samobójstwo, a on sam też zrobił w tym kierunku 99 kroków ze 100. Tego jednego nie zrobił. Na razie robimy wszystko, żeby to się zatrzymało, a potem wszystko, żeby jak najwięcej osób nie zrobiło tego jednego, ostatniego kroku.

Żenia Klimakin, dziennikarz, działacz, redaktor naczelny „Nowej Polszczy”, wolontariusz inicjatywy społecznej Euromajdan. Pracował dla Polskiego Radia, culture.pl, TVN i ukraińskiej telewizji „1+1”. Przeprowadza wywiady z więźniami hitlerowskich obozów koncentracyjnych, matkami zabitych ukraińskich żołnierzy, ukraińskimi uchodźczyniami.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE