„Wiem, że są ludzie, którzy potrzebują być w grupie, zlewać się z nią, dostawać informację zwrotną, że jest fajnie, że oni są fajni i potrzebni. Ja odwrotnie, czuję się bezpiecznie, jeśli mam prawo się sprzeciwić. Dla mnie bunt jest czymś całkowicie naturalnym” – mówi Katarzyna Warnke. To idealny czas na rozmowę: zaczyna się właśnie seria premier z jej udziałem.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026
Zofia Fabjanowska: Jak ważny jest dla ciebie głos? Zwracasz uwagę na jego brzmienie u innych? Jesteś na to wyczulona?
Katarzyna Warnke: Tak, zwracam na to uwagę. Szukam w głosach autentyczności. Wiem po sobie, ale też nauczyłam się tego, ucząc się aktorstwa, że jeśli emocja jest nieautentyczna, to zwykle mówimy z poziomu gardła – przy okazji je zdzierając – a nie z przepony. Głos jest wtedy nieosadzony, staje się wyższy, gubi się, rozpada, może być drażniący. Dobrze mieć tego świadomość.
Dla mnie autentyczność jest w ogóle ważną kwestią. Jak się jest młodszym, wierzy się, że należy bezwględnie mówić prawdę, a przynajmniej ja, harcerka, w to wierzyłam. I też dużo we mnie z tej wiary zostało. Może nie jest to już tak dogmatyczne jak kiedyś, z wiekiem uczymy się jednak dyplomacji – w końcu dojrzałość polega również na tym, że nie boksujemy się nieustannie z całym światem – natomiast nadal jestem w autentyczności zakochana. Uwielbiam u młodych ludzi to, że potrafią być bezkompromisowi, że wyczuwają każdy fake i domagają się prawdy. Chciałabym, żeby w każdym z nas zostawało choć trochę tego idealizmu. Jeśli więc pytasz mnie, jak ważny jest dla mnie głos, od razu myślę nie tylko o brzmieniu, ale też o zabieraniu głosu i dopuszczaniu kogoś do niego.
A słuchanie samej siebie z nagrań? Wiele osób mówiło mi, że to dla nich rodzaj dysonansu, z którym musiały się oswoić.
Na pewno nie lubię sytuacji, kiedy słyszę, że nie do końca weszłam w rolę, wyczuwam jakiś fałsz. Natomiast ja generalnie lubię swój głos. To, że mam taki szeroki zakres, skalę. Mogę mówić jak dziecko, ale też jestem w stanie zejść na bardzo niskie rejestry, o co bym siebie nie podejrzewała, gdybym nie odkryła tego, pracując nad jednym ze spektakli w Teatrze Studio. Śpiewałam w nim piosenkę „Red Right Hand” Nicka Cave’a. Chyba wybraliśmy wtedy tonację nawet niższą od tej, w której wykonywał ją sam Cave. Pamiętam, że byłam zaskoczona odkryciem, że tak mogę i że jest w tym taka moc.
Ostatnio spędziłam z twoim głosem wiele godzin, słuchając audioserialu „Siostry”, gdzie zagrałaś jedną z głównych ról. Praca w studiu nad tego typu produkcjami od strony aktorskiej bardzo różni się od pracy na planie filmowym czy na scenie?
To jest przede wszystkim świetna przygoda. Różniąca się od kręcenia filmów czy pracy w teatrze głównie tym, że gromadzimy się wokół mikrofonu, bez kostiumów, bez scenografii i zaczyna dziać się coś niezwykłego. Patrzę na kolegę obok, w cywilnych ciuchach, i on nagle staje się swoją postacią. A ja swoją. Do tego dochodzą jeszcze te wszystkie efekty dźwiękowe – tętent koni, odgłosy ulicy. Cały ten fascynujący świat budowany z niczego. Prawdziwa magia. I coś bardzo mi bliskiego, bo ja się wychowałam na Teatrze Telewizji, ale i na teatrze radiowym. Pamiętam na przykład świetnych „Pożyczalskich”. To mnie w jakiejś mierze ukształtowało.
Swoją drogą, są przecież badania mówiące, że zamiast pokazywać dzieciom przed snem obrazki, lepiej im puszczać słuchanki, mózg łatwiej się wtedy wycisza. W dodatku słuchanie audiobooków czy właśnie audioseriali to świetna lekcja kreatywności. Bo przecież wszystko, czego nie widać, trzeba sobie wyobrazić, dopowiedzieć w głowie, „wyreżyserować” na własny użytek.
„Siostry” to kryminał. Jesteśmy w Krakowie, gdzie w tajemniczych okolicznościach ginie znany hotelarz. Ty grasz Annę, najstarszą z jego czterech córek. Za życia ojca była jego prawą ręką, po pogrzebie zaczyna zarządzać nie tylko całym rodzinnych interesem, ale też właściwie całą rodziną.
Anna przypomina mi Olgę z „Trzech sióstr” Czechowa. To taki psychologiczny rys bardzo powszechny wśród starszych sióstr – ona bierze na siebie dużo za dużo, a w sumie niewiele w zamian dostaje, przez co rośnie w niej frustracja. Myślę, że sporo kobiet odnajdzie się w tym, jak Anka funkcjonuje na co dzień, w tym jej ogarnianiu wszystkiego i na wszystkich polach: zawodowym, domowym, rodzinnym…
Rozumiesz jej życiowe strategie? Nieustanne udowadnianie innym, że da radę, wieczne poświęcanie siebie.
Jest też cała ta mieszczańska otoczka: co ludzie powiedzą. Co wypada, a czego nie wypada robić. Dlatego był we mnie z początku sprzeciw, żeby tę rolę grać. W takim sensie, że trudno było mi wejść w jej buty. Później się oczywiście rozkręciłam, spodobało mi się, że mimo wszystko jest wielowymiarową postacią. Ma swoje tajemnice.
I tak, doskonale znam jej strategie. Ona robi to, czego się od niej oczekuje. Bo tak została wychowana, bo cały ten rodzinno-biznesowy układ jest z gruntu patriarchalny. Co możemy o tej bohaterce powiedzieć na pewno, to że nie jest typem buntowniczki. Pewnie kiedyś oceniłabym ją ostrzej, ale odkąd mam dziecko, trochę inaczej już na to patrzę.
Inaczej, czyli jak?
Dla mnie bunt jest czymś całkowicie naturalnym. Nie znoszę tajemnic, zakopywania trudnych tematów pod dywan. Najwyższym poświęceniem byłoby dla mnie nie odezwać się, kiedy czuję, że wymaga tego sytuacja. Nie byłabym sobą, gdybym siedziała cicho. Wiem, że są ludzie, którzy koniecznie potrzebują być w grupie, zlewać się z nią, funkcjonować w silnych strukturach relacyjnych. Muszą bez przerwy dostawać informację zwrotną, że jest fajnie, że oni są fajni i potrzebni, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa. Ja odwrotnie, czuję się bezpiecznie, jeśli mam prawo się sprzeciwić. Funkcjonowałam w różnych strukturach, chociażby w tych zawodowych – przez pięć lat byłam częścią zespołu Starego Teatru w Krakowie, potem siedem lat zespołu TR Warszawa – i chociaż odnajdywałam się w grupie, lubiłam chodzić swoimi drogami. Bywałam tą, która pierwsza wstaje i mówi głośno, że coś jest nie tak, i to jest, wierz mi, niewdzięczna rola, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że to z tobą jest coś nie tak. Nie mam problemu, żeby powiedzieć o sobie, że jestem outsiderką. Co nie znaczy, że jestem samotniczką i że nie potrzebuję innych ludzi.
Zawsze była we mnie ogromna potrzeba wolności i teraz też ona we mnie jest, ale od kiedy zostałam mamą – w domyśle: od kiedy nie jestem odpowiedzialna już tylko za siebie – nie postrzegam już tej kwestii tak zero-jedynkowo. Dlatego inaczej patrzę na moją bohaterkę. Anna, gdyby chciała się zbuntować, musiałaby opuścić swoją wielopokoleniową rodzinę, a ona i jej siostry są sobie nawzajem potrzebne. Może i układ, w którym funkcjonują, jest w jakiś sposób opresyjny, ale jednocześnie one wypracowały sobie system wsparcia. Radzą sobie, jak mogą i jak potrafią.
Ja sama bardzo doceniłam w ostatnich latach rodzinne struktury. Przekonałam się, że wychowując dziecko, dobrze mieć „swoich ludzi”, swoje plemię. Wioska, która pomaga ci w wychowaniu, jest jednak potrzebna, dzieci nie powinny dorastać z samotną, wyalienowaną matką. Akurat wioska moja i Heleny jest dosyć spora, bo mamy patchworkową rodzinę. Helena ma tatę, narzeczoną taty, czyli Natalię, ma brata, czyli syna Natalii, ma wreszcie dziadków jednych, i drugich. Mój tata nie żyje, ale jest partner mojej mamy, więc ten nasz system jest faktycznie mocno rozbudowany. Dzięki temu widzę wyraźnie, że różni bliscy nam ludzie są w stanie mojemu dziecku dać to, czego sama Helenie nigdy nie dam. Krótko mówiąc, dobrze się nawzajem uzupełniamy. I dzielimy się miłością – wzrusza mnie, kiedy widzę, jak dziadkowie cieszą się na widok Heleny i jak ona cieszy się, widząc ich.
No i są mamy dzieci zaprzyjaźnionych z moją córką. Znajomości przez piaskownicę czy przez szkołę to też ciekawa sprawa. Pewnie w innych okolicznościach byśmy się nie spotkały, ale doświadczenie macierzyństwa nas połączyło. Mamy nić porozumienia.
Mówiąc, że zawsze była w tobie ogromna potrzeba wolności, masz w głowie jakąś konkretną sytuację, która dobrze by tę potrzebę ilustrowała?
Jest taka historia, ona pierwsza przychodzi mi do głowy. Jak byłam mała, nasz tata kręcił filmy kamerą. Nie pamiętam już, szesnastką czy ósemką, w każdym razie to był zapis na taśmie, bez dźwięku. Jak się te nagrania oglądało, to w charakterystyczny sposób furkotały. Jeden zapis, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz po latach, szczególnie mnie poruszył i dał do myślenia. Tata zarejestrował, jak siedzę w piaskownicy w białych rajstopkach. Ja te białe rajstopki uwielbiałam, nie pozwoliłam założyć sobie nic innego. Mama ich nie cierpiała, ale nie dało się mnie do nich zniechęcić.
A więc siedzę w piaskownicy – mam ze dwa lata, może trochę więcej, ale trzech nie mam na pewno – i robię babki. W nabożnym skupieniu, jakby świat miał się skończyć. Wokół totalne zamieszanie, dzieciaki latają, coś tam pewnie do siebie krzyczą, coś tam sobie podają, trącają się, sporo się dzieje, ale ja nie zwracam uwagi absolutnie na nikogo. To dość długi filmik, na którym jestem niewzruszona: powolutku nabieram piasek łopatką, nakładam do foremki i tak w kółko. Nie wiem, jak by mnie w dzisiejszych czasach zdiagnozowano [śmiech], ale widzę w tym silny wewnętrzny imperatyw, żeby robić swoje.
Nie masz rodzonej siostry?
Nie. Mam brata, a to jednak zupełnie inny układ. Inny rodzaj więzi.
A masz poczucie, że dorastałaś w duchu siostrzeństwa? W znaczeniu solidarności z innymi kobietami, o której tak wiele się dzisiaj mówi.
Powiem coś niepopularnego. Według mnie to, co od jakiegoś czasu nosimy na sztandarach, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, bo my zupełnie nie jesteśmy na tym etapie. Uważam, że nadal mamy duży problem z lojalnością i wzajemnym wsparciem. Tyle mówi się o siostrzeństwie, a mnie się wydaje, że najpierw musimy się porozliczać z tego, co nam patriarchat zostawił w spadku. Czyli wzajemnego porównywania się, zawiści i narzucania innym kobietom, jak mają żyć. Nie znoszę tej naszej kondycji kobiecej. Również tego, że nie mówimy wprost, kiedy coś nam się nie podoba. Mężczyźni są pod tym względem o wiele bardziej bezpośredni, choć oczywiście wiem, z czego to wynika. Oni mogli sobie na otwartość pozwolić, my nie miałyśmy prawa głosu, nie traktowano nas podmiotowo. Uważam, że wciąż, mimo oficjalnych deklaracji, jesteśmy nieświadomie zakleszczone w tamtych schematach, dlatego wolimy się poruszać podskórnie, zakulisowo, nie wprost.
Rozdźwięk między tym, co deklarujemy, a stanem faktycznym jest tak duży, że mówienie o siostrzeństwie uważam za coś mocno na wyrost. Proponuję zejść na ziemię i skupić się na zwykłej życzliwości. Uważam, że to piękna ludzka cecha, zupełnie niedoszacowana w dzisiejszym świecie. Świetny fundament do budowania wszelkich relacji. I wydaje mi się to bardziej adekwatne, na początek. Taka mniejsza, ludzka skala, do ogarnięcia, z której z czasem można zbudować coś większego. I o wiele bardziej realne w świecie, gdzie żyją rzesze kobiet, których potrzeby dla nikogo nie są ważne. Także dla nich samych, bo tak wiele z nas zwyczajnie nie ma siły, czasu ani nawet świadomości, że należałoby się zająć sobą. Zmieńmy to, a zmieni się reszta.
Wychowując swoją córkę, myślisz o tym, żeby przerwać tę sztafetę? Zrobić coś, żeby jej rzeczywistość była inna?
Tak. Dlatego staram się budować jej poczucie własnej wartości. Po pierwsze, poprzez atencję, którą Helenie daję. Dziecko ma mieć pewność, że niezależnie od tego, z czym do mnie przyjdzie, zostanie wysłuchane. Po drugie, poprzez własny przykład. Pracuję nad tym, żeby być dojrzałą osobą, zajmując się własnymi emocjami – zgodnie z zasadą, że nie jesteś w stanie dać komuś oparcia, jeżeli sama kompletnie nie wiesz, co się z tobą dzieje.
Wspomniałaś o przyjaźni i chciałam zapytać cię też o nią. Po części dlatego, że spotykamy się akurat chwilę przed premierą drugiego sezonu „Klary”, produkcji, która, mam wrażenie, wniosła na ekrany świeże spojrzenie na to, jak może wyglądać relacja między dwiema przyjaciółkami. Ale jest też inny powód. Nie zapomnę, jak w jednym z wywiadów powiedziałaś celne zdanie o tym, że na różnego rodzaju relacje międzyludzkie w życiu można spojrzeć jak na… stół montażowy z suwakami.
Od kogoś to usłyszałam, nie pamiętam już od kogo, ale faktycznie coś w tym jest. Chodzi o to, żeby nie traktować rozstań czy osłabienia relacji jako czegoś dramatycznego. Ludzie są po prostu bliżej i dalej od ciebie, ci, którzy są bliżej, mają na ciebie większy wpływ, ale są też tacy, którym machasz z daleka z uśmiechem. Coś ci tamta relacja dała, czegoś nauczyła, ale się wyczerpała, spełniła swoją rolę. A inna staje się bardziej intensywna, bliższa, ważniejsza. Ta perspektywa powoduje, że człowiek przestaje się tak szarpać, rozpaczać nad tym, co było, nie obarcza się poczuciem winy. Suwak raz jest wychylony w jedną, raz w drugą stronę, nie ma w tym nic złego.
Co do „Klary”, zgadzam się, że w tym, jak Wronka i Klara ze sobą rozmawiają, jak się nawzajem traktują, jest coś ożywczego. To jednocześnie surowa, ale szczera miłość. Bez słodzenia, z kąśliwym, ironicznym poczuciem humoru. One potrafią się z siebie śmiać i razem płakać. Dużo osób dało się temu porwać, bo nawet przy komediowym wydźwięku jest tu sporo prawdy o nas, o naszej polskiej rzeczywistości. Podziwiam Izę Kunę – która nie tylko gra tytułową rolę, ale w drugim sezonie jest też, razem z Markiem Modzelewskim, współscenarzystką serialu – za to, że potrafi bezbłędnie o tym opowiadać.
Nie tak dawno ty także dałaś się poznać jako współscenarzystka. Razem z Kamilą Taraburą napisałyście scenariusz filmu „Rzeczy niezbędne”, nagrodzonego m.in. na festiwalu w Gdyni. Jesteś cenioną aktorką, tymczasem już od studiów tworzysz różne autorskie projekty. Pamiętam twój monodram „Uwodziciel” wystawiony w Nowym Teatrze. Albo „Men’s Talk” w Collegium Nobilium, spektakl sprzed trzech lat w twojej reżyserii. Aktorstwo to dla ciebie za mało?
Nie uważam, żebym miała jakieś szczególne szczęście do propozycji, które ot tak się pojawiają i nie wymagają ode mnie większego wysiłku. Niezależnie od tego, czy współpracowałam z Grzegorzem Jarzyną, czy grałam Ankę w „Kobietach mafii”, byłam edgy, ryzykowałam, szłam na całość. Zmiana medium to dla mnie dodatkowy bodziec: świetny trening, sprawdzanie siebie, czy potrafię, dotykanie czegoś nowego, nieznanego. Potrzebuję tego – poczucia, że lekko odrywam się od ziemi. Ładnie ujął to David Bowie, który powiedział kiedyś: „Jeśli czujesz, że twoje stopy nie dotykają podłoża, jesteś w idealnym miejscu, żeby zrobić coś ekscytującego”.
Na pewno mam w sobie apetyt na budowanie własnych światów. Od początku do końca: jako reżyserka, scenarzystka, dramaturżka. Ciągnie mnie do wielowymiarowych konstrukcji. Co nie znaczy, że nie mam obaw, bo mam, wiele mnie to za każdym razem kosztuje. Przy każdym nowym projekcie jest we mnie ogromny znak zapytania. Akurat w przypadku „Men’s Talk” zaczęło się tak, że przyszli do mnie studenci [Akademii Teatralnej w Warszawie – przyp. red.] i poprosili mnie o współpracę. A potem otrzymaliśmy Grand Prix w Bratysławie na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych. I nawet nie nagroda, ale to, jak ludzie reagowali na ten spektakl – zarówno studenci, pedagodzy, jak i osoby spoza branży – przekonało mnie, żeby się nie poddawać. Bo ja wcześniej zawarłam sama ze sobą umowę, że jeśli to wyjdzie takie sobie, przeciętne, to z tym koniec, nie będę już robiła spektakli jako reżyserka. Zobaczymy, jak mi teraz pójdzie z „Antropologią”.
„Antropologię”, sztukę autorstwa Lauren Gunderson, od września będzie można oglądać w Teatrze 6.piętro. Powiesz na ten temat coś więcej?
Tak się ciekawie złożyło, że w „Men’s Talk” pracowałam z samymi chłopakami, a teraz w obsadzie są same kobiety: Kasia Figura, Helena Sujecka, Pola Gonciarz i Ada Kalska. Dotykamy tematu AI i nie chodzi nawet o publicystyczne wątki, bo to jest bardziej tekst o przeżywaniu żałoby. O relacjach, traumach, o pamięci. Zaginęła kobieta, a jej siostra, programistka, buduje kongenialny model językowy oparty na wszystkich danych, które pozostały po zaginionej. Tak się zaczyna spektakl, no a potem dzieją się różne inne dziwne rzeczy.
I jak ci się pracuje? Jaki to dla ciebie czas?
Mamy już scenografię, powstaje muzyka i wideo, właśnie jesteśmy w trakcie budowania postaci i ich relacji. Codziennie od dziesiątej do szesnastej jestem reżyserką, przychodzę na próby aktorskie, a potem biegnę odebrać dziecko ze szkoły i jestem mamą.
Nawet ostatnio pomyślałam sobie, że to właściwie są dość podobne funkcje. Nie infantylizuję moich współpracowników, chodzi mi o to, że w obu przypadkach chodzi o opiekę i zarządzanie. Opiekuję się procesem kreatywnym w całej ekipie. Tak rozumiem miękkie zarządzanie, jestem w tym pojęciu absolutnie zakochana. Mam nadzieję, że do teatru już nie wróci zamordyzm i dominacja reżyserów. Że idziemy w stronę odpowiedzialności i tego, by wydobywać z ludzi to, co najcenniejsze. Otwierać ich, rozwijać, wymagać od nich wysiłku i jakości, dając im pole do rozwoju. Tak to właśnie widzę.